Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2015

#373 mój filmowy rok 2014

Nie ma się co okłamywać. Zapewne pod wpływem ogólnie panującej mody na robienie wszelkiego typu podsumowań, również i ja postanowiłem się skusić i zrobić swoje zestawienie najlepszych filmów jakie widziałem w minionym roku. Jednak gdy spojrzałem na swój profil na filmwebie mocno się zdziwiłem. Wychodzi na to, że widziałem coś pod setkę filmów i większość z nich była niestety raczej średnia. Kilkanaście całkiem dobrych a takich, które mocno wbijają się w głowę zaledwie kilka i na nich chciałbym się skupić. Chciałbym tylko zaznaczyć, że nie wszystkie filmy są z zeszłego roku. To ja je wtedy widziałem. Część z was pewnie niektóre tytuły zna już od bardzo dawna.


RHPSThe Rocki Horror Picture Show.


Nie znoszę musicali. Męczę się na nich niemiłosiernie. Denerwują mnie piosenki w filmach już od czasu pierwszych animacji Disney'a jakie widziałem w dzieciństwie. Jednak do tego filmu jakoś mnie ciągnęło. Miałem blade wyobrażenie o nim, ale to co mnie spotkało podczas seansu przerosło moje najśmielsze oczekiwania. To opowieść o parze zakochanych, której psuje się samochód gdzieś na totalnym odludziu. Z braku jakichkolwiek innych alternatyw zaczynają szukać pomocy i trafiają do posiadłości szalonego naukowca. To co dzieje się dalej z każdą minutą robi się coraz dziwniejsze i zabawne. Po za tym wspaniały Tim Curry w roli szalonego naukowca paradujący w gorsecie i pończochach jest tutaj chyba w swojej życiowej roli. Natomiast Susan Sarandon to prawdziwa bogini seksu. Jest po prostu zjawiskowa. Od teraz patrzę na nią zupełnie inaczej. Dla tych dwóch ról już warto zobaczyć ten film, a cała reszta to naprawdę świetnie zrealizowane kino mieszające kilka gatunków w cudowny twór z powodu którego niektóre piosenki nadal czasami sobie nucę. ...Toucha toucha toucha touch me, I wanna be dirty...


gofgGuardians of The Galaxy


Filmy na podstawie komiksów oglądam zawsze z powodu mej wielkiej miłości do tego medium. Jednak z żalem muszę przyznać, zazwyczaj nie są to dzieła wysokich lotów. Gdy zobaczyłem pierwszy trailer Strażników Galaktyki byłem załamany i pewien, że będzie to gniot niesamowitych rozmiarów. Jak bardzo się wtedy pomyliłem okazało się dopiero podczas seansu, kiedy film kupił mnie już na napisach początkowych. Potem było już tylko lepiej. Jest to bardzo dobrze zrealizowane kino nowej przygody, gdzie jest miejsce na kilka świetnych żartów, autoironii i one linerów. Chwilę zadumy, propagowania pozytywnych wartości ale też i zapierającej dech w piersi akcji pełnej wybuchów i eksplozji. To jest po prostu niesamowicie dobrze zrealizowane kino rozrywkowe mające na celu z każdą minutą powodować większy uśmiech u widza. Dodatkowo pierwszy raz od dawna to trailer okazał się porażką, a sam film wyśmienity. Niestety w przypadku kina lekkiego i przyjemnego często bywa odwrotnie.


twelve_years_a_slaveTwelve Years a Slave


Czyli jak zepsuć sobie nastrój już w pierwszym kwartale roku. Historia tutaj opowiedziana wydarzyła się naprawdę w XIX wieku. Opowiada o czarnym mieszkańcu Nowego Jorku, który został porwany i sprzedany jako niewolnik na południe Stanów Zjednoczonych. Wstrząsająca opowieść o mężczyźnie, który w ciągu jednego dnia z wolnego człowieka mającego kochającą rodzinę, pracę i swoje życie stał się własnością prywatną białego pana, bez żadnych praw, gdzieś na drugim końcu kraju. Całość poraża wrażliwością i mocą z jaką uderza w widza. Im dłużej cała projekcja trwa, tym bardziej dobija nas beznadziejna sytuacja w jakiej znalazł się główny bohater. Ważny i bardzo wartościowy film opowiadający o rzeczach dziejących się jeszcze nie tak dawno temu, a w niektórych miejscach na świecie nadal trwającym procederze.


lego_movieLego The Movie


Film o klockach z którymi spędziłem połowę swojego dzieciństwa, a teraz oglądam w internecie jak bawią się z nimi dorośli. Tworząc z nich małe cuda. O dziwo nie miałem w planach w ogóle oglądać go, ale jakoś tak wyszło, że pojawił się u mnie w domu i z braku lepszej alternatywy przysiadłem do niego. Na początku czułem się mocno zagubiony  szybkością filmu i ciągłymi zwrotami akcji. Jednak w bardzo szybkim czasie przypomniałem sobie jak sam się nimi bawiłem. Przecież wyglądało to dokładnie tak samo. Zawsze wszystko było możliwe. Ten film to właśnie zapis dziecięcej, niczym nieskrępowanej zabawy i wyobraźni. Po za tym jest to wspaniała komedia pełna świetnych gagów i odwołań do całej popkultury. Czasem nawet dawałem stop klatkę, aby spokojnie obejrzeć drugi i trzeci plan. Z jednej strony trochę mnie rozczulił i przypomniał beztroskie czasy gdy byłem maluchem. Z drugiej zapewnił mi świetną rozrywkę, więc czego chcieć więcej?


bogowieBogowie


Długo w to nie wierzyłem, ale Polacy jednak potrafią zrobić dobry film, który nie jest dołujący i nie opowiada o  traumatycznych wydarzeniach z naszej przeszłości. Tutaj otrzymaliśmy wciągającą opowieść o człowieku owładniętym jedną ideą i dążącym do jej realizacji za wszelką cenę. Wciągającą historię walki profesora Religi o postęp w medycynie, a także z samym sobą. Już samo to wystarczyło by spędzić dobrze 2 godziny, ale dodatkowo jest Tomasz Kot. Aktor który był mi kompletnie obojętny, tutaj pokazuje, że jest aktorem totalnym. On nie gra głównego bohatera, ale się nim stał. Ruszał się tak jak on, chodził, palił papierosy w specyficzny sposób. Byłem i w sumie nadal jestem pod wielkim wrażeniem. Dodatkowo film cały czas trzyma w napięciu pomimo tego, że i tak każdy z nas wie jak to się wszystko skończyło.


The Fault in Our StarsThe Fault in Our Stars


Tak przyznaję się bez bicia, obejrzałem romantyczną komedię dla nastolatek i świetnie się bawiłem. Sam już nie pamiętam jak trafiłem na ten film, ale puściłem go od niechcenia w jakieś sobotnie do południe i przepadłem na dwie godziny. Historia chorej na raka tarczycy Hazel jest po prostu wspaniała. Młoda bohaterka to pogodzona nastolatka, która nauczyła się żyć z widmem rychłej śmierci i przy okazji cięto z niej żartować. Brakuje jej tylko normalności w życiu. Przyjaciół i takich typowych zajęć dla jej wieku. Za namową rodziców idzie na spotkanie grupy wsparcia, gdzie poznaje nastoletniego Gusa, byłego koszykarza z amputowaną nogą. Od tego momentu rozpoczyna się ich piękna miłość, kiedy chociaż przez chwilę mogli się poczuć jak normalni, zdrowi nastolatkowie. Uwielbiam takie filmy o których prawie nic nie wiem. Małe, kameralne, a podczas seansu okazujące się perełkami. Przez dwie godziny śmiałem się i płakałem na przemian, z krótką przerwą na złość podczas ich wymarzonego spotkania z pewnym autorem. Opowieść która naprawdę oddziałuje na człowieka, a nie tylko leci sobie w tle.


pokłosiePokłosie


Film ukazujący losy dwóch braci, którzy próbują odkryć dawno zakopaną tajemnicę ich rodzinnej wioski. Dosyć ciężkie kino poruszające ważny temat, przy okazji pokazując jak wygląda działanie i zachowanie pewnych grup ludzi. Temat ten spokojnie można odnieść do wielu warstw otaczającego nas życia i co najsmutniejsze, wszyscy pozostają bierni. Poza dobrym tematem, tytuł ten wyróżnia się wspaniałą rolą Macieja Stuhra, za którą bardzo mu się oberwało po premierze od prawdziwych Polaków. Oczerniali go gdzie tylko mogli. Co samo w sobie świetnie pokazuje na jakim świecie żyjemy. Dla mnie kompletnie niezrozumiałe, aby utożsamiać aktora z jego rolą w życiu codziennym. Wielkie brawa należą się również Pasikowskiemu za genialne zbudowanie dusznego i bardzo mrocznego klimatu. Coś wspaniałego, aż miałem problem usiedzieć w spokoju na kanapie.


barbarella_poster_04Barbarella

Długo planowałem zobaczyć ten film, ale jakoś ciągle nie mogłem tego uskutecznić. Jednak gdy już w końcu rozpoczął się seans wiedziałem, że nie pożałuję. Już sama czołówka z lewitującą i powoli rozbierającą się Jane Fondą jest wspaniała, a potem jest już tylko lepiej. Główna bohaterka otrzymuje od prezydenta Ziemi misję mającą na celu uratowanie pokoju w całej galaktyce. Z tego też powodu Barbarella musi przebrać się chyba z 12 razy w coraz odważniejsze kreacje. Stawić czoło szalonemu naukowcowi Durand Durand, przy okazji wskakując do łóżka prawie każdemu kto się napatoczy. Swoją drogą byłem zdziwiony ile w tym filmie jest erotyzmu. Pięknego i z klasą, ale w takiej ilości, że ten film  dosłownie nim ocieka. Teraz już takiego kina się nie robi, a szkoda. Z każdą minutą robi się coraz bardziej dziwnie i niepokojąco. Bo jak ma się poczuć widź, kiedy jest świadkiem przerażającej sceny w której piękna kobieta uwięziona jest w klatce z morderczymi kanarkami? Tak, dobrze  przeczytaliście. Ona leży i wije się, a te małe ptaszki zdzierają z niej ubranie raniąc ją przy tym niemiłosiernie. Takich smaczków w tym filmie jest znacznie więcej, dzięki czemu projekcja to niezapomniane przeżycie.


czwartek, 6 marca 2014

#296 Escape Plan, reż. Mikael Håfström, scen. Miles Chapman

EPNajpierw przez kilka dni próbowałem napisać ten tekst i kompletnie nic mi nie wychodzi. Nie potrafiłem sklecić kilku sensownych zdań i powoli zaczynałem podejrzewać, że się uwsteczniam. Jak już go w bólach popełniłem, dałem go do szuflady by się odleżał dzień lub dwa i zapomniałem o nim na całe trzy tygodnie.


Ostatnio po tym jak wróciłem po ciężkim dniu, chwilę się zrelaksowałem, znowu zasiadłem do pracy. Jakoś tak zeszło mi na niej do prawie 22 i pomimo późnej godziny i świadomości, że pewnie za niedługo zasnę, miałem przemożną ochotę obejrzeć jakiś film. Dlatego też nie mogło to być nic ambitnego, więc padło na Escape Plan z Sylvestem Stallone oraz Arnoldem Schwarzeneggerem w rolach głównych. Ku mojemu zaskoczeniu, nie zasnąłem, obejrzałem film do samego końca i jeszcze świetnie się przy tym bawiłem. Jednak wszystko po kolei.


Plan ucieczki to historia Ray'a Breslina (Stallone). Człowieka po przejściach, który zarabia na życie uciekając z więzień. Dzięki temu wytyka błędy służbom więziennictwa, zarabia na dostatnie życie i utrzymuje przestępców we właściwym miejscu. Jednak pewnego dnia zgłasza się do niego tajemnicza kobieta, podająca się za pracownicę którejś z rządowych agencji i składa mu propozycję.  Musi uciec z tajnego więzienia sponsorowanego z pieniędzy prywatnych inwestorów. Instytucja ta jest poza wszelką kontrolą, jednak posiada aprobatę państw, które czasem same korzystają z jego usług. Jest to przybytek przeznaczony dla ludzi, którzy mają zniknąć, jednak są zbyt wartościowi aby ich zabijać.  W takie miejsce trafia nasz bohater i szybko orientuje się, że wpadł w zastawioną na niego pułapkę, a jedynym jego sojusznikiem okazuje się Emil Rottmayer (w tej roli Schwarzenegger). Od tej chwili muszą razem współpracować, aby odzyskać wolność i wyjaśnić zagadkę kto stoi za całym spiskiem.


Powstaniu tego filmu bez wątpienia przyświecał ten sam cel jak podczas realizacji dwóch części Niezniszczalnych, czyli powrót do kina akcji lat 80 XX. wieku. Dzięki temu odbyłem miłą podróż do mojego dzieciństwa. Znowu przypomniałem sobie wiele filmów, na których się wychowałem, a których wtedy z pewnością nie powinienem był oglądać. Pełnych niesamowitych akcji, brutalnych scen, ale również opowieści gdzie dobro zawsze zwyciężało, karząc złych za ich niecne uczynki. Czasów wielkich bohaterów z jeszcze większymi spluwami. Tutaj wszystko jest jakby z poprzedniej epoki. Główni bohaterowie to prawdziwi twardziele co jakiś czas rzucający one linerami. Równocześnie każdego z nich popycha do działania ckliwa historyjka z tragedią rodzinną w tle, przez co stają się bardziej ludzcy. Ich przeciwnicy to z kolei do cna zdegenerowane jednostki, które dla pieniędzy są w stanie zrobić wszystko.


Poza ciekawą i niezobowiązującą fabułą moją uwagę przykuło również miejsce przetrzymywania głównych bohaterów. Jest to więzienie gdzie absolutnie każdy jego aspekt został dokładnie przemyślany pod kątem uniemożliwienia ewentualnej ucieczki. Zostało to osiągnięte głównie za pomocą pogwałcenia wszelkich obowiązujących praw skazańców z poszanowaniem godności osobistej na czele. Wszystko to zostało dość logicznie i sprawnie wyjaśnione, a samo miejsce ulokowania więzienia mnie mile zaskoczyło.


Film ten sprawił mi wiele przyjemności. Spodziewałem się w sumie marnego kina akcji, a otrzymałem w zamian naprawdę miłą i przyjemną rozrywkę na wieczór. Co prawda wszystko jest do bólu przewidywalne, ale akcja jest na tyle ciekawa, że ani przez chwilę się nie nudziłem. Dzięki temu, dotarłem do końca, gdzie wszystko kończy się w jedyny możliwy sposób, przy czym zajęty miłą rozrywką, nie domyśliłem się rozwiązania historii przed końcem seansu. Dla mnie był to udany powrót do filmów akcji mojego dzieciństwa i jeśli ktoś tak jak ja wychowywał się w latach 80 XX wieku podczas seansu powinien się świetnie bawić.




poniedziałek, 17 lutego 2014

#290 Wilk z Wall Street, reż. Martin Scorsese, scen. Terence Winter

wilk-z-wall-street-plakatPamiętam gdy pierwszy raz zobaczyłem trailer tego filmu, siedząc w kinie, czekając na projekcję. Pierwsza moja myśl była - tego ścierwa na pewno nie obejrzę. Jednak potem pod wpływem nominacji do Oscara, które swoją drogą już dawno przestały być wyznacznikiem czegokolwiek oraz pozytywnych recenzji znajomych postanowiłem dać się skusić. W ten sposób zmarnowałem trzy godziny swojego życia, których nikt nigdy mi już nie zwróci i w dodatku zepsułem sobie sobotni wieczór.


Film opowiada historię Jordana Belforta, brokera, który w oszałamiającym tempie zrobił zawrotną karierę na Wall Street. Lecz jego szczęście nie trwało długo ponieważ z powodu prowadzenia życia pozbawionego wszelkich zasad bardzo szybko zwrócił na siebie uwagę FBI. Jak to się dla niego skończyło każdy z nas bez problemu jest w stanie przewidzieć.


Jednak prawdziwa recenzja tego filmu powinna brzmieć mniej więcej tak: cycki, dupy, koks, masa pieniędzy, szkolenia sprzedażowe, golenie głowy lasce za pieniądze, które postanowiła przeznaczyć na powiększenie sobie cycków, imprezy, szybkie samochody, cycki, seks, wóda, cycki, oszukiwanie klientów, szybka kasa, cycki, koks,  cycki, koks, rzyganie, wóda, znowu szybka kasa i cycki i tak przez trzy godziny. To wszystko jest oczywiście przeplatane mnóstwem przekleństw i samczego zachowania, dzięki czemu z ekranu dosłownie wylewa się testosteron. Sam jestem facetem, nie zawsze zachowuję się jak dżentelmen, czasem bywam jak świnia. Jednak oglądając ten film czułem zażenowanie z powodu obrazu mężczyzn jaki prezentuje. Jeśli tak zachowuje się "prawdziwy mężczyzna sukcesu", "rekin finansjery" to ja naprawdę dziwię się kobietom, że chcą z nami w ogóle rozmawiać. Chociaż babom też się obrywa w tym filmie. Wychodzi na to, że wszystkie żony bohaterów wiedziały, że są zdradzane, a ich mężowie zbijają fortuny tylko i wyłącznie na oszustwach. Mimo to nie decydowały się na rozstanie. Wiadomo jak to o nich świadczy.


Zdaję sobie sprawę, że ten film momentami może wydawać się zabawny jednak polecam przejść przez kilka szkoleń sprzedażowych lub pracę z klientami oszukanymi przez tak wspaniałych sprzedawców i od razu każdemu uśmiech zejdzie z twarzy. Pamiętam momenty kiedy dzwonili do mnie osiemdziesięcioletni ludzie, którzy z trudem obsługiwali telefon stacjonarny, a na umowie mieli jeszcze internet i telewizję. Oczywiście wszystko nie podłączone, komputera w domu brak, ale płacić trzeba. Pomijam kwestie etyczne takiego zachowania, ale jest to po prostu chamstwo i każdemu kto się tak zachowuje życzę, aby ktoś też go tak załatwił wraz z całą jego rodziną.


Nie rozumiem również tych zachwytów nad genialną grą aktorską Leonarda Di Caprio. Albo udaje totalnie odurzonego wszelkimi możliwymi substancjami, albo jest w otoczeniu cycków lub niemiłosiernie się wydziera odmieniając w każdy możliwy sposób słowo "fuck". Jest w tym bardzo marny i znacznie lepsze kreacje stworzył chociażby w Django lub Drodze do szczęścia, żeby daleko nie szukać. Wystarczy przejść się na dowolną imprezę masową i bez problemu znajdzie się lepszych "aktorów", którzy ledwo stojąc na nogach dają znacznie większy popis umiejętności aktorskich i jakoś do Oscara nikt ich nie nominuje.


Gdzieś czytałem, że jest to najbardziej kasowy film w dorobku Martina Scorsese i jest mi z tego powodu przykro. Patrząc na jego filmografię widzę sporo dobrych, wartościowych filmów, ale dopiero taki szmatławiec okazał się hitem. Może to ja jestem ograniczony i nie potrafię dostrzec kunsztu tego filmu. Jednak naprawdę nie widzę w nim nic wartościowego. Jest nudny, chamski do bólu, nieśmieszny, stanowczo za długi i po seansie wychodzi na to, że wystarczy pokazać mnóstwo cycków i kokainy, aby wszyscy byli zachwyceni. Czy to nie świadczy źle o nas wszystkich? Jedyne co mnie zastanawia po projekcji to jakim cudem w dobie wszechogarniającego silikonu twórcom udało się znaleźć tak wiele kobiet z naturalnym biustem. Kastingi musiały trwać wiecznie.

wtorek, 4 czerwca 2013

#227 The Place Beyond The Pines, reż. Derek Cianfrance, scen. Derek Cianfrance, Ben Coccio oraz Darius Marder

The-Place-Beyond-The-Pines-posterPamiętam jak bardzo wymęczył mnie, poprzedni film reżysera Blue Valentine i szczerze przyznam nie wiem co mnie podkusiło aby zabrać się za jego kolejne dzieło. Zapewne zachęciła mnie całkiem dobra obsada lub z każdej strony pojawiające się pozytywne recenzje.


Opowieść rozpoczyna się w momencie kiedy kaskader cyrkowy (Ryan Gosling) spotyka swój zeszłoroczny romans (Eva Mendes) i dowiaduje się, że w wyniku chwili przyjemności został ojcem. Sam nie znał swego papy więc teraz targają nim sprzeczne uczucia. Czy ma się zająć synem i jego matką pomimo tego, że już świetnie sobie ułożyli życie bez niego czy wyjechać i nigdy się nie pojawić? Nie będzie tutaj wielkim zaskoczeniem, gdy napiszę iż wybrał najgorzej jak tylko mógł, a potem już wszystko układało się coraz gorzej. Nawet wtedy gdy zmienili się bohaterowie i widź śledzi całkiem inną historię. Dzieje się tak ponieważ mniej więcej w połowie filmu widza spotyka jedyny pozytywny i zaskakujący moment całego seansu, w efekcie czego zmienia się opowieść. Głównym bohaterem zostaje Bradley Cooper w roli miejscowego policjanta i bohatera zarazem, który odkrywa nieprawidłowości u siebie na komendzie i postanawia je usunąć. Efekty tego są niestety bardzo łatwe do przewidzenia. Prowadzą również do niezwykle przejmującego i dołującego zakończenia (w wyobraźni scenarzystów, bo każdy kto zobaczył już w życiu przynajmniej z dziesięć filmów będzie ziewał z nudów), które sprawnie łączy cały film w całość.


Cały film opowiada losy kilku bohaterów na przestrzeni kilkunastu lat. Obserwujemy jak podejmują ważne decyzje w swoim życiu aby potem zmagać się z ich konsekwencjami. Jednak życie samo w sobie nie jest łatwo, dlatego też postacie filmowe muszą mieć znacznie bardziej pod górkę. Z tego też powodu nad filmem unosi się olbrzymi smutek przeciw któremu nie miałbym nic. W końcu umiejętnie dawkowane przygnębienie daje często do myślenia i nie raz już potrafiło mieć oczyszczające właściwości. Jednak w tym przypadku cały nastrój sprawia, że fabuła robi się przewidywalna, a czasem wręcz oczywista, ponieważ wszystko musi zmierzać ku gorszemu. Jakby tego było mało większość postaci ma niezwykle irytujące osobowości, które dosłownie drażnią swoją obecnością na ekranie. Gosling gra kaskadera cyrkowego totalnie nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie, który czegokolwiek się dotknie to spartaczy głównie przez swoją głupotę. Jego "miłość" grana przez Evę Mendes po tym jak ułożyła sobie życie, postanawia wszystko zniszczyć spotykając się z idiotą, zamiast pozbyć się go z życia własnego i dziecka. Jednak najgorszą postacią był syn Aj, który swoim zmanierowaniem doprowadza do szału. Jakaś dziwna wypadkowa dresa i włoskiego mafioza. Wiecznie spocony aktor dodatkowo odgrywa swoją postać w taki sposób jakby za bardzo zapatrzył się w Don Vito Corleone.


The-place-beyond-the-pines


Sam film przy pomocy przeplatających się wątków głównych bohaterów próbuje pokazać, że w życiu nie ma nic nowego i wszystko cały czas zatacza koło. Szkoda tylko, że scenarzyści układając pod tą oczywistość cały film sprawili, że stał się okropnie przewidywalny robiąc z ponad dwugodzinnej opowieści okropny twór na którym niezwykle trudno jest wysiedzieć do końca. Równocześnie mieszając wątki udało im się sprawić dość sporą niespodziankę dla widzów mniej więcej w połowie historii. Jednak zaliczę im to jako błąd statystyczny, ponieważ przy tak męczącym scenariuszu oraz stanowczo za długim, coś musiało im w końcu wyjść dobrze, choćby przypadkiem. Matematyki nie da się oszukać.


Wszystko co wymieniłem powyżej sprawia, że film jest nudny, przewidywalny i stanowczo za długi, którego szczerze nie polecam. Jest to jedna wielka strata czasu i za każdym razem gdy widzę plakaty go reklamujący to zastanawiam się kto jest autorem wszystkich bardzo pochwalnych tekstów umieszczonych na nim? Zapewne nikt kto go obejrzał, bo tylko dla osoby która dopiero rozpoczyna swoją przygodę z kinem ten obraz może być zaskakujący, poruszający i ciekawy.

czwartek, 23 maja 2013

#223 Room 237, reż: Rodney Ascher

7432948.3Oglądając Lśnienie Stanleya Kubricka od samego początku ogarnia mnie jakiś dziwny i trudny do opisania niepokój, który dodatkowo potęguje dopieszczona do granic możliwości strona wizualna filmu. Dla mnie jest to przykład geniuszu sztuki filmowej. Jednak są na świecie ludzie, którzy zaczęli się nad nim zastanawiać znacznie dogłębniej niż ja, analizować i odnajdywać w nim różne ukryte przesłania. Twórcy dokumentu Room 237 postanowili zebrać najbardziej popularne z teorii i nakręcić o nich film. Sam pomysł wydawał mi się dość ciekawy i wyczekiwałem tego obrazu od dobrych kilku miesięcy, gdy tylko pierwszy raz o nim usłyszałem.




W końcu miałem okazję go zobaczyć, ponieważ okazało się, że jest wyświetlany na niedawno zakończonym w Krakowie festiwalu OffPlusCamera. Kupiłem pośpiesznie dwa bilety i wieczorową porą udałem się na seans. Sam początek był ciekawy. Ogólne i bardzo szybkie wprowadzenie w fabułę oraz cel przyświecający twórcom. Następnie przez prawie dwie godziny widz wysłuchuje kolejnych teorii, o czym tak naprawdę jest Lśnienie. Jedni widzą w tym próbę wyleczenia Amerykanów z postkolonialnej traumy. Inni głoszą teorię, że Kubrick za pomocą tego filmu przyznaje się do nakręcenia mistyfikacji pierwszego lądowania amerykanów na księżycu. Jeszcze innym razem z kolei tłumaczą ten film jako próbę wyleczenia traumy po hitlerowskich zbrodniach z II Wojny Światowej. Hipotez jest jeszcze kilka i trzeba przyznać, każda kolejna bardziej niedorzeczna.


Na samym początku ten dokument wydawał mi się interesującą możliwością spojrzenia na jeden z moich ulubionych filmów z innej, ciekawej perspektywy. Jednak im dalej trwała projekcja, tym bardziej docierało do mnie jak okropnie głupie, naciągane i szalone są wszystkie te teorie. Każda z nich opierała się na podstawie wydumanych dowodów, które pasują tylko i wyłącznie samemu twórcy danej tezy. Dla przykładu, teoria skłaniająca się do tłumaczenia Lśnienia jako panaceum na hitlerowskie zbrodnie oparta jest na tym, że główny bohater używa niemieckiej maszyny do pisania oraz pokazaniu stosu walizek które pojawiają się w jednej ze scen. Maszyna do pisania jest tłumaczona jako symbol biurokracji z pomocą której byli masowo zabijani Żydzi. Natomiast stos walizek ma się kojarzyć z pakunkami jakie pozostawiali po sobie ludzie w drodze do obozów koncentracyjnych. Niestety każda z teorii jest oparta na równie niedorzecznych dowodach. Jak dla mnie jest to tylko i wyłącznie przykład na to, że jeśli ktoś ma za dużo wolnego czasu oraz obsesję na jakimś punkcie to może dopasować wszystko tak, aby układało się w sensowną całość. Tak jak kiedyś było z kodem Biblii, który miał, rzekomo tłumaczyć jej wszelkie zawiłości i odkrywać przed ludźmi boski plan.


Jedynym walorem tego dokumentu jest jego strona wizualna. Została ona w pełni zrealizowana przy użyciu montażu głównie fragmentów filmów Kubricka, oraz wszelkich materiałów, które potwierdzałyby teorię aktualnie głoszoną przez jednego z narratorów. Dodatkowo dobrym posunięciem jest nie pokazywanie twórców teorii, tylko podłożenie ich wypowiedzi do odpowiednich obrazów. Dzięki temu uniknięto tzw. efektu gadających głów, co moim zdaniem dodatkowo uwypukliłoby wszelkie mankamenty całego dokumentu.


Miałem spore oczekiwania co do tego filmu i chyba dałem się zaślepić jego związkowi z Lśnieniem, zamiast na zimno zastanowić się nad nim zanim wybrałem się na projekcję. Na początku byłem ciekaw, potem śmiałem się z każdej kolejnej niedorzeczności, aż pod koniec filmu zdrzemnąłem się na jakieś kilkanaście minut. Moim skromnym zdaniem, szkoda marnować czasu na oglądanie tego nudnego dokumentu. Lepiej obejrzeć którykolwiek film Kubricka po raz kolejny.



poniedziałek, 13 maja 2013

#220 Iron Man 3, reż: Shane Black, scen: Drew Pearce oraz Shane Black

plakatTrzecia część przygód Iron Mana to bez wątpienia jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku i już okazał się wielkim komercyjnym sukcesem. W sumie nie ma się czemu dziwić. Powstał na podstawie bardzo znanej marki, miał wielką kampanie reklamową, więc poza geekami i zwykli ludzie pójdą z ciekawości do kina sprawdzić o co właściwie jest tyle szumu.


Z wiadomości jakie były dostępne przed premierą filmu, można było wywnioskować, iż będzie to przyjemne kino w sam raz na ciepły letni wieczór. Ciekawa fabuła opowiadająca o odwiecznej walce jedynego sprawiedliwego z przeciwnikiem tak złym i szalonym, że aż strach o nim myśleć. Główny bohater to ironiczny, bezczelny milioner, który posiada niezwykłą charyzmę i tym od razu zjednuje sobie widzów. W dodatku grany przez wspaniałego Roberta Downey Jr, który wygląda jakby to Iron Man był wzorowany na nim, a nie odwrotnie. W sumie gdyby się tak dokładniej przyjrzeć, cała obsada to sami dobrzy aktorzy świetnie dobrani do swoich ról. Dodając do tego wspaniałą oprawę wizualną otrzymujemy gotowy przepis na dobre kino rozrywkowe.


Uprzedzam lojalnie iż akapit poniżej może zawierać drobne spoilery więc czytacie na własne ryzyko. Nic konkretnego tam nie ma, ale ktoś może się zezłościć. Znajduje się tam również całe moje narzekanie i czepianie się szczegółów, więc można tu wrócić po projekcji i sprawdzić ile z tego jest prawdą.


Najpierw była część pierwsza przygód Iron Mana, która bezspornie była świetna pod każdym względem i zapoczątkowała modę na Tonego. Następnie z każdą kolejną częścią było już coraz gorzej, bo w sumie ile można oglądać ciągle te same przygody kolesia, który już nie bawi tak jak kiedyś? Swoją drogą poziom żartów z każdą kolejną częścią był coraz gorszy i naprawdę nie rozumiem z czego śmiali się ludzie w kinie na trzeciej części. Przepraszam ale nie śmieszą mnie gagi, gdzie główny bohater dostaje w twarz swoją własną maską podczas ubierania kostiumu. Następnym poziomem takiego humoru zapewne będzie gdy dostanie w krocze swymi metalowymi slipami. Przeszkadza mi również głupota serwowana przez scenarzystów. Ja rozumiem, że jest to na podstawie komiksów i w ramach konwencji. Jednak nie lubię jak robi się ze mnie idiotę. W jednej scenie Iron Man czeka, aż przyleci do niego jego kostium przechowywany w przydomowej szopie. Jednak problem jest taki, że drzwi szopy są zamknięte na kłódkę, a oknem zbroja wylecieć nie może bo szanuje prawo do własności jej właściciela i zarazem znajomego Starka. Gdy ów znajomy otwiera w końcu drzwi i tym samym wypuszcza zbroję, to 3 sekundy później już nie przeszkadza zbroi wlecieć przez okna do pomieszczenia złoczyńców, gdzie przetrzymywany jest główny bohater. Swoją drogą dlaczego Stark przez pół filmu naprawia jedną zbroję, skoro w piwnicy posiada ich tak z 30 na oko i dopiero pod koniec filmu sobie o nich przypomina? Z kolei wrogowie Iron Mana potrafią rozgrzać swe ciała do temperatury topiącej żelazo, ale koszule, które mają na sobie dalej są piękne i nienaruszone, tak samo jak włosy na ich głowach! Można takich głupot wymieniać więcej, które pięknie wszystkie widać w scenie finałowej, która swoją drogą jest przewidywalna do bólu.


Iron-Man-3-The-Mandarin-Wallpaper


Jednak z drugiej strony nie jest tak do końca źle. Co prawda przez drugą połowę nudziłem się i wolałem się zająć wynajdywaniem kolejnych nieścisłości, to jednak muszę przyznać – film jest zrealizowany świetnie. Całość robi naprawdę dobre wrażenie, wybuchów jest sporo, akcja widowiskowa i nawet 3D ładne. Chodź z drugiej strony nie jest jakieś rewolucyjne i gdyby go nie było to film na niczym by nie ucierpiał. Więc złości mnie trochę brak seansów w 2D i zmuszanie mnie do kupowania droższych biletów. Plusem jest również całkiem sprawnie poprowadzona fabuła, która jakby tak przymknąć oko na to co wymieniłem powyżej to jest nawet ok.


Zdaję sobie sprawę, że w głównej mierze czepiam się szczegółów, ale to one odbierają mi przyjemność z oglądania filmu. Nie uważam też, że ten film jest jakąś straszną porażką. Jego nawet do pewnego momentu ogląda się całkiem przyjemnie, jednak potem mnie znudził przez co w ogólnym rozrachunku jawi mi się jako film średni. Nic wspaniałego, jak starają się nam wmówić wszyscy spece od reklamy.


iron-man-3-03

wtorek, 11 września 2012

#167 The Cabin in the Woods, reż. Drew Goddard, scen. Drew Goddard oraz Joss Whedon

Historia  zaczyna się jak w typowym horrorze dla nastolatków. Piątka znajomych wyjeżdża na weekend do domku w lesie. Po drodze spotykają oczywiście szalonego autochtona, który dość pokrętnie ostrzega ich przed pobytem w tych stronach. Wszystko, do pewnego momentu, przebiega jak w standardowej produkcji tego gatunku. Gdy młodzież dociera na miejsce, rozpoczyna jedną wielką imprezę i wszystko trwa sobie w najlepsze. Dopóki nie docierają do piwnicy pełnej przedziwnych przedmiotów.Następnie zaczyna się zabawa w kotka i myszkę gdzie trup pada dość gęsto jeden po drugim. Równocześnie cała akcja filmu przeplatana jest drugim wątkiem  super tajnego kompleksu badawczego, w którym naszych bohaterów podglądają naukowcy. Sceny jakby nie pasujące do siebie i tego czym z pozoru wydaje się być ta produkcja, jednak tylko pozornie. Po czasie wszystko się wyjaśnia i tworzy cudowną całość.


Film był reklamowany jako horror i co prawda czerpie z tego gatunku całymi garściami, jednak cały czas mocno bawi się konwencją filmów z dreszczykiem co potwierdza już sam początek filmu. Mam na myśli  scenę w tajnym ośrodku badawczym, gdy nagle pojawiają się na ekranie olbrzymie czerwone napisy z tytułem filmu mocno w konwencji przypominającej stare filmy z lat 80 i 90 XX wieku. Później całej  zabawy formułą gatunku jest znacznie więcej, przez co film jest utrzymany w konwencji lekkiego pastiszu z humorem na dobrym poziomie. Świetnie obrazuje to choćby scena z przyjmowaniem zakładów bukmacherskich na przeciwnika, który ma się pojawić w tytułowym domku celem wymordowania nastolatków. Ogłoszenie wyników i następnie olbrzymi zawód jednego z pracowników, gdy zostaje wylosowany nie ten przeciwnik, na którym tak bardzo mu zależało. Scena jest po prostu bez cenna i świetna. Lub końcowa scena przy windzie, w której nadmiar brutalności sięga takiego poziomu, że aż wszystko obraca się w groteskę, a widz zaczyna na to reagować śmiechem.  Takich smaczków przez cały film jest bardzo wiele i powodują, że nie jest to kolejny głupi horror tylko świetna zabawa konwencją.


Z drugiej strony jest to całkiem dobry horror. Dzięki bardzo umiejętnemu wykorzystywaniu przez twórców wszelkich trików jakie w swojej ofercie ma ten gatunek rozrywki. Dlatego też momentami naprawdę się bałem, chodź mnie akurat łatwo jest przestraszyć. Kolejnym plusem tego obrazu jest jego z pozoru losowość, na którą mają wpływ główni bohaterowie. Całkiem ciekawy pomysł, który w pełni swe oblicze pokazuje pod koniec filmu, gdy wszelkie plugastwo wychodzi na powierzchnię.  Dodatkowo podoba mi się jak została zrealizowana kwestia składania ofiar, głównego wątku fabuły. Ponieważ, jest co prawda w tym filmie jakieś pradawne bóstwo, któremu należy się ofiara, jednak zostało ono zmieszane z właściwą dla naszych czasów wszechogarniającą zaawansowaną technologią  i międzynarodową organizacją próbującą pozyskać ofiary na całym świecie równocześnie. Dzięki temu mamy ograny do bólu motyw, jednak przedstawiony w ciekawy i oryginalny sposób.


Dla mnie ten film był świetną rozrywką. Czasem się bałem, lecz chwilę później śmiałem i nie mogłem wyjść z podziwu jak to jest wszystko świetnie zrealizowane i mądrze wymyślone. Nawet nie razi momentami zawierającymi naprawdę sporą ilość przemocy, bo jest ona tak przerysowana, że może tylko śmieszyć. Co świetnie widać w scenie przy windach, która zostanie jedną z moich ulubionych z pewnością na długi czas.  Film ten jest również dobrym przykładem jak można zrealizować ciekawy film z pogranicza dwóch całkiem skrajnych gatunków i choćby dla tego warto go zobaczyć.


środa, 25 lipca 2012

#156 Prometeusz, reż. Ridley Scott, scen. Damon Lindelof i Ridley Scott

Byłem, zobaczyłem i dobrze się bawiłem. Przed seansem przeczytałem kilka recenzji i przyznam nastawienie do filmu miałem dość marne. Teraz już po obejrzeniu zastanawiam się, o co chodzi tym wszystkim krytykantom. Zdaję sobie sprawę z wielu braków tego filmu i wiem, że daleko mu do arcydzieła. Jednak z drugiej strony wydaje mi się, że to całe psioczenie na Prometeusza zrobiło się tak jakby modne i teraz każdy kto tylko może na niego narzeka.


Prometeusz rozpoczyna się jak rasowe kino SF. Grupa naukowców odnajduje w jakiejś zapomnianej przez czas jaskini malowidła przedstawiające ludzi oddających cześć jakiejś sporych rozmiarów postaci wskazującej na pewny szczególny układ planet. Jakby tego było mało takie same obrazy odnajdują rozmieszczone na całej kuli ziemskiej na przestrzeni całej naszej historii i w przeróżnych kulturach. Kilka lat później zostaje skompletowana załoga statku „Prometeusz” składająca się z samych ekspertów w swoich dziedzinach, aby odnaleźć i zbadać planety wskazywane na malowidłach. Jak wszyscy pewnie się domyślają to, co znajdą na miejscu na pewno nie będzie tym, czego szukali i dość mocno im się to nie spodoba.


Jeśli wziąć ten film, jako całkiem osobną opowieść, a nie, jako origin Obcego to jest to dobre kino rozrywkowe z wszelkimi tego plusami i minusami. Pierwsza godzina filmu, w szczególności, pokazuje jak przyjemnym i dobrym kawałkiem kina on jest. Mianowicie jest to film SF pełną gębą. Starający się zadawać trudne pytania i doskonale czerpiący inspiracje z klasyki gatunku. Będący opakowany w mnóstwo gadżetów, podróż kosmiczną i wszystko to, co takie kino powinno mieć. Dla mnie pierwsza scena, w której pojawia się android David grany przez świetnego Michaela Fassbendera to mistrzostwo formy przypominające mi takiego klasyka jak 2001: Odyseja kosmiczna. Późniejsze sceny samotnej egzystencji podczas długiej podróży ku celu naszego bohatera też świetnie się wpisują w kanon gatunku. Jednak, gdy już minie pierwsza połowa filmu to zaczyna się dziać coraz gorzej i tu znajduję kilka powodów do narzekań. Film nagle z dobrego SF zmienia się w głupkowaty horror z grupą nastolatków zamkniętych w jakimś pomieszczeniu z mordercą grających w grę: Kto z nas przeżyje do końca? Dodając do tego dziury w scenariuszu i samobójcze zachowanie, co po niektórych członków załogi to jestem w stanie zrozumieć wszelkie narzekania na ten film.


Jak już wspomniałem powyżej dodatkowo, jeśli ktoś idzie do kina na ten film jak na genezę powstania Aliena to mocno się zawiedzie. Jednak nie rozumiem takiego zachowania bo sam Ridley Scott w wywiadach mówił, że Prometeusz nie ma być czymś takim. Co prawda występują w nim jakieś nawiązanie do serii tych filmów, dodatkowo cały obraz czerpie z tego świata i stylistyki H. R. Gigera jednak jest on całkiem inną opowieścią tylko luźno powiązaną z tym światem. Dlatego też uważam, że jeśli potraktujemy ten film, jako całkiem osobną historię to nagle okazuje się całkiem przyjemnym kinem rozrywkowym pozwalającym miło spędzić dwie godziny seansu.


Jeszcze jednym, ale bardzo ważnym aspektem o którym nie wspomniałem jest strona wizualna filmu. Fenomenalne zdjęcia zrealizowane przez Dariusza Wolskiego ze szczególnym uwzględnieniem początkowej sekwencji nakręconej w Islandii oraz scen przedstawiających samotną egzystencję androida Davida. Sceny te są po prosu piękne. Tworzą wspaniałą kompozycję wraz z dźwiękiem, które należałoby oglądać wyłącznie w kinie lub na rzutniku. W każdym bądź razie raczej w wielkim formacie i ze świetnym dźwiękiem. Cała strona techniczna filmu została dopieszczona w każdym najdrobniejszym szczególe wraz z olbrzymim statkiem kosmicznym, jego wnętrzem, a kończąc na całej koncepcji wyglądu obcej cywilizacji.


 Na początku film jest interesujący i mocno w klimacie SF. Później zamienią się trochę w horror przez co trzyma lekko w napięciu, a momentami z powodu dziur scenariusza niezamierzenie nawet śmieszy. Niespodziewanie z powodu takich zmian klimatu otrzymujemy film przy którym nie sposób się nudzić.  Dzieło czysto rozrywkowe sprawiające autentyczną frajdę i relaks, a chyba właśnie o to chodzi w takim kinie.

czwartek, 17 maja 2012

#140 Avengers reż. Joss Whedon scen. Zak Penn, Stan Lee, Jack Kirby, Joss Whedon

Avengers miał być takim mega epic filmem w kategorii filmów komiksowych. Jest zwieńczeniem wielkiej drogi jaką przeszło Marvel Studio budując poprzednimi filmami uniwersum dla opowieści o powstaniu Mścicieli. Oddziału do szybkiego reagowania w przypadkach, kiedy normalne metody i ludzie nie są już w stanie nic zdziałać. W skład oddziału wchodzi Iron Mam, Kapitan Ameryka, Hulk, Hawkeye, Thor i Black Widow. Każdy z nich jest potencjalnie niebezpieczny, trudny do kontrolowania i nieodpowiedzialny, ale Nick Fury dowódca S.H.I.L.D., największej organizacji wywiadowczej na świecie wierzy w pomysł stworzenia super oddziału i wbrew swoim przełożonym wprowadza go w czyn w obliczu ataku najeźdźców z innej planety.


Sam film zbiera od wszystkich poprzednich filmowych adaptacji trykociarzy z Marvela to co najlepsze, mnoży przez budżet i robi wszytko lepiej niż poprzednio. Mamy więc Iron Mana rzucającego co chwilę świetnymi one linerami i dzięki temu jest najciekawszym bohaterem  całego filmu. Oczywiście tylko dopóki nie nastąpiła finałowa walka z armią Lokiego z innego świata. Wtedy gwiazdą filmu niepostrzeżenie objawia się Hulk ze swoim zamiłowaniem do SMASH. Dodatkowo jest sporo akcji w komiksowych klimatach, co chwilę mruganie oka przez twórców do komiksiarzy i pełno odwołań do poprzednich filmów. Pojawia się również nieodłączny 90-letni super dziadek Stan Lee w małej mini roli. Co w filmach Marvela jest już nieodłącznym elementem.  Wszystko to jednak nie przeszkadza w odbiorze filmu dla widzów nie zaznajomionych z poprzednimi częściami lub komiksami.


Nie podoba mi się za to w filmie Howkeye, który szczerze mówiąc nie wiem po co jest. Jeśli miałby chociaż jakieś sensowne zastosowanie jak np. w komiksowej serii Marka Millara The Ultimates vol. 1 gdzie był w drużynie do stopowania furii Hulka po akcji, ale nie. W filmie jest totalnie bezużyteczny. W sumie tak samo jak Black Widow, której najważniejsze zadanie na ekranie to chyba tylko ładnie wyglądać. Co zresztą i tak słabo jej wychodzi bo Cobie Smulders w roli agentki Marii Hill moim zdaniem sprawdza się w tej roli znacznie lepiej. Bezużyteczność tej bohaterki najlepiej widać w końcowej scenie walki gdzie nasi bohaterowie walczą z armią najeźdźców. Thor wali we wszystko piorunami, Iron Man pociska laserami we wszytko co się rusza, Hulk jest w swoim żywiole. Nawet Capitan Ameryka swoją tarczą i Hawkeye coś robią, a nasza bohaterka strzela z dwóch glocków. Równie dobrze mogłaby w tym czasie parzyć kawę. Dodatkowo końcowa akcja Iron Mana, która w zamyśle miała być chyba dramatyczna i trzymająca w napięciu, a tak naprawdę jest słaba i przewidywalna do bólu.Te kilka rzeczy i jeszcze parę innych sprawia, że mam trochę mieszane uczucia co do filmu.


Byłe, zobaczyłem i mam problem. To najlepiej odzwierciedla moje odczucia po seansie. Z jednej strony bawiłem się dobrze. Dwie i pół godziny minęło szybko, uśmiałem się szczerze w kilku momentach i niby wszystko ok. Jednak z drugiej strony odczuwam, że film jest mocno przereklamowany i daleko mu do pierwszej części Iron Mana, która moim zdaniem była świetna. Trochę czuje, że poszedłem do kina bo wszech ogarniająca reklama i nagonka na ten tytuł mnie do tego namówiła, a to już nie jest fajne. W mojej ocenie takie mocne 6/10 bo czuję się wykorzystany i troszkę oszukany przez twórców filmu i momentami jest dość głupi.

środa, 9 maja 2012

#138 Nietykalni reż. i scen. Olivier Nakache i Eric Toledano

Zabierając się za ten film nie wiedziałem o nim w sumie nic. Kilku znajomych polecało na pewnym portalu społecznościowym i tyle. Gdzieś przypadkiem widziałem plakat i stąd wiedziałem, że to olbrzymi sukces we Francji był. Kiepsko do mnie trafiają takie teksty jak na plakacie obok i nie są dla mnie żadną rekomendacją, ale jednak dałem się namówić i bardzo pozytywnie się zaskoczyłem.


Cała historia opowiada losy sparaliżowanego od szyi w dół niezwykle bogatego Philippe, granego przez Francois Cluzet oraz jego opiekuna z biednej dzielnicy Driss granego przez Omara Sy. Obaj całkowicie różni, inaczej wychowani, z całkiem innych światów. Jeden z powodu wieloletniej choroby ma dość opiekunów, którzy traktują go tylko jak pracę. Potrzebuje kogoś, kto będzie widział w nim człowieka z normalnymi potrzebami, a nie tylko kalekę. Drugi to krnąbrny Dissu, który całe życie miał pod górkę. Większość dnia spędza siedząc na murku z kolegami w biednej dzielnicy paląc skręty i popijając piwo.  Poznali się przypadkiem, gdy Dissu został wysłany z bezrobocia na spotkanie o pracę jako opiekun dla sparaliżowanego Phillippe. Jeden chciał tylko podpis, że się nie nadaje i mógłby nadal otrzymywać zasiłek. Drugi dostrzegł w nim potencjał i postanowił podstępem zmusić go do pracy.


Dla mnie ten film to pochwała życia i pięknej męskiej przyjaźni. Dissu poprzez małe rzeczy wprowadza zamęt i wiele przyjemności w życie schorowanego człowieka. Zamiast wozić go samochodem specjalnie przygotowanym dla inwalidów, korzysta ze sportowego Masseratti. Innym razem gdy Philippe ma atak duszności w nocy i mówi, że przydałoby mu się świeże powietrze, jego opiekun daje mu skręta, a potem zabiera go o czwartej nad ranem na spacer ulicami Paryża. Dissu traktuje swojego pracodawcę jak normalnego zdrowego człowieka z potrzebami. Przy pomocy drobnych czynów sprawia, że Philippe znowu czerpie przyjemność z życia. Sam Dissu dzięki temu ma możliwość wyrwania się z ubogiej dzielnicy do lepszego życia, poznania prawdziwego przyjaciela i nauczenia się czegoś nowego o sobie.


Podczas seansu nie mogłem wyjść z podziwu jaki to świetny film. Lekki, ale równocześnie dający do myślenia. Dodatkowo taki radosny i ciepły co niestety dziś jest rzadkością. Będzie się świetnie nadawał na wszelkiego typu spadki nastroju i smutki. Do tego niezwykle zabawny i to humoru na poziomie. Równocześnie to film skłaniający do myślenia, pokazujący lepszą i bardziej pozytywną stronę życia. Dający nadzieję na lepsze. Co ciekawe, równocześnie to film, który najpierw śmieszy i to tylko po to aby chwilę później wzruszyć, szczerą ludzką dobrocią. Naprawdę warto zobaczyć, bo już dawno nie było tak dobrego i pozytywnego filmu na ekranach naszych kin.

niedziela, 22 kwietnia 2012

#135 Blade Runner reż. Ridley Scott scen. Hampton Fancher i David Webb Peoples

Właśnie zobaczyłem pierwszy raz jako dorosły człowiek Łowcę Androidów. Film który pierwszy raz widziałem jeszcze za czasów VHS-ów i to samych początków tego okresu. Za bardzo nie pamiętałem o co w nim chodzi. Pozostały mi w głowie tylko jakieś klasyczne sceny, które kojarzy chyba każdy w połączeniu z muzyką Vangelisa. W końcu ten film to absolutny kanon kina i śmiało można powiedzieć, że obraz kultowy.


Fabuła jest raczej prosta i nieskomplikowana, bo opowiada o łowcy androidów, granego przez jeszcze młodego Harrisona Forda, który ma za zadanie znaleźć pięć zbuntowanych modeli należących do najnowocześniejszej generacji robotów. W sumie starczyło to na jakieś czterdzieści minut filmu, a resztę czasu reżyser przeznaczył na wideoklip do muzyki Vangelisa.


Podczas seansu miałem głównie dwie myśli. Po pierwsze, że na reszcie zobaczyłem ten film w jakiejś wspaniałej jakości i dopiero teraz widziałem go w takiej wersji, w jakiej powinien być pokazywany zawsze. Wszystkie efekty nadal są świetne, a to przecież jest film z 1982 roku! Gdy na samym początku  jeden z pojazdów przelatuje majestatycznie przy akompaniamencie muzyki Vangelisa nad miastem, to widziałem każdy najdrobniejszy szczegół majestatycznych budowli. Dodatkowo jest kilka takich scen z latającymi pojazdami, gdy startują, albo zawisają nad miastem i nie mogłem wyjść z podziwu jak to jest wspaniale zrealizowane. Absolutne mistrzostwo i od strony wizualnej ten film jest wspaniały. Brud, syf, na ulicach nędza. Ogólnie jeden wielki dół w koncepcji świata i to wszystko według autorów już w roku 2019!. Chodź patrząc na otaczający nas świat to jeszcze nam daleko do realizacji ich wizji.


Druga myśl jaka mi się kołatała po głowie podczas seansu, to nie mogłem wyjść z podziwu jak inny jest ten film od tych robionych obecnie. Blade Runner to bardzo spokojny i stonowany film. Pędzący swoim własnym tempem, bez szybkiego montażu i natłoku efektów specjalnych. W zamian za to mamy klimat potęgowanymi długimi i spokojnymi ujęciami. Wszystko się toczy w leniwym tempie i nawet sceny walki, które z zasady powinny być dynamiczne, w tym przypadku prezentują piękną szkołę lat osiemdziesiątych.


Przyznam szczerze, ta powolność troszkę mnie zabiła. Fabuła jest prosta w tym filmie i jak dla mnie za mało jej na dwie godziny, a w połączeniu z tempem obrazu spowodowało to lekkie zmęczenie u mnie. Szkoda troszkę, bo znowu zniszczyłem sobie wspomnienia z dzieciństwa, ale co zrobić jeśli film już z lekka się zestarzał.  Dalej pod wieloma aspektami to mistrzostwo kina, jednak z drugiej strony to już film raczej dla starszej widowni przyzwyczajonej i co chyba najważniejsze wychowanej na takim kinie.

czwartek, 5 kwietnia 2012

#134 Hugo i jego wynalazek reż. Martin Scorsese scen. John Logan

Hugo i jego wynalazek opowiada historię chłopca, który starając się naprawić robota odkrywa historię kina. Hugo dzięki swojemu ukochanemu ojcu, kustoszowi muzeum wchodzi w posiadanie małego mechanicznego człowieka zdolnego do samodzielnego pisania i rysowania. Jak na ówczesne czasy istny cud techniki, gdyż akcja filmu dzieje się w latach 30 minionego wieku. W wyniku śmierci ojca, który spłonął w pożarze muzeum, nasz bohater dostaje się pod opiekę swojego wiecznie pijanego wuja, zegarmistrza na peronie kolejowym. Dzięki temu mały chłopiec poznaje fach zegarmistrza i odkrywa w sobie talent do majsterkowania oraz naprawiania wszelkich mechanicznych urządzeń. Za cel swojego życia obiera sobie naprawienie robota, co rozpoczął wraz ze swoim ojcem.


Sam film jest dość ciekawy z kilku powodów. To pierwszy film Martina Scorsese, słynącego raczej z filmów dla dorosłych, brutalnych i poruszających często poważne tematy tym razem postanowił zrealizować film dla dla młodszego widza. Przez ten zabieg przyznam, że pierwsze 30 minut filmu dość mocno mi się dłużyło zanim cała akcja się rozkręciła. Jednak potem nie mogłem oderwać się od ekranu i czułem się jakbym to ja odkrywał wspaniałą historię światowego kina. Po drugie sama fabuła jest ciekawie zrealizowana. Na początku jest to standardowy film o chłopcu, który pozostawiony sam sobie szuka swojego miejsca w życiu. Jego przygody kręcą się wokół pracy, nowych znajomych i ukrywania tego, że nie ma nikogo bliskiego wokoło siebie. Następnie z powodu kilku zbiegów okoliczności cały film zamienia się w opowiastkę detektywistyczną, mającą na celu rozwikłanie zagadki co łączy robota, ojca głównego bohatera i podstarzałego sprzedawcę w sklepiku na peronie kolejowym. Po trzecie właśnie rozwiązanie tej zagadki sprawia, że film zamienia się w hołd dla początków kina i nieskrępowanej fantazji. Dla tych, którym słowo "hołd" kojarzy się tylko z czymś bardzo poważnym, śpieszę z wyjaśnieniem. Na szczęście reżyser w bardzo przyjemny, wesoły i pomysłowy sposób opowiada o początkach kina. Dla mnie to była najwspanialsza część filmu podczas, której zrozumiałem dlaczego film w sumie braho się rozpoczynający został nominowany w tak wielu kategoriach do tegorocznych Oscarów.


Jak dla mnie jest to film, który ma wszystko aby zapewnić świetną rozrywkę dla każdego. Ciekawą fabułę, którą można obejrzeć z całą rodziną, gdzie dodatkowo każdy wyciągnie z niej coś dla siebie. Młodsi widzowie będą śledzić losy głównego bohatera, za to starsi w bardzo przystępny sposób poszerzą swoją wiedzę z historii kina. Od strony realizatorskiej to kino na wysokim poziomie z dobrym i ciekawym scenariuszem. Równie ciekawie wypada strona wizualna filmu ze świetnie zaprojektowanymi wszelkimi zakamarkami i mechanizmami peronu kolejowego, a w szczególności z końcową częścią filmu gdzie przedstawiany jest początek kina. Po kilku słabszych filmach, oczywiście moim zdaniem Scorsese nakręcił świetny film, który szkoda ominąć w natłoku śmieciowego kina.

poniedziałek, 19 marca 2012

#133 The Girl with the Dragon Tattoo reż. David Fincher scen. Steven Zaillian

Podobnie jak z The Social Network kompletnie nie czekałem na nowy film Finchera. Nie śledziłem newsów i też nie oglądałem trailerów. Gdy dowiedziałem się, że jest to adaptacja książki i dodatkowo jeszcze amerykańska wersja Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet to już całkiem sobie odpuściłem seans.


Szczerze przyznam, że nie wiem co mnie potem z powrotem przygnało do tego obrazu. Polecenie przez dobrego znajomego, nazwisko reżysera, dobre recenzje? Pewnie wszystko po trochu i sam też w pewnym momencie się mocno nakręcałem dodatkowo dzięki czemu w końcu obejrzałem i nie wiem jak zrobił to reżyser, ale znowu nakręcił świetny film.


Sama historia zawarta w filmie opowiada losy dziennikarza śledczego Mikaela Blomkvista (Daniel Craig), który właśnie przegrał proces o zniesławienie znanego przedsiębiorcy i jego czasopismo chyli się ku bankructwo. W tak trudnej sytuacji odzywa się do niego właściciel koncernu przemysłowego, Henrik Vangera (Christopher Plummer) z propozycją napisania swojej autobiografii i przy okazji rozwiązania rodzinnej tragedii zniknięcia jego podopiecznej, 16-letniej Harriet Vanger 40 lat temu. Film to taki typowy thriller z poszukiwaniem śladów i tropów, poznawania zależności pomiędzy wszelkimi członkami rodziny, którą nasz bohater opisuje w autobiografii swojego zleceniodawcy. Ogrom pracy dla naszego reportera jest tak wielki, że decyduje się na współpracę z niezwykle inteligentną hakerkę, Lisbeth Salander (Rooney Mara), dzięki, której cały film nabiera kolorytów i smaczków.



Fincher dał mi po pysku, znowu! Oglądając jego najnowszy film znowu czułem jakiś dziwny niepokój w trakcie całego seansu. Dodatkowo podczas scen głównej bohaterki z jej kuratorem odczuwałem złość, potem wściekłość, a na końcu jakiś dziwny wstyd przed kobietą z którą byłem na seansie. Wszystko to z powodu tego, że mężczyźni to czasem strasznymi gnojami, delikatnie mówiąc, potrafią być. Znowu coś czułem podczas seansu i to dość intensywnie, a dla mnie to świetny wyznacznik dla filmów, bo w końcu po to je oglądam aby coś poczuć. Dodatkowo postać Lisbeth to chyba najlepsza część całego filmu. Jej nastawienie do życia, zachowanie, wygląd i sposób radzenia sobie z życiem jest porażający, jakiś hipnotyzujący i kompletny. Postać ta jak tylko pojawiła się na ekranie, od razu zdobyła moją sympatię.


Cała opowieść została poprowadzona wzorowo. Wciąga od pierwszej minuty i nie pozwala na chwilę wytchnienia przy okazji pozwalając na własne domysły i próby rozwiązania całej zagadki przed głównym bohaterem. Dodatkowo całość, jak zwykle w przypadku tego reżysera, jest świetnie wykonana od strony technicznej. Widać już to w samej czołówce, która jest genialna i wspaniale wykonana. Dodatkowo bardzo dobrze zgrany jest obraz z muzyką skomponowaną przez Trenta Reznora i Atticusa Rossa, która już od pierwszych minut świetnie buduje mroczny i niepokojący klimat.


Dla mnie to jeden z lepszych filmów jaki ostatnio widziałem. Chociaż nie widziałem pierwowzoru, ani nie czytałem książki, które są ponoć jeszcze lepsze. Film momentami nie przyjemny, ale ze wspaniałym klimatem, ciekawy i kończący się w taki dość nietypowy sposób, co bardzo mile mnie zaskoczyło. Bardzo chętnie do niego kiedyś powrócę aby sprawdzić jak bardzo się zestarzał i czy przypadkiem te dwie i pół godziny nie zrobiły się za bardzo męczące.

wtorek, 20 grudnia 2011

#128 Killer Elite reż. Gary McKendry scen. Gary McKendry i Matt Sherring

Miałem wolny dzień z moim kolegą kacykiem i tak razem wymyśliliśmy, żeby  coś razem zobaczyć.  Jakoś tak nas dwóch samców wzięło na jakieś prawdziwe męskie kino. Zaczęliśmy poszukiwania i natrafiliśmy na film Killer Elite. Plakat podpowiadał nam że jest to dokładnie taki film jakiego poszukiwaliśmy. Trzech wielkich twardzieli, z jeszcze większymi spluwami i eksplozją w tle. Swoją droga nie dziwię się, bo jak głosi znana teoria: wszystko na tle eksplozji wygląda lepiej! Sprawdziliśmy jeszcze trailer, co by się upewnić czy to aby na pewno dobry wybór, który upewnił nas w decyzji. Były w nim same eksplozje, pościgi i strzelaniny. Wszystko to czego pragnęliśmy. Jak wielkie było nasze zaskoczenie już po odpaleniu filmu, chodź ku naszemu zaskoczeniu jeszcze bardziej na plus.


Sam film opowiada historię najemnika Dannego (Stathama), który dowiaduje się, że jego mentor Hunter (De Niro) został uwięziony przez jednego szajka za nie wykonanie zlecenie. Chcąc pomóc przyjacielowi, nasz bohater podejmuje się niemożliwej misji zabicia trzech komandosów SAS, którzy kiedyś zamordowali synów zleceniodawcy. Na sam początek Danny dostaje namiary na pierwszą ofiarę, a cały film opowiada o poszukiwaniach pozostałych i wszelkich problemach jakie z tego wynikną.


Spodziewałem się kina z szybką akcją, gdzie fabuła jest tylko dodatkiem, a otrzymałem dobrze zrealizowany film w którym fabuła jest najważniejsza i trzymająca w napięciu. Całość wciągnęła mnie do tego  stopnia, że nawet się nie zorientowałem kiedy minęły te prawie dwie godziny. Dodatkowo pod koniec przyłapałem się, jak oglądałem film w prawdziwym napięciu co będzie dalej! To mi się bardzo rzadko zdarza.


Co prawda można ponarzekać na głównych aktorów, którzy w sumie nic nie pokazują specjalnego swoją grą. Statham jak zwykle gra dwoma minami z wspaniałym brytyjskim akcentem. De Niro też się nie popisał, przez większość filmu siedząc w niewoli i oglądając go miałem wrażenie, że jest tylko po to aby przyciągnąć więcej ludzi do kina. Jedynym który zasługuje tutaj na uwagę to Clive Owen grający byłego komandosa SAS, ciągle pilnującego kolegów z wojska i który nie zauważył gdy przeszedł na emeryturę. Chodź trzeba przyznać, że każdy z nich świetnie sprawdził się w swoich rolach. Nie jest to po prostu nic wybitnego, ale też nic takiego nie wymaga się od takiego kina.


Sam zabierając się za ten film oczekiwałem głupiego kina akcji przy, którym wyłączę mózg na dwie godzinki. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu otrzymałem świetne kino sensacyjne z bardzo ciekawą fabułą, trzymające w napięciu i w dodatku z drugim dnem. Kino dające nawet troszkę do myślenia po seansie i do którego po jakimś czasie z przyjemnością mogę wrócić.

niedziela, 9 października 2011

#125 Fuk sau che chi sei, reż: Ching-Po Wong, scen: Juno Mak

Ostatnimi czasy zaczynam mieć przesyt amerykańskich filmów. Pewnie spowodowane jest to tym, że głównie oglądam jakieś lekkie kino rozrywkowe. Jednaj wśród nowości nic ambitnego też raczej nie powstaje. Wszystkie są do siebie mocno podobne, męczące i nic nie wnoszące. Dlatego też powoli rozpocząłem powrót do kina azjatyckiego. Tak też trafiłem na Fuk sau che chi sei. Filmowi z  Hongkongu udała się trudna sztuka, której już dawno nie czułem podczas żadnego seansu. Mianowicie zostałem zahipnotyzowany od pierwszych minut seansu i chłonąłem każde ujęcie, klimat, fabułę. Znowu czułem magię kina.


Cała opowieść zaczyna się bardzo mocnym akcentem i dość brutalnym co może zniechęcić część potencjalnych widzów. Mianowicie oglądamy najpierw scenę wyławiania przez policjantów białego worka z rzeki, w którym okazuje się jest ciało noworodka. Chwilę później zostaje odnaleziona matka dziecka leżąca w olbrzymiej kałuży krwi. Kilka minut później zostaje znaleziona kolejna kobieta zamordowana w ten sam sposób, co rozpoczyna pogoń stróżów prawa za mordercą. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to jak streszczenie z kolejnej części Piły, ale na szczęście tak nie jest. Jest to wstęp do niezwykle wciągającej historii, niezwykle mocno trzymającej w napięciu.


Fabuła opowiada o niewinnej miłości, która przez przypadek i wielkiego pecha prowadzi do niezwykle brutalnej i długiej zemsty na oprawcach. Podczas oglądania filmu, czasem zastanawiałem się czy główny bohater nie przesadza w swojej zawziętości, aby wymierzyć zaplanowaną karę. Czy po pierwszym zabójstwie nie powinien ustąpić i zaprzestać realizacji planu. Czym więcej dowiadywałem się o całej historii tym bardziej zastanawiałem się nad zachowaniem głównego bohatera i podziwiałem jego determinację. Równocześnie zaczynała mi kiełkować w głowie myśl, czy aby nasz bohater nie przeszedł na ciemną stronę z powodu wątpliwie moralnie czynów.


Film mocno zaskoczył mnie również od strony wizualnej. Obraz został zrealizowany w bardzo spokojnym, takim wręcz nastrojowym klimacie. Cała historia biegnie takim leniwym tempem. Dość typowym dla kina azjatyckiego. Dodatkowo twórcy bardzo umiejętnie wykorzystali możliwość pokazania niektórych scen w zwolnionym tempie. Jednak nie jest to realizacja w stylu słynnego bullet timu z Matrixa. Zastosowanie tego typu ujęć świetnie pasuje do klimatu całego obrazu. Równocześnie dodając wysmakowania i piękna dość brutalnej opowieści.


Przyznam szczerze, mnie film zaskoczył bardzo pozytywnie. Jest to bardzo dobry thriller skierowany dla dorosłego widza. Dodatkowo historia nie jest sztampowa i prowadzi do zaskakującego finału dającego dość mocno po twarzy oraz skłaniającego  do przemyśleń.

niedziela, 19 czerwca 2011

#120 Sucker Punch reż i scen: Zack Snyder

Sucker Punch w zamyśle jego twórcy, czyli Zacka Snydera chyba miał byś filmem soft porno dla geeków. Jednak żeby było śmieszniej nie z powodu nagości, bo taka w tym obrazie praktycznie nie występu. Zamiast tego mamy chyba wszystko inne co kręci tą grupę docelową. Więc są skąpo i seksownie ubrane ładne panie, efektowne strzelaniny i walki, są katany, karabiny wszelkiej maści, mech, chyba 4 metrowe roboty wyglądające jak mnisi wojownicy z feudalnej Japonii. Są walki z jakby orkami i smokiem, dwu płatowce i sterowce, roboty i slow motion. Nawet sposób ucieczki głównej bohaterki jest jak z gry komputerowej, zdobyć pięć rzeczy. Niczym pięć leveli i walka z końcowym bossem. W tym filmie jest wszystko co tylko wpadło do głowy scenarzyście.

Sam film opowiada o dwudziestoletniej blond piękności, która po samobójstwie matki zostaje pod opieką ojczyma. Niestety ojczym ma takie nie ładne hobby, że swą miłość do dwóch córek okazuje bardziej fizycznie niż przewiduje to prawo. Tak więc nasza bohaterka, widząc jak opiekun zmierza do pokoju jej siostry chwyta za broń i strzela do rodzica. Niestety chybia w niego, a trafia siostrę. Za ten czyn ojczym wysyła ją do wariatkowa i aby mieć pewność, że córeczka nic nie powie zamawia dla niej zabieg lobotomii. Nasza piękność ma kilka dni na ucieczkę z zakładu, zanim zabieg zostanie wykonany. Obmyśla niesłychany plan ucieczki, podczas, którego przenosi się w świat fantazji, a widzowi zapewnia wizualny orgazm.


Jest w tym filmie coś dziwne. Mianowicie główna bohaterka na początku filmu chce zabić swego ojczyma z powodu molestowania jej oraz siostry. Jak to się kończy to już wiemy, ale potem gdy dziewczyna ucieka w świat fantazji to trafia do jakiegoś pseudo domu publicznego gdzie dziewczynki opiekują się swoimi klientami, a nasza główna bohaterka erotycznie przed nimi tańczy. Jak pokręconą i chorą psychikę miała główna bohaterka albo scenarzysta, że przed ojcem zboczeńcem ucieka do burdelu? Dodatkowo reżyser ciekawie tym sposobem zabawił się z widzem. Na początku jesteśmy pełni sympatii dla głównej bohaterki, że wzięła sprawy w swoje ręce i zajęła się ojczymem, a kilkanaście minut później sami czerpiemy przyjemność z oglądania młodych panienek w seksownych ciuszkach. Czy po części też nie stajemy się tak samo obleśni jak ojczym?



Snyder widać, że miał jakiś pomysł i jestem nawet pełen podziwu, że aż tyle różnych konwencji upchnął w format półtorej godziny. Snyder miał chyba tylko pomysł na kilka efektownych wideoklipów, w większości do świetnych kawałków, a nie opowieść na 1,5 godziny. Niestety nie można było tego puszczać w kinach więc między nie musiał upchnąć jeszcze jakąś fabułę. Piszę jakąś bo nie trzyma się to kupy za bardzo, a jej skomplikowanie jest na równi z konstrukcją cepa. Jeśli ktoś ma kaca albo po prostu potrzebuje wyłączyć myślenie na półtorej godziny przy bardzo efektownych scenach walki w wykonaniu kilku zgrabnych kobiet to polecam. Jeśli niestety oczekujecie jeszcze fabuły to lepiej zobaczyć coś innego.

środa, 14 lipca 2010

#113 The Losers reż. i scen. Sylvain White

Ja naprawdę rozumiem że obecnie panuje tak zwany sezon ogórkowy w kinach i mamy same lekkie i rozrywkowe filmy. Niestety jako fan wszelkich komiksów postanowiłem obejrzeć tą adaptację i bardzo tego żałuję.


Uprzedzam będą spoilery!!!
Wszystko zaczyna się od rutynowej akcji w Boliwii. Nasza pięcioosobowa drużyna najlepszych specjalistów w swoich profesjach ma oznaczyć laserowo dla bombardowania jedno "skromne" domostwo jakiegoś kryminalisty i wydawało się że to proste i rutynowe zadanie. Jednak kilka minut przed nalotem nasi bohaterowie zauważają pełen autobus dzieci na posesji. Maluchy są wykorzystywane do szmuglowania narkotyków. Oczywiście nasza drużyna ignoruje rozkazy i pędzi z pomocą nieletnim. Wszystko idzie jak z płatka, ratują dzieciaki pakują je w śmigłowiec który miał zabrać naszych bohaterów z akcji i helikopter wzbija się w powietrze. Wszyscy się cieszą i radują, lecz nie na długo. Gdyż pojawia się samolot i zestrzeliwuje śmigłowiec z dzieciakami. Nasze chłopaki strasznie cierpią, dociera do nich że to Oni mieli zginąć i od tego czasu przestają istnieć dla świata. Oczywiście pojawia się piękna kobieta, która wie kto stoi za zamachem na nasz dream team i zaczyna się pogoń za zemstą.

Film jest tak debilny, przepełniony dziurami w scenariuszu że nawet nie warto o tym wspominać. Fabuła jest skomplikowana jak konstrukcja cepa i nawet jak na wakacyjne kino akcji jest mocno poniżej poziomu. Efekty specjalne są jak z lat 80-tych i mocno widać, że miały bardzo skromny budżet. Dodatkowo montaż filmu jest tragiczny. Podczas strzelanin ciągle następują zwolnienia ujęcia, które są męczące, zamiast efektowne. Również jest sporo ujęć gdy nasi dzielni chłopcy maszerują w rzędzie a w tle łopocze majestatycznie amerykańska flaga.Innym razem podczas akcji jeden z bohaterów zostaje postrzelony w obie nogi. Pięć minut później towarzysze obwinęli mu taśmą izolacyjną rany i w pełni chwały powrócił do walki. W całym filmie jest straszne nagromadzenie dobrych pomysłów, lecz tak bardzo nieudolnie wykorzystanych, że oglądanie ich naprawdę boli jak choćby w przypadku zwolnień ujęć.

Podczas projekcji widać również że twórcy liczyli ewidentnie na sukces kasowy i kontynuacje. Konstrukcja filmu świetnie pasowałaby jako pilot nowego serialu, gdyż nie kończy się definitywnie, a jako koniec pojedynku pomiędzy protagonistami i see you next time. Taka typowa serialowa konwencja.

Przyznam że serii komiksowej nie czytałem, chodź słyszałem o niej wiele dobrego w co jestem w stanie uwierzyć. Jak również w to że po raz kolejny totalnie zmarnowano możliwość nakręcenia dobrej adaptacji komiksowej. Ten film to wielka strata czasu.

piątek, 15 stycznia 2010

#111 (500) Days of Summer reż. Marc Webb scen. Scott Neustadter i Michael H. Weber


AUTHOR’S NOTE: The following is a work of fiction.
Any resemblance to persons living or dead
is purely coincidental.


Especially you Jenny Beckman.


Bitch.


Chyba każdy z nas, chociaż raz w życiu przeżył rozstanie z ukochaną osobą. Czuliśmy się porzuceni, załamani. Nie można się było pozbierać, najchętniej przesypialiśmy całą dobę, albo ciągle byli w innych stanach świadomości. Idealizowaliśmy we wspomnieniach drugą osobę. Rozpamiętywaliśmy tylko te dobre chwile i cały czas zastanawialiśmy się DLACZEGO?

„500 days of Summer” opowiada losy młodego faceta, który podczas tytułowych pięciuset dni zdążył się zakochać, stracić wszystko, a na końcu zrozumieć coś bardzo ważnego. Opowieść naszego bohatera jest bardzo ciekawie opowiedziana i nie pomija chyba niczego. Widzimy jak para się poznaje, odkrywa nawzajem oraz rodzi się uczucie. Następnie pojawiają się pierwsze kłótnie oraz różnice poglądów, które akurat w tym wypadku są nie do pogodzenia i doprowadzają do rozstania. Wtedy następuje okres samozniszczenia, pełnego bólu, który okazuje się prawdziwym katharsis i wyprowadza głównego bohatera na prostą. Poznajemy losy naszych bohaterów nie chronologicznie dzięki czemu wesołe sytuacje i pełne optymizmu są przeplatane z tymi mniej przyjemnymi momentami każdego związku. Dzięki temu film nie jest też typową komedią romantyczną lub jakimś dramatem po obejrzeniu którego mamy ochotę strzelić sobie w łeb.

Cały film składa się z wielu świetnych scen wspaniale oddających prawdziwe odczucia w danym momencie jak np. moment gdy główny bohater jest po pierwszym seksie ze swą ukochaną. Na ten moment film zamienia się w musical, cała ulica śpiewa z głównym bohaterem, przebijają mu piątki i ogólnie świat jest piękny. Lub moment gdy nasz bohater prowadzący już życie kawalera idzie na przyjęcie swojej byłej. Scena pokazana jest z dwóch punktów widzenia na raz za pomocą podzielonego obrazu. Z jednej strony widzimy jego wyobrażenie tego wieczoru, a z drugiej strony faktyczne wydarzenia. Za pomocą tak prostego środka Twórcy filmu otrzymali wspaniały efekt.

Jakoś tak samo przychodzi mi porównanie tego filmu do „Juno”, zapewne dlatego że oba filmy mówią o poważnych tematach z cudowną lekkością i przystępnością. Poza tym oba te obrazy są takim powiewem świeżości wśród papki którą nam serwuje zazwyczaj amerykańskie kino. Czytając tekst jaki zacytowałem na samej górze, a który pojawia się na samym początku filmu nie trudno dojść do wniosku, że autora scenariusza musiała kiedyś skrzywdzić jakaś kobieta. Jednak już po seansie nie mogę wyjść z podziwu jak wnikliwie, z ironią oraz czarnym humorem została opowiedziana ta historia. Prawdopodobnie film nie jest na faktach autentycznych, jednakże wydaje mi się bardzo inspirowany czyimiś przeżyciami po których musiało minąć sporo czasu, aby móc w tak wspaniały sposób opowiedzieć o tak trudnym wycinku własnego życia. Gorąco polecam obejrzeć ten film, bo samoistnie podczas seansu można wspomnieć własne 500 dni …

sobota, 18 lipca 2009

#102 te re fe re

Taki telegraficzny skrót najnowszych wydarzeń:

Przeprowadziłem się do Moniki i zaczynamy dorosłe życie. Tak, macie rację, jesteśmy już tak starzy że nadeszła pora nawet i na to! Przeprowadzka była szybka, kilka dni żyliśmy na kartonach, potem pojawiła się szafa i komoda i kilka kartonów ubyło. Oczywiście szafki na książki i komiksy były od razu. W końcu trzeba znać swoje priorytety. Uczymy się żyć koło siebie i jak na razie wychodzi nam to dobrze. Już ponad dwa tygodnie i jeszcze się nie pokłóciliśmy i to jest chyba mały sukces.

Byliśmy w Hali Wisły w Krakowie na koncercie The Dillinger Escape Plan oraz Meshuggah i niestety organizatorzy się nie popisali. Nagłośnienie było tak tragiczne że podczas występu TDEP było trudno się domyślić co grają. Kapela jak zawsze świetna, chłopaki szaleli, wchodzili na głośniki i skakali z nich, wspaniały pokaz demolki. Druga kapela statycznie, ciężko i powoli, ale kopali zady mocno, no i nagłośnienie nawet było lepsze więc ok. Jednak sam gig nie był za dobry i organizatorzy powinni dostać bęcki.

Widziałem ostatnio "Oszukana" i bardzo miło się zaskoczyłem, chodź spodziewałem się tego bo Eastwood za kamerą. Dobre kino z ciekawą historią, które wciąga od pierwszych minut i tak trzyma do końca. Troszkę przerażające, bo to w końcu film na faktach, jak policja radziła sobie z niewygodnymi osobami oraz ciekawe ukazanie jednostki przeciw wszystkim. Ogólnie gorąco polecam jeśli jeszcze ktoś nie widział.

"Knowing" z Nicolasem Cagem i powiem szczerze że już przestaję sobie przypominać kiedy widziałem go ostatni raz w jakimś dobrym filmie. Siadając do filmu wiedziałem tyle że jest o jakiś kataklizmach i spodziewałem się kina katastroficznego. Od początku ogląda się dobrze, jest ciekawa w miarę fabuła, nawet powiedziałbym że dostajemy w klimacie coś podobnego do "6 zmysł" i to mnie mile zaskoczyło. Jednak niestety końcówka zabiła cały film. Takiego dna nie spodziewałem się, jednak tak od połowy filmu zacząłem się bać że się spierniczy i niestety miałem rację. Smutne jest że pracę wielu osób na planie ktoś spartolił dokumentnie w ostatnie 20 min filmu. Żenada, tragedia i szkoda czasu.

"Terminator: ocalenie" - nawet nie chce mi się tego komentować. O wszystkich kretynizmach, nieścisłościach wielu już napisało i nie mam się zamiaru powtarzać. Jedyny plus to występ Arniego, no i można się dobrze uśmiać.

Wczoraj miałem znikomą przyjemność zobaczyć "Wrogowie Publiczni". Czekałem na ten film długo bo Mann jako reżyser a jego "Heat" jest genialny. Na dokładkę Depp, Bale no i historia Dillingera, czyli zapowiedź świetnego kina gangsterskiego no i dostałem jakiegoś gniota. Jak dla mnie ten film to porażka. Zamiast dobrego kina gangsterskiego dostaliśmy nudny film o romantycznym przestępcy. Sposób sfilmowania całego filmu na zbliżeniach jest jakimś chorym pomysłem i po prostu męczy podczas oglądania, dodatkowo jeszcze wygląda to jak teatr telewizji. Żenada i nic więcej. Spodziewałem się pojedynku dwóch wybitnych jednostek, coś na kształt “Heat” a dostałem naprawdę miałki film.

Wylali mnie ostatnio ze studiów, za nie obronienie pracy w terminie i nawet wysłali list do mnie do domu. Rodzice odebrali, zmartwili się bardzo, ja się zdziwiłem decyzją uczelni. Na szczęście wszystko dało się odkręcić, złożyłem już pracę do dziekanatu i jakoś do końca miesiąca mam mieć obronę więc możecie trzymać kciuki.

No tym o to niusem kończymy to wydanie wiadomości i zapraszamy na kolejne.

sobota, 2 maja 2009

#98 jakoś leci

Spędzam weekend majowy (w tym roku wyjątkowo krótki) u Moniki, bo tu znajduje się mniej pokus i jest łatwiej pisać mgr. Tak wiem, ten temat jest już nudny i nadal się przewija, ale już nie długo mam nadzieję. Pobyt u Moniki wiąże się z tym że rano musi być pobudka i spacerek z psem po osiedlu. Wczoraj jak tak spacerowałem ok 8 rano pogoda była taka jak podczas lata. W sam raz na krótkie spodenki i bluzę. Przypomniało mi się jak kiedyś wracałem o takich porach i tak ubrany z różnych imprez, jaki to były wspaniałe, beztroskie lata mojego życia i za którymi tęsknie bardziej chyba niż sobie to uświadamiam. Brakuje mi strasznie tej beztroski, spokoju i takiego luzu wokoło. Teraz mam pracę i obowiązki, bo chwaląc się nieskromnie dostałem pierwszą w moim życiu stałą pracę. Po trzech miesiącach okresu próbnego dostałem umowę na czas nieokreślony w jednym banku. Pracuję na back office i procesuję wnioski kredytowe. Całkiem fajnie, że tak się udało i przynajmniej o jedno zmartwienie mniej. Chociaż z drugiej strony trzeba być odpowiedzialnym, codziennie rano wstawać, wraca się po 18 i cały dzień z głowy. Dorosłe życie jednak mi nie odpowiada i co najfajniejsze wiedziałem że tak będzie jakoś już od podstawówki. Dalej wydaje mi się że nie jestem aż taki dorosły, ale przed nie którymi rzeczami jak np praca nie ucieknę.
Wczoraj w ramach porannego lenistwa obejrzeliśmy z Moniką X-Men Origins: Wolverine i muszę powiedzieć że film jest ok. Całkiem przyjemnie się ogląda, fabuła nawet trzyma się kupy. Są nawiązania do Wolverine Origin oraz Weapon X, ale najfajniejsza była kopia którą mieliśmy. Mianowicie oglądaliśmy wersje jeszcze z nieobrobionymi efektami specjalnymi. Aktorzy na linkach podczepiani, wiele scen w postaci nieobrobionej grafiki 3D, jeszcze taka szara, napisy na ekranie w stylu "szpony się wydłużają" i strzałeczki na nie. Naprawdę świetnie się ubawiliśmy oglądają to, zdziwiliśmy się jak wiele jest dodawane komputerem i nabraliśmy naprawdę wielkiego podziwu dla Twórców efektów. To są naprawdę wielcy fachowcy w swoim fachu.

ps.
Pierwszy bilet na okres koncertowy od maja do września już przyszedł!!Jeden z dziewięciu na które planuje się wybrać. Ciekawe czy uda się pojechać na wszystko? Jak już będę po koncertach i festiwalach to pewnie coś napiszę i pochwalę się.