Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Scorsese. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Scorsese. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lutego 2014

#290 Wilk z Wall Street, reż. Martin Scorsese, scen. Terence Winter

wilk-z-wall-street-plakatPamiętam gdy pierwszy raz zobaczyłem trailer tego filmu, siedząc w kinie, czekając na projekcję. Pierwsza moja myśl była - tego ścierwa na pewno nie obejrzę. Jednak potem pod wpływem nominacji do Oscara, które swoją drogą już dawno przestały być wyznacznikiem czegokolwiek oraz pozytywnych recenzji znajomych postanowiłem dać się skusić. W ten sposób zmarnowałem trzy godziny swojego życia, których nikt nigdy mi już nie zwróci i w dodatku zepsułem sobie sobotni wieczór.


Film opowiada historię Jordana Belforta, brokera, który w oszałamiającym tempie zrobił zawrotną karierę na Wall Street. Lecz jego szczęście nie trwało długo ponieważ z powodu prowadzenia życia pozbawionego wszelkich zasad bardzo szybko zwrócił na siebie uwagę FBI. Jak to się dla niego skończyło każdy z nas bez problemu jest w stanie przewidzieć.


Jednak prawdziwa recenzja tego filmu powinna brzmieć mniej więcej tak: cycki, dupy, koks, masa pieniędzy, szkolenia sprzedażowe, golenie głowy lasce za pieniądze, które postanowiła przeznaczyć na powiększenie sobie cycków, imprezy, szybkie samochody, cycki, seks, wóda, cycki, oszukiwanie klientów, szybka kasa, cycki, koks,  cycki, koks, rzyganie, wóda, znowu szybka kasa i cycki i tak przez trzy godziny. To wszystko jest oczywiście przeplatane mnóstwem przekleństw i samczego zachowania, dzięki czemu z ekranu dosłownie wylewa się testosteron. Sam jestem facetem, nie zawsze zachowuję się jak dżentelmen, czasem bywam jak świnia. Jednak oglądając ten film czułem zażenowanie z powodu obrazu mężczyzn jaki prezentuje. Jeśli tak zachowuje się "prawdziwy mężczyzna sukcesu", "rekin finansjery" to ja naprawdę dziwię się kobietom, że chcą z nami w ogóle rozmawiać. Chociaż babom też się obrywa w tym filmie. Wychodzi na to, że wszystkie żony bohaterów wiedziały, że są zdradzane, a ich mężowie zbijają fortuny tylko i wyłącznie na oszustwach. Mimo to nie decydowały się na rozstanie. Wiadomo jak to o nich świadczy.


Zdaję sobie sprawę, że ten film momentami może wydawać się zabawny jednak polecam przejść przez kilka szkoleń sprzedażowych lub pracę z klientami oszukanymi przez tak wspaniałych sprzedawców i od razu każdemu uśmiech zejdzie z twarzy. Pamiętam momenty kiedy dzwonili do mnie osiemdziesięcioletni ludzie, którzy z trudem obsługiwali telefon stacjonarny, a na umowie mieli jeszcze internet i telewizję. Oczywiście wszystko nie podłączone, komputera w domu brak, ale płacić trzeba. Pomijam kwestie etyczne takiego zachowania, ale jest to po prostu chamstwo i każdemu kto się tak zachowuje życzę, aby ktoś też go tak załatwił wraz z całą jego rodziną.


Nie rozumiem również tych zachwytów nad genialną grą aktorską Leonarda Di Caprio. Albo udaje totalnie odurzonego wszelkimi możliwymi substancjami, albo jest w otoczeniu cycków lub niemiłosiernie się wydziera odmieniając w każdy możliwy sposób słowo "fuck". Jest w tym bardzo marny i znacznie lepsze kreacje stworzył chociażby w Django lub Drodze do szczęścia, żeby daleko nie szukać. Wystarczy przejść się na dowolną imprezę masową i bez problemu znajdzie się lepszych "aktorów", którzy ledwo stojąc na nogach dają znacznie większy popis umiejętności aktorskich i jakoś do Oscara nikt ich nie nominuje.


Gdzieś czytałem, że jest to najbardziej kasowy film w dorobku Martina Scorsese i jest mi z tego powodu przykro. Patrząc na jego filmografię widzę sporo dobrych, wartościowych filmów, ale dopiero taki szmatławiec okazał się hitem. Może to ja jestem ograniczony i nie potrafię dostrzec kunsztu tego filmu. Jednak naprawdę nie widzę w nim nic wartościowego. Jest nudny, chamski do bólu, nieśmieszny, stanowczo za długi i po seansie wychodzi na to, że wystarczy pokazać mnóstwo cycków i kokainy, aby wszyscy byli zachwyceni. Czy to nie świadczy źle o nas wszystkich? Jedyne co mnie zastanawia po projekcji to jakim cudem w dobie wszechogarniającego silikonu twórcom udało się znaleźć tak wiele kobiet z naturalnym biustem. Kastingi musiały trwać wiecznie.

czwartek, 5 kwietnia 2012

#134 Hugo i jego wynalazek reż. Martin Scorsese scen. John Logan

Hugo i jego wynalazek opowiada historię chłopca, który starając się naprawić robota odkrywa historię kina. Hugo dzięki swojemu ukochanemu ojcu, kustoszowi muzeum wchodzi w posiadanie małego mechanicznego człowieka zdolnego do samodzielnego pisania i rysowania. Jak na ówczesne czasy istny cud techniki, gdyż akcja filmu dzieje się w latach 30 minionego wieku. W wyniku śmierci ojca, który spłonął w pożarze muzeum, nasz bohater dostaje się pod opiekę swojego wiecznie pijanego wuja, zegarmistrza na peronie kolejowym. Dzięki temu mały chłopiec poznaje fach zegarmistrza i odkrywa w sobie talent do majsterkowania oraz naprawiania wszelkich mechanicznych urządzeń. Za cel swojego życia obiera sobie naprawienie robota, co rozpoczął wraz ze swoim ojcem.


Sam film jest dość ciekawy z kilku powodów. To pierwszy film Martina Scorsese, słynącego raczej z filmów dla dorosłych, brutalnych i poruszających często poważne tematy tym razem postanowił zrealizować film dla dla młodszego widza. Przez ten zabieg przyznam, że pierwsze 30 minut filmu dość mocno mi się dłużyło zanim cała akcja się rozkręciła. Jednak potem nie mogłem oderwać się od ekranu i czułem się jakbym to ja odkrywał wspaniałą historię światowego kina. Po drugie sama fabuła jest ciekawie zrealizowana. Na początku jest to standardowy film o chłopcu, który pozostawiony sam sobie szuka swojego miejsca w życiu. Jego przygody kręcą się wokół pracy, nowych znajomych i ukrywania tego, że nie ma nikogo bliskiego wokoło siebie. Następnie z powodu kilku zbiegów okoliczności cały film zamienia się w opowiastkę detektywistyczną, mającą na celu rozwikłanie zagadki co łączy robota, ojca głównego bohatera i podstarzałego sprzedawcę w sklepiku na peronie kolejowym. Po trzecie właśnie rozwiązanie tej zagadki sprawia, że film zamienia się w hołd dla początków kina i nieskrępowanej fantazji. Dla tych, którym słowo "hołd" kojarzy się tylko z czymś bardzo poważnym, śpieszę z wyjaśnieniem. Na szczęście reżyser w bardzo przyjemny, wesoły i pomysłowy sposób opowiada o początkach kina. Dla mnie to była najwspanialsza część filmu podczas, której zrozumiałem dlaczego film w sumie braho się rozpoczynający został nominowany w tak wielu kategoriach do tegorocznych Oscarów.


Jak dla mnie jest to film, który ma wszystko aby zapewnić świetną rozrywkę dla każdego. Ciekawą fabułę, którą można obejrzeć z całą rodziną, gdzie dodatkowo każdy wyciągnie z niej coś dla siebie. Młodsi widzowie będą śledzić losy głównego bohatera, za to starsi w bardzo przystępny sposób poszerzą swoją wiedzę z historii kina. Od strony realizatorskiej to kino na wysokim poziomie z dobrym i ciekawym scenariuszem. Równie ciekawie wypada strona wizualna filmu ze świetnie zaprojektowanymi wszelkimi zakamarkami i mechanizmami peronu kolejowego, a w szczególności z końcową częścią filmu gdzie przedstawiany jest początek kina. Po kilku słabszych filmach, oczywiście moim zdaniem Scorsese nakręcił świetny film, który szkoda ominąć w natłoku śmieciowego kina.