czwartek, 19 marca 2009
#95 tak się zastanawiam
Po pierwsze znowu musiałem się zdenerwować bo jedną z przyczyn tej tragedii są oczywiście podawane brutalne gry komputerowe i filmy. Znaleźli sobie kozła ofiarnego i będą teraz wszystko zwalać na to. Ja sam przez całe życie oglądałem i grałem w rzeczy totalnie niedopasowane do mojego wieku i nic mi się nie stało. Jak ktoś ma normalnie poukładane w głowie, nie żyje w patologicznych warunkach i nie karmi się takimi treściami 24h na dobę to nie wierzę że może mu to zaszkodzić. Ja jestem łagodny jak baranek i zawsze użycie siły widzę jako totalną ostateczność, której staram się uniknąć jak tylko mogę. W sytuacji zagrożenia wolę uciekać niż się bić. Mi nawet brutalne gry pomagały aby się wyładować. Jak byłem wściekły z jakiegoś powody to zabijałem na ekranie komputera i po takiej powiedzmy 30 min kuracji byłem już łagodny jak baranek. Oczywiście mało kiedy zdarzało się żebym grał tak krótko, ale to inna bajka. Trudno jest mi się też wypowiadać za tego 17-latka, ale wiadomo też że miał łatwy dostęp do broni (była w domu i z niej korzystał) oraz był mocno wyizolowanym nastolatkiem co też pewnie mu nie pomogło. Mógł mieć jeszcze inne problemy o których się nigdy nie dowiemy, albo po prostu nasrane w głowie, ale wtedy to nawet w Smerfach znajdzie przesłanie aby zabijać.
Druga kwestia, która zwróciła moją uwagę to sytuacja w jakiej znajduje się teraz rodzina tego nastolatka. Oczywiście abstrahując od tego czy są normalną rodziną czy patologią, bo tego nie wiemy? Jednak jak wiadomo ojciec był jakimś przedsiębiorcą więc raczej była to normalna rodzina. Wracając do kwestii, to wszędzie gdzie czytamy albo słyszymy o tym wydarzeniu to wszyscy współczują rodziną ofiar, a o rodzinie zamachowca nikt nie wspomni. Nawet kościół katolicki i ewangelicki wyraża współczucie tylko rodziną ofiar. Przecież ta rodzina też straciła ukochanego syna i do końca życia będą się zastanawiać gdzie popełnili błąd i co się stało? Przecież Ci ludzie mają przewalono w tej mieścinie teraz na całej linii. Na pogrzeby ofiar przyjdą tłumy, a na pogrzeb ich syna z biedą rodzina. Wszędzie gdzie pójdą wszyscy będą na nich patrzeć jak na sprawców, pewnie nie raz ktoś będzie ich obwiniał za to co się stało i takie tam. Pewnie miejscowe małolaty będą urządzać jakieś godziny czuwania za ofiary, marsze przeciw przemocy i takie tam i zawsze dumnie będą paradować przed domem rodziny zamachowca. Z jednej stron rozumiem tych wszystkich ludzi, którzy mówią tylko o ofiarach, ale trzeba pamiętać, aby zawsze patrzeć z co najmniej dwóch stron.
No to tyle mi siedziało w głowie ostatnio. Jakiś taki poważny i chyba troszkę górnolotny wyszedł mi ten tekst. No nic czasem i tak bywa.
piątek, 13 marca 2009
#94 Reanimator autor: H.P. Lovecraft
Dzięki uprzejmości allegro i mojego sponsora prezentów - Moniki, znowu czytam sobie starocie. Zawsze chciałem mieć wszystkie książki z tej serii, a obecnie brakuje mi tylko jednej! Na pierwszy ogień poszedł zaprezentowany tutaj na zdjęciu "Reanimator" i muszę powiedzieć że się nie zawiodłem.
Pierwsze opowiadanie pt. "Koszmar w Red Hook" przypomniał mi od razu dlaczego tak bardzo lubię Lovecrafta. Historyjka opowiada losy biednego policjanta (bo kompletnie zwariował i przebywa w psychiatryku) który prowadził dochodzenie w małej portowej mieścinie. Jak to bywa u tego pisarza pojawiają się zagadkowe morderstwa, pradawne kultu i obrządki oraz inne ciekawostki. Czytając to opowiadanie czułem się dokładnie tak samo jak podczas pierwszego mojego zetknięcia z tym pisarzem. Taka miła fascynacja i olbrzymia chęć poznania co będzie dalej.
Drugie opowiadanie to "Nienazwane". Historia dwóch przyjaciół, racjonalisty i wierzącego w nienazwane, który opowiada prastarą legendę o domostwie zamieszkanym przez strasznego potwora grasującego po okolicznych wzgórzach i dolinach. Ciekawe i przyjemnie się czytało, chodź zakończenie przewidywalne ale nie na tyle żeby zepsuć wszystko.
"Alchemik" oraz "Przerażający staruch" to dwa króciutkie opowiadanka, które muszę przyznać są taki sobie. Pierwsze opowiada los możnowładcy, którego ród został przeklęty i każdy mężczyzna w rodzinie umiera w okolicach trzydziestych drugich urodzin. Fajny klimat jak zawsze, ale wszystko strasznie przewidywalne i jakieś takie strasznie banalne. Za to "staruch" to historyjka o dziwnym starym człowieku co wygląda jakby przeżył stanowczo za dużo lat i płaci złotymi, chyba hiszpańskimi monetami z przed dwóch wieków w sklepie. Ktoś taki staje się celem rabunku trzech bandytów. Jak się to kończy każdy wie, ale i tak świetnie się czyta.
Jest taka mieścina portowa, gdzie na wysokim klifie stoi "Dziwny wysoki dom wśród mgieł". W tym miasteczku mieszka również spokojny nauczyciel ze swoją żoną i dziećmi, który pragnie czegoś więcej od życia i wierzy w niewyjaśnione. Mało go interesowały miejscowe legendy i postanowił odwiedzić tytułowy dom. Problem z nim taki że nikt nie wie jak do niego trafić, a jedyne wejście jest od strony klifu, jakby przeznaczone tylko dla bóstw. Opowiadanie takie sobie, jakoś mnie specjalnie nie urzekło, chodź czyta się szybko i przyjemnie.
Tytułowy "Reanimator" byłby świetnym opowiadaniem gdyby był krótszy. Jest to historia szalonego naukowca owładniętego myślą, że ludzkie zwłoki da się przywrócić do życia. Warto przeczytać dla samego zakończenia. Jednak strasznie mnie denerwowało, że na każdym początku rozdziałów tego opowiadania autor przypomina nam kim są główni bohaterowie, czym się zajmują i jakie to obrzydliwe. Strasznie nudne są takie powtórzenia co kilka stron.
Ostatnie i najdłuższe opowiadanie w zestawieniu, czyli "W Górach Szaleństwa" sobie odpuściłem bo czytałem już kilka razy, ale z tego co pamiętam jest najlepsze z całej książki. Jest nim w wszystko to za co lubię Lovecrafta. Samotny badacz, jakieś zapomniane przez czas stwory, które go atakują i tak samo stary kult. Jakieś tajemnice które poznajemy w czasie czytania i ten wszech ogarniający klimat izolacji i strachu! Po prostu coś pięknego.
Podsumowując książka świetna, ale ja nie jestem obiektywny bo to jeden z moich ulubionych pisarzy. Strasznie mi się podoba, że w jego książkach prawie w ogóle nie ma dialogów i wszystko jest opowiadane za pomocą niesamowitych opisów, a opisać coś co ma konsystencję galaretki z piętnastoma mackami wyrastającymi z najdziwniejszych miejsc w taki sposób aby czytelnik był w stanie to sobie wyobrazić to nie lada wyczyn.
czwartek, 5 marca 2009
#93 Watchmen reż. Zack Snyder scen. Alex Tse i David Hayter
Jest późno, a ja muszę wstawać z rana do pracy więc będzie krótko. Właśnie wróciłem z przedpremierowego pokazu Strażników i musze powiedzieć jedno - walcie do kina w ciemno bo warto. To jest po prostu dobry film, a w kategorii adaptacja komiksowa jest w pytę! Znam komiks już od dawna i nie wiedzieć czemu spodziewałem się kina akcji. Tak wiem to szalony pomysł, ale jednak i to chyba przez trailery. W czasie projekcji dostałem spokojny i niezwykle stonowany film. Bardzo wierną adaptację, wysmakowaną wizualnie, ale z drugiej strony nie epatującą efekciarstwem i tanimi efektami. Wielkie brawo za odwagę dla realizatorów i kategorię wiekową R chyba, bo momentami film jest brutalny, a całość jest raczej dojrzała. Po reżyserze i jego adaptacji "300" nie miałem wielkich oczekiwań odnośnie tego filmu i bardzo milę się zaskoczyłem. Według mnie ten film mógłby spokojnie obejżeć Moore i nie byłby zły. Niepotrzebnie usuwał swoje nazwisko. Jedyne co mnie zastanawia to, to czy ten film będzie kasowym hitem? Wydajemi się że chyba nie, ale zobaczymy.
Dziękuje jeszcze mojej Monice za znalezienie tego seansu, bo inaczej musiałbym czekać aż do niedzieli i szlag by mnie trafił.
poniedziałek, 2 marca 2009
#92 last.fm
wtorek, 24 lutego 2009
#91 znowu się cieszę jak wariat
Przy okazji byłem ostatnio na spotkaniu z autorem rewelacyjnego komiksu "Trzy Cienie" Cyrilem Pedrosa i taką oto mam pamiątkę:
O samym komiksie jeszcze pewnie napiszę więcej jak znajdę troszkę więcej czasu bo naprawdę warto. Koniec krótkiego wpisu z dupy.
piątek, 20 lutego 2009
#90 na dziewiczym lądzie!
z długo oczekiwaną przeze mnie płytką The Qemists i moim aktualnie ulubionym kawałkiem:
Pamiętam jak w zeszłym roku na heinekenie przez przypadek trafiliśmy z Moniką na ostatnie pół godziny koncertu Fisherspooner'a i od tego czasu uważam że kolesie są niesamowici. Wybawiliśmy się jak wariaci i po powrocie tak mnie na nich wzięło, że ciągle sprawdzałem ich trasę koncertową w poszukiwaniu jakiegoś koncertu w pobliżu. Jaka była moja radość gdy kilka tygodni temu dowiedziałem się że będą na początku czerwca będą grać w Krakowie!! Już cholera nie mogę się doczekać.
Strasznie lubię w takiej muzie że ładuje mnie okropnie pozytywną energią, uwielbiam tańczyć przy niej (tak ja tańczę!) i połączenie elektroniki z żywymi instrumentami, a najlepiej z perkusją i gitarą elektryczną jak u The Qemists. Świetne jest też to że kompletnie się nie znam na tej muzie i chłonę ją jak noworodek mleko matki. Naprawdę czuję się jak na dziewiczym lądzie jak odkrywca czegoś absolutnie nowego i to chyba podoba mi się najbardziej.
ps. tekst pisany w stanie euforii, przy słuchaniu wyżej opisanej muzy i nie sprawdzany więc pewnie bez sensu i z błędami.
#89 Steep reż. i scen. Mark Obenhaus
Pamiętam jak rozmawiałem z Moniką na temat tego filmu i Ona troszkę nie rozumiała takiego pchania się w coraz bardziej ekstremalne sytuacje. Uważała to za objaw skrajnego samolubstwa i wspólnie doszliśmy do wniosku że jeśli robi to osoba samotna to jeszcze jakoś ok. Jednak gdy jest to np ktoś w związku to już nie naraża tylko siebie ale również całą rodzinę w razie własnej śmierci i nie jest to już takie ok. Gdzieś w tym filmie jeden z czołowych narciarzy mówi, że po każdym takim zjeździe czuje się jak nowo narodzony, odkrywa co jest naprawdę w życiu ważne i jest to raczej sposób na życie niż kaprys. Choćbyś nie wiem czego próbował to i tak zawsze wrócisz do pasji. Powiedział również, że tylko w górach i podczas zjazdów naprawdę czuł że żyje. Muszę powiedzieć że w pełni go rozumiem. Kiedyś sam się trochę wspinałem. Mieliśmy bardzo zgraną ekipę i przez kilka miesięcy nie liczyło się dla nas nic innego. Wyjeżdżaliśmy jakieś trzy, cztery razy w tygodniu na ścianę. Jak wracaliśmy to już planowaliśmy kiedy znowu. Jak się komuś nie chciało to reszta go wyciągała i na odwrót. Wtedy naprawdę czułem że żyłem i był to jeden z najlepszych okresów mojego życia. Zdaję sobie sprawę że wspinaczka skałkowa jest znacznie bezpieczniejsza, ale my również przesuwaliśmy za każdym razem swoje granice o troszkę wyżej i podczas powrotu każdy był dumny i szczęśliwy. Podczas takich wyjazdów liczy się tylko osoba towarzysząca której ufasz do granic i skała, która ma swoje kaprysy i bywają takie dni że choćbyś nie wiem co robił to jej nie zdobędziesz, a następnego dnia wszystko staje się proste i osiągalne. Coby nie mówić kurewsko mi brakuje tej adrenaliny w życiu i ciągnie mnie do tego że aż boli czasami. Tylko wtedy naprawdę wiedziałem że żyję, w ruchu, a teraz wegetuję.