No to wiecie już kto będzie gościem w tym roku na Bałtyckim Festiwalu Komiksowym. Mam nadzieję, że Ben Templesmith przywiezie cokolwiek ze swojego nowego komiksu opartego na mitologii Cthulhu.
poniedziałek, 23 marca 2015
#389 Pierwsi goście na Bałtyckim Festiwalu Komiksu
środa, 18 marca 2015
#386 subiektywnie o 4 Krakowskim Festiwalu Komiksowym
W sobotę do południa wybrałem się do Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej na 4 już Krakowski Festiwal Komiksowy. Była to moja pierwsza styczność z tą imprezą i muszę przyznać, zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Świetne miejsce, czyli trzypiętrowy budynek Arteteki, ze sporą ilością przestrzeni. Dużo atrakcji oraz tłumy ludzi, które tylko potwierdziły, że warto było wyjść z domu w tą deszczową sobotę.
Na miejscu pojawiłem się jakoś po 11, czyli byłem w sumie od samego początku. Najpierw zwiedziłem cały budynek i zorientowałem się co i gdzie się odbywa. Następnie postanowiłem zwiedzić część targową, gdzie wystawiało się kilka sklepów i wydawnictw. Z racji tego, że raczej wszystko kupuję na bieżąco, to z całej imprezy wyszedłem tylko z dwoma komiksami. Co jak na mnie bardzo skromnie. Przy okazji tak w ramach ciekawostki, pierwszy raz kupiłem jakąś nowość za cenę większą od okładkowej. No ale różnica nie była spora, a Stephen Collins od razu wrysował mi piękną ilustrację z autografem, więc było warto dać te kilka groszy więcej.
Chwilę później udałem się na pierwsze spotkanie autorskie z Jakubem Sytym i Przemysławem Surmą, którzy opowiadali o swojej pracy nad Kubatu. Jest to ich komiks skierowany dla dzieci, a wydany dzięki zajęciu trzeciego miejsca w konkursie im. Janusza Christy. W sumie niczego się nie spodziewałem po tym spotkaniu, a bardzo miło spędziłem czas. Przy okazji dowiedziałem się jak powstaje taki komiks. Miałem również wgląd w scenariusz i w dużej mierze rozrysowany już drugi album tej serii oraz poznałem historię jak wygląda współpraca z tak wielkim wydawnictwem jak Egmont.
Następne spotkanie z Tomaszem Samojlikiem miałem w planach od samego początku. Co ciekawe, nie przeczytałem jeszcze nic tego autora. Jednak teraz jestem pewien, że przy następnych zakupach zamówię sporo jego tytułów. Ten człowiek mnie po prostu oczarował. Za dnia naukowiec, a po nocach twórca komiksów, książek dla dzieci i wielki popularyzator wiedzy przyrodniczej. Człowiek mówiący z taką pasją o przyrodzie i wszelkich swoich projektach, że to musi się przekładać na świetne książki i komiksy. Do tego opowiadający o swojej pracy w arcyciekawy sposób i bardzo często z humorem. Od spotkania pana Tomasza będę mu bardzo kibicował i wspierał swoim portfelem.
Następnie w planie miałem prelekcję Joachima Tumanowicza pt. New Universe - uniwersum Marvela zamiecione pod dywan, które zapowiadało się bardzo ciekawie. Tylko niestety trafiło mi się miejsce, z którego nie widziałem slajdów będących integralną częścią wykładu. Z tego powodu odpuściłem i poszedłem na spotkanie z Demem. Jego fenomen jest dla mnie dość spora zagadką i tylko niektóre jego komiksy uważam za udane, ale widać jestem w mniejszości. Ilość widowni będąca na spotkaniu z nim była bardzo imponująca. Chyba śmiało można je nazwać najbardziej obleganym z całego festiwalu. Dobrze więc, że został zaproszony. W końcu to goście przyciągają najwięcej odwiedzających. Ja sam wytrzymałem raptem z 5 minut, ale cała reszta wyglądała na szczęśliwą i w pełni zadowoloną.
Po tym spotkaniu uznałem, że już czas udać się do domu. Może nie zabawiłem długo, ale nawet te kilka godzin pozwoliło mi się świetnie bawić. Cała impreza została bardzo dobrze rozplanowana, ponownie muszę wspomnieć o świetnym wyborze miejsca. N ie zabrakło też atrakcji dla najmłodszych, którzy może kiedyś będą następnym pokoleniem czytelników naszych ulubionych komiksów. Poza tym była to impreza gdzie każdy z nas spokojnie znalazłby coś interesującego dla siebie. Było miło, zabawnie, czasem pouczająco, a dzięki świetnym cosplayerom każdy mógł poczuć się choć przez chwilę jak superbohater. Na poprzednich edycjach jakoś nie mogłem się pojawić, ale od teraz będę już specjalnie rezerwował czas na tą imprezę. Oby tylko odbywała się regularnie w jakichś przybliżonych terminach.
[gallery columns="4" link="file" ids="3893,3894,3895,3896,3897,3900,3898,3899"]
wtorek, 7 sierpnia 2012
#159 Off festiwal 2012 dzień pierwszy i jedyny
W końcu po długim i burzliwym planowaniu udało się nam z Moniką wyjechać na piątkowe koncerty tegorocznego festiwalu. Spakowani i zadowoleni wsiedliśmy do samochodu i jakoś po półtorej godziny jazdy byliśmy już na miejscu. Po drodze doszliśmy do wniosku, że ładnie byłoby ze strony organizatorów jakby dawali jakieś znaki przed Katowicami i już w samym mieście jak dojechać na miejsce festiwalu. Pewnie koszt takiego przedsięwzięcia niewielki, a jak bardzo ułatwiłby sprawę. Drugim minusem okazało się parkowanie w pobliżu imprezy. Byliśmy na miejscu ok godziny 17 i sporym wyczynem było znalezienie jakiegoś wolnego miejsca. Dodatkowo na parkingu gdzie było można parkować pod skosem, prawie wszyscy zaparkowali równolegle i jeszcze w takich odstępach od siebie, że dramat. Jakby zrobili to zgodnie ze znakiem to miejsc byłoby znacznie więcej. W końcu znaleźliśmy jakiś płaty parking i pozostawili na nim samochód. Trzecim i ostatnim niemiłym zaskoczeniem były ceny biletów. Zdajemy sobie sprawę, że to my zawaliliśmy, bo postanowiliśmy kupować bilety w dniu imprezy, ale nie przypominam sobie, aby gdzieś na stronie pisało, że zdrożeją prawie dwukrotnie! No przegięcie moim zdaniem bardzo duże, jednak mówi się trudno i żyje się dalej.
Samo miejsce festiwalu jest świetne. Bardzo dobrze rozplanowane są sceny, gdzie nie zagłusza jedna drugą. Również nie trzeba pokonywać kilometrów podczas wędrówki między nimi co jest olbrzymim plusem. Na miejscu oczywiście można również coś przekąsić oraz wypić. Mile zaskoczyły nas ceny wszelkiej gastronomi, ponieważ były na normalnym poziomie, co zawsze jest ok.
Co do samych koncertów. Rozpoczęliśmy od reklamowanej przez samego Rojka Savages. Panie grały dobrego brudnego rocka, ale jakoś tak po pół godzinie nas znudziły i postanowiliśmy zwiedzić strefę gastro. Następny w kolejce znajdował się Converge, który według słów mojej bardzo dobrej znajomej miał mnie zniszczyć. Nie powiem, chłopaki dobrze grają, łoją aż miło. Manierę na scenie mają typową jak kapela HC, ale niestety też jakoś bez większych emocji. Jednak następny koncert był dla mnie najmilszym zaskoczeniem całego dnia. Mianowicie udaliśmy się na koncert Chromatics reklamowanych tym, że znajdują się na ścieżce dźwiękowej do Drive, który dla mnie był mocno przereklamowany i raczej unikam wszystkiego co z nim związane. Jednak na koncert się udałem i zastałem bardzo przyjemną lekko taneczną muzykę, która w momencie mocnej ulewy wspaniale podnosiła na duchy. Po nich poszliśmy na występ Death in Vegas, którzy mile mnie zaskoczyli. Na początku grali pięknie rockowo, aby potem przejść bardziej w spokojne brzmienie w kierunku elektroniki. Niestety część elektroniczną mieli dość monotonną co niestety zaowocowało u nas kolejną wyprawą do strefy jedzenia i picia. Następnie zaliczyłem mega bieganie od sceny do sceny. Mianowicie udaliśmy się na scenę eksperymentalną na anbb: alva noto & blixa bargeld, gdzie spodziewałem się maksymalnie połamanej elektroniki w połączeniu z klimatem z wieców ideologicznych. Zamiast tego otrzymałem jakieś monotonne i spokojne pobrzękiwanie z melorecytacją po niemiecku. Usnąć można było na tym więc uciekliśmy. Mazzy Star również niestety mocno nudził i usypiał więc udaliśmy się przypadkiem na Charles Bradley and His Extraordinaires. Pan z orkiestrą w świecących butach i pasie w spodniach śpiewał coś w okolicach rock'n'rollowych kawałków w połączeniu może z blusem. Pan już wiekowy, jednak mógł się pochwalić pięknym głosem czarnego muzyka i zdolnością rozkręcania wspaniałej imprezy. Na sam koniec zostało nam już tylko Metronomy, dające świetny taneczny koncert w klimatach typowego rocka z wysp, co spowodowało nucenie przeze mnie jednego kawałka jeszcze przez całą sobotę. Wisienką na torcie miał być koncert Atari Teenage Riot, które poza tym, że zrobiło ścianę dźwięku to jest strasznie monotonne i nudne. Zawiodłem się dość mocno i nawet nie zostaliśmy do końca uciekając do domu.
Tak w sumie to z całego festiwalu najbardziej podobał mi się klimat imprezy. Mocno piknikowy, wyluzowany i spokojny. Świetne jest rozplanowanie samego festiwalu z tym, że blisko wszędzie i kończy się jeden koncert, to od razu rozpoczyna kolejny. Myślę, że w przyszłym roku mógłbym się udać na całą imprezę. Na sam koniec taki bonus. Trzeci raz podchodziłem do koncertu Battles i po raz kolejny poległem. Mam strasznego pecha z tą kapelą i zaczynam się zastanawiać, czy kiedykolwiek uda mi się ich zobaczyć na żywo
czwartek, 8 października 2009
#108 po MFK
Jakoś tak wyszło, głównie z powodu pracy. że do Łodzi przyjechaliśmy dopiero ok. 22 w piątek po ponad pięciu godzinach drogi. Zanim dostaliśmy się do hostelu ok. 23, ponieważ wsiedliśmy w zły tramwaj i było trzeba przejść spory kawałek, to na dzień dobry dostaliśmy opieprz od portiera. Zrzędził że mieliśmy być ok. 22, nie omieszkał powiadomić jaki jest dla nas dobry bo pokój mógł już zostać kilka razy wynajęty i również poskarżył się że w Krakowie raz go nie wpuścili do pokoju bo też przyszedł tak późno. Jednak najzabawniejsze było to jak podczas tego całego marudzenia cały czas wydawał nam pościel i wszystko co się wtedy wydaje. Mieliśmy jeszcze plany pójść na jakąś imprezę w Łodzi, nawet sprawdziliśmy wcześniej w jakiej knajpie i gdzie jest jakaś dobra impreza, ale byliśmy tak zmęczeni podróżą, że tylko wzięliśmy prysznic, chwilkę poczytali i poszli spać, aby następnego dnia wstać wcześniej i biec na giełdę komiksów.
W sobotę od samego rana pośpieszałem Monikę, aby być jak najszybciej na giełdzie, gdyż Kultura Gniewu zapowiedziała na swym blogu pojawienie się z kilkoma kartonami ich lekko uszkodzonych komiksów w znacznie niższych cenach, więc chciałem uzupełnić zaległości. Niestety gdy dotarłem na miejsce moja szybko wypatrzona „Niczym Aksamitna Rękawica Odlana z Żelaza” była już odłożona przez kogoś innego. Nie zrażając się tym obeszliśmy z Moniką całą giełdę w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Kupiliśmy sporo nowości, moja połówka wypatrzyła dwa nieme komiksy Lewisa Trondheim’a, które nie omieszkała kupić. Można powiedzieć że już na samym początku wyjazdu pozbyliśmy się prawie całych pieniędzy. Następnym etapem wyprawy było poznanie Konrada z Motywu Drogi, którego jakoś przypadkiem wypatrzyłem przy wejściu. Ku mojemu zaskoczeniu okazał się w pełni normalnym gościem, który spędził z nami dużą część dnia, pokazał nam wiele osób z tzw. światka komiksowego i sprezentował nawet dwa piny z wzorem motywu drogi. Kolejnym punktem wyprawie było znalezienie Łukasza z tej same strony, gdyż z nim był związany mały konkurs ogłoszony przez stronę podaną powyżej. Mianowicie było trzeba się do niego zgłosić z egzemplarzem „karton” (komiksowe pisemko w klimacie cartoon) i dowolnym kartonem, aby wymienić swój egzemplarz pisma na jego z dodatkowymi gadżetami w postaci kilku kart przedstawiających postacie z pisemka. W tym celu uzyskałem od dwóch miłych panów portierów wielki typowy karton, który sprytnie ukryłem za stoiskiem Kultury Gniewu dzięki czemu nie musiałem z nim ciągle chodzić. Niestety Łukasza znalazłem za późno i nie udała się wymiana kartonami. Po tym wszystkim okazało się że w sumie nie ma co robić na festiwalu. Na prelekcje nie chciało nam się jeszcze iść, stoiska już wszystkie pooglądaliśmy, wszelkie nowości i takie tam. Na szczęście pojawił się Konrad z propozycją abyśmy poszli z nim na spotkanie z autorami Jeża Jerzego, które będzie prowadził w Manufakturze. Z chęcią poszliśmy, przy okazji zwiedzając troszkę Łódź. Manufaktura okazała się olbrzymim centrum handlowym w którym mieliśmy problem się odnaleźć. W końcu gdy udało się nam zlokalizować Empik i zmierzaliśmy w jego kierunku spotkaliśmy Tomka Leśniana (rysownika Jeża), poznaliśmy się i pogadali troszkę po drodze. W samym empiku było dość śmiesznie ponieważ najpierw wzięto mnie za osobę prowadzącą spotkanie, gdy przyszedłem na miejsce razem z Konradem, Tomkiem i Moniką. Następnie zorientowałem się że wszedłem do sklepu z torbą wypchaną komiksami, na które nie mam żadnego rachunku, ani nie zgłosiłem tego ochronie. Jednak z racji tego że zostałem wzięty za osobę prowadzącą to jeden z pracowników Empiku zszedł ze mną do ochrony wyjaśnić całą sprawę. Gdy zobaczyli ile tego jest doszli do wniosku że nie chce im się tego stemplować i odesłali mnie z tekstem:
„proszę cały czas trzymać torbę blisko siebie i wszystko będzie ok.”.
Odnosząc komiksy na zaplecze wpadłem akurat na moment omawiania jak ma przebiegać samo spotkanie i zostałem wzięty tym razem przez pracownika Empiku za drugiego twórcę komiksu! Więc znowu grzecznie wytłumaczyłem że jestem tylko do towarzystwa i tyle. Kilka chwil przed samym spotkanie okazało się że w całym sklepie nie ma ani jednego egzemplarza najnowszego numeru Jeża poza moim, więc Tomek poprosił mnie żebym go udostępnił na chwilkę, za co w zamian dostałem rysunek oraz autografy! Co do samego spotkania to muszę przyznać że było bardzo miło, acz kameralnie. Konrad był dobrze przygotowany, przez co zadawał ciekawe pytania. Jednakże pod względem frekwencji wyszło to strasznie. Przez chyba połowę spotkania goście opowiadali o swojej pracy mi i Monice! Było mi ich naprawdę żal, jednak na szczęście później się okazało, że podczas właściwego spotkania na terenie festiwalu było znacznie więcej ludzi. Popołudniu starałem się zdobyć autograf Rosińskiego dla mojego przyjaciela, lecz nie udało się, a ten gbur gdy szedł na swoje miejsce to potrącił mnie i słyszałem jak mówił:
„ah tyle ich jest? Nie będę dawał więcej autografów niż 30”
a że ja byłem troszkę daleko w kolejce to poszliśmy na obiad razem z Konradem. Później na chwilkę do pokoju odpocząć przed wieczorną imprezą oraz rozdaniem nagród. Co do samego rozdania to trzeba powiedzieć, że było kiepsko. Z racji tego że był to jubileuszowy 20 festiwal to każdy dziękował każdemu i wyglądało to jak głaskanie się towarzystwa wzajemnej adoracji. Zmieniło się to dopiero gdy wręczano nagrody za najlepsze komiksy i dla wydawnictwa. Najlepszym wydawnictwem została Kultura Gniewu, a gwiazdą wieczoru został Bartosz Sztybor, który odbierał aż trzy nagrody i to w wielkim stylu co można zobaczyć na tym skrócie, który gorąco polecam. Sama impreza okazała się standing party, z podziałem na strefę tych lepszych i gorszych. Jakoś nie mogliśmy się z Moniką odnaleźć więc postanowiliśmy się ulotnić. Jednak, jakby tak specjalnie, cały czas koło nas kręcił się Daniel Chmielewski autor „Zostawiając powidok wibrującej czerni” jak dla mnie jeden z najlepszych komiksów ostatniego czasu. Więc podchodzę do niego i proszę o autograf, a On odpowiada mi że z wielką przyjemnością, ale czy mógłby na chwilkę poczekać ponieważ właśnie teraz jego znajomy bierze udział w konkursie na miss festiwalu i chciałby w tym uczestniczyć. Odpowiedziałem że nie ma problemu i tak sobie czekam, aż kolega Daniela skończył rysować i ku memu wielkiemu zdziwieniu Daniel zamiast przyjść do mnie to poszedł sobie do znajomych plotkować. Zdenerwowałem się że czekam na niego jak buc i powiedziałem Monice że wychodzimy. Poszliśmy się jeszcze pożegnać z Konradem, a tam stoi KRL z przepiękną małżonką (cud kobieta!!!). Tak sobie pomyślałem, spróbuję poprosić ostatni raz autograf, jak się nie uda to obrażam się na każdego i już nigdy o żaden nie poproszę (tak wiem sposób myślenia jak u dziesięciolatka). Więc zagadałem, w odpowiedzi usłyszałem czy może będę w niedzielę, bo teraz impreza i takie tam, ale że niestety nie było mnie już następnego dnia to KRL się zgodził z wielkim uśmiechem! Poszliśmy troszkę na ubocze, KRL prowadzi ale wyglądało to jakby uciekał, albo strasznie się wstydził. W końcu zaczyna rysować, a tu pojawia się Daniel Chmielewski i stoi koło nas. W tym momencie KRL pyta:
KRL: co też chcesz autograf?
D. Ch.: Nie, ja przyszedłem do tego pana bo on chyba chciał autograf ode mnie (i wskazuje na mnie)
KRL: (z uśmiechem na twarzy i udawanym oburzeniem w głosie) To znaczy że nie chcesz ode mnie autografu?!
Ja w tym czasie wyjąłem Powidok i Daniel przystąpił do tworzenia! Chwilkę porozmawiałem z obydwoma panami, dostałem bardzo piękne dwa rysunki, cieszyłem się jak dziecko, a Daniel uratował moją wiarę w dobro ludzi. Po tym wszystkim udaliśmy się z Moniką do hostelu i oddaliśmy się czytaniu.
Niedzielne do południe spędziliśmy na spacerze po Łodzi, szukaniu jakiejś knajpy otwartej gdzie można by zjeść obiad. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że w centrum miasta przed godziną 12 nie ma otwartego żadnego sklepu spożywczego ani knajpy w której można by coś przekąsić. Jak tu się potem dziwić, że wszyscy siedzą w tej głupiej Manufakturze (chodź muszę przyznać, że z zewnątrz wygląda naprawdę świetnie). Do Krakowa wracaliśmy pociągiem abym mógł czytać i udało mi się przeczytać większość nowości które kupiłem. Jak na razie „Łauma” KRL pozostaje najlepszym komiksem jaki kupiłem oraz jeden z najlepszych jaki czytałem przez ostatnich kilku miesięcy! Pewnie jeszcze coś o tym napiszę za kilka dni.
Tak mniej więcej wyglądał mój pierwszy wypad na imprezę komiksową. Wielkie podziękowania należą się Konradowi za zagospodarowanie czasu, Twórcom za ich komiksy,rysunki oraz autografy. Na części z grami w ogóle się nie pojawiłem, jakoś nie chciało nam się, nie dotarliśmy również na wystawy festiwalowe, czego żałuję, ale i tak było świetnie. Może za rok znowu się pojawimy.
ps. Teksty, które cytuję nie są dosłownymi cytatami, tak po prostu to wszystko pamiętam.
środa, 24 czerwca 2009
#101 NOVAROCK 2009 czyli wycieczka na obcą ziemie
Piątek - z ciekawych rzeczy to Koza ze znajomymi zadzwonił ok 13 że utknęli na dworcu w Bratysławie i nie mają już żadnego transportu na festiwal. Więc ja i Monika w samochód i pędzimy po nich. Po drodze niestety był taki chyba z 15 km odcinek drogi szybkiego ruchu przez Węgry pomiędzy miejscem festiwalu a Bratysławą na który było trzeba mieć winietę, a my oczywiście jej nie mieliśmy. Jechaliśmy tym odcinkiem w sumie 4 razy i jak na razie mandat nie przyszedł! Pożyjemy zobaczymy ale jesteśmy pełni nadziei. Oczywiście błądziliśmy po stolicy Słowacji chyba z godzinę, ale jak już się znaleźliśmy to było ściskanie i wiele radości! Niestety przez to nie widziałem Calibana, ale mówi się trudno i żyje się dalej. Kilka godzin później udaliśmy się na koncerty i rozpoczęliśmy od kawałka Mastodona, który na żywo jest niesamowity i było mi strasznie żal z niego iść, nawet z tą świadomością że idę na Faith No More. Obiecałem sobie że jeszcze się na Mastodona wybiorę kiedyś jak będzie w pobliżu. FNM zgodnie z oczekiwaniami pozamiatało i jest wart naprawdę wielkich pieniędzy. Grali w sumie większość swoich hitów jak Easy, Just A Man (mój ukochany kawałek) i cover Lady Gagi! Ogólnie koncert był spokojny, ale Patton i tak poszalał momentami mocno ze swoim głosem. Z ciekawostek trzeba wspomnieć że w pewnym momencie jakiś fan wszedł na scenę podczas koncertu, chodził sobie koło kapeli, a jak zauważył go Mike to tak się śmiał że miał problemy przez chwilkę śpiewać. Po koncercie myślałem że nic lepszego nie może mnie spotkać i sam nie wiedziałem jak bardzo się mylę. 30 minut później na tą samą scenę wszedł Trent Reznor ze swoim Nine Inch Nails i urwał mi dupę przy kolanach! Już samo rozkładanie świateł i sprzętu na scenie robiło wrażenie. Zespół pojawił się na scenie znienacka i od razu ostro zagrał. Dużo grali z płyty Fragile, ale również był Hurt, Tha Hand That Feeds. Zespół był tak nagłośniony że brzmiał lepiej niż na płytach i chyba w życiu nie słyszałem lepiej zrobionego koncertu! Było słychać każdy najmniejszy dźwięk! Trent raz tak szalał na scenie że aż wpadł na perkusję i techniczni ją składali. Jakoś w połowie koncertu zaczął padać deszcz, a po mocnej godzinie nagle cała scen zgasła. Najpierw pomyślałem że im prąd dupnął, potem że tak specjalnie, ale niestety jak zobaczyłem kolesi z latarkami na scenie to zrozumiałem że jednak prąd i skończył się koncert. W między czasie rozlało się okropnie więc postanowiliśmy się schronić pod daszkiem przy stoisku z kawą i herbatą (marzyliśmy o czymś ciepłym). Ku naszemu zdziwieniu przyszła ochrona i wygoniła nas ponieważ zamykali strefę pod sceną. Mieli już koniec. Mocno nas to zdziwiło i w totalnej ulewie zmierzaliśmy pod drugą scenę na Metallicę. W czasie drogi tak zmokliśmy, że w końcu nie dotarliśmy na koncert, a że najbliżej było do namiotu to też tam się udaliśmy na imprezę. Pobawiliśmy się przy tych samych kawałkach co dnia poprzedniego jakoś do 3, wyschliśmy trochę i jak przestało padać to udaliśmy się spać.
Sobota - od rana niestety padało i było straszne błoto więc dużo odpuściliśmy sobie. Jakoś ok 15 udaliśmy się z Moniką do auta coś zjeść i zasnęło nam się przez co Killswich Engage widzieliśmy tylko od połowy. Nie było to na miarę dnia poprzedniego ale panowie mocno dali radę. Dutkiewicz był gwiazdą i kradł nawet show frontmanowi. W pewnym momencie nawet zadedykował piosenkę wszystkim kobietą i zdradził największy sekret wszystkich mężczyzn, czyli za co kochamy kobiety. Mianowicie za duże i tłuste piersi! i potem jakoś przez kilka minut pokazywał jak się nimi bawi i wydawał przy tym dźwięki. Było wesoło! Potem zostaliśmy na chwilę z ciekawości na Chickenfoot bo chciałem zobaczyć Satrianiego, jednak jakoś tak bez polotu było więc się zmyliśmy na drugą scenę na Kaiser Chiefs. Jakoś niestety po 4 kawałkach mocno nas znudziło to ich lalala i postanowiliśmy gdzieś spocząć aby odpocząć przed Placebo. Mocno się obawiałem że kapela z Brianem Molko odwali taką kiszkę jak na Heinekenie kilka lat temu, jednak mile się zaskoczyłem. Grali dużo hitów, ciekawe wizualizacje i było widać że sprawia im to przyjemność! Nawet Monika pochwaliła Placebo po występie i była zadowolona, a ona ich bardzo nie lubi. Po koncercie udaliśmy się sprać do samochodu bo mieliśmy w namiocie mokro po ulewie.
Niedziela - Tego dnia na reszcie przestało padać co nas niezwykle ucieszyło, ale niestety nie czekaliśmy jakoś specjalnie na jakiś koncert i tak bez większych oczekiwań byliśmy nastawieni na ten dzień. Zobaczyliśmy Bring Me The Horizon którzy dobrze łoili, ale niestety byli kiepsko nagłośnieni co najbardziej było słychać podczas bardziej melodyjnych kawałków, które niestety dalej pozostawały ścianą dźwięku. Po koncercie troszkę się pokręciliśmy, zrobiliśmy zakupy i takie tam i pod sceną pojawiliśmy się dopiero przed koncertem Trivium. Szkoda że chłopaki grali w większości kawałki z nowszych płyt na których brzmią jak wczesna Metallica, ale trudno. Wysłuchaliśmy, cieszyliśmy się jak dzieci jak grali starsze kawałki i ogólnie było dobrze. Następnie na scenie pojawił się Dimmu Borgir i chyba nikt nie miał wątpliwości skąd są Ci panowie. Pieszczochy na rękach, kupa żelastwa na ciele i mrok. Podczas koncertu siedzieliśmy troszkę dalej od sceny na karimacie, piliśmy piwko, jedliśmy ziemniaczki i podziwiali fajerwerki na scenie. Przyznam że bardzo miło mnie zaskoczyli. Jak to powiedziała Monika "taki melodyjny hałas" i bardzo się mi podobało. Następnie na scenie pojawił się Machine Head, którego twórczości nie znam kompletnie i znowu zostałem mile zaskoczony. Panowie kopali po zadach, głośno grali i melodyjnie, ale za równo szybko. Byłem bardzo zadowolony, chodź pod koniec troszkę znudzony. Dzień ostatni zapewnił mi rozrywki w sam raz.
Tak w sumie to po całym festiwalu mam mieszane uczucia. Z jednej strony świetna organizacja, ciepła woda pod prysznicami przez cały dzień i w miarę czyste kabiny, czyste ubikacje z papierem, świetnie dobrane kapele i dobre nagłośnienie. Z drugiej strony w piątkowy dzień upchnięte największe gwiazdy przez co nie zobaczyłem Mastodona, Slipknota i Metallici,tragiczni ludzie wiecznie nawaleni jak stodoła, sikający gdzie popadnie i ogólnie mający gdzieś muzykę, pole namiotowe wyglądające jak wysypisko śmieci, co niestety mocno psuło całą imprezę. Byłem, zobaczyłem i raczej na plus oceniam, ale jednak wolę się bawić w naszym kraju.
środa, 16 lipca 2008
#54 Heineken Open'er Festival 2008
Nie było gwiazd na miarę zeszłorocznego festiwalu i moim zdaniem najlepszego, ale też było przyjemnie. Zaczynając od samego początku to na miejscu byłem już w czwartek rano, bo tak przyjechaliśmy z moją dziewczyną. W ramach dodatkowego dnia urlopu i większej ilości spędzonego czasu razem.Czwartek:
Na sam początek zgrzyt. Dowiedzieliśmy się na dworcu, że autobusy festiwalowe działają dopiero od dnia następnego, więc musieliśmy zajechać normalną komunikacją miejską. Na miejscu kolejny zgrzyt bo okazało się że nie wpuszczają jeszcze na pole namiotowe i byliśmy zmuszeni siedzieć na trawie przy drodze jakąś godzinkę. Mówi się trudno i żyje dalej. Następnie szybkie rozłożenie namiotu i prysznic po podróży jeszcze w ciepłej wodzie i czystych kabinach prysznicowych. Resztę dnia spędziliśmy w Gdyni na spacerowaniu po sklepach i okolicy. Zaliczyliśmy dobry obiad zakupiliśmy butelkę wina i jakoś ok 19 udaliśmy się na plażę w celu obejrzenia romantycznego zachodu słońca i tu wałki dwa. Chcieliśmy troszkę schłodzić wino w morzu i straciliśmy je. Wstrętne, zdradzieckie i pełne glonów morze porwało nam butelkę, a słońce zamiast zachodzić do wody zaszło nad jakimiś chaszczami. Troszkę podłamani wróciliśmy na pole namiotowe, jakieś piwka w namiocie i spać.
Piątek:
w okolicach południa spotkanie reszty znajomych i przenosiny namiotu, żebyśmy wszyscy byli razem i ku memu zaskoczeniu zobaczyłem swoją kuzynkę! W ciągu dnia obiad, wypad do Gdyni i takie tam głupoty aż do koncertów. Na sam początek Muchy, które olałem bo już widziałem kiedyś i poszedłem na Mitch & Mitch Big Band i tak średnio mi spasowali. Szczerze powiem że nic specjalnego. Editors strasznie smętnie grali i jakoś z pięć kawałków posiedziałem, a potem wybrałem piwo zamiast ich. Jakoś w tym czasie spotkałem mojego dobrego kumpla Koze i zaczęliśmy się zaprawiać na koncert The Raconteurs, bo to był dla nas gwóźdz programu na piątek. W między czasie pojawiła się również moja dziewczyna i tym o to sposobem na koncert byliśmy zrobieni całkiem przyjemnie. Staliśmy jakoś w siódmym rzędzie od sceny i muszę przyznać że Jack White i jego ekipa dali świetny koncert. Grali po prostu starego dobrego rocka z kopem i byli świetni. Następnie udaliśmy się do czerwonego namiotu Malboro gdzie była imprezka z dj w klimatach ogólnie d'n'b i bardzo nam to pasowało. Potem powrót do namiotu i zabawa przez jakieś 30 min z Fisherspooner nad czym bardzo ubolewamy, bo impreza była niesamowita. Później jakoś znowu powrót do namiotu Malboro i tam już zostaliśmy do piątej rano.
Sobota:
Był to dla nas najkrótszy dzień. Najpierw Interpol na który troszkę liczyłem i chciałem zobaczyć i jakoś po pięciu kawałkach poszedłem na piwo i do namiotu na Cocorosie i Sex Pistols. Na tym pierwszym się troszkę zawiodłem, chodź grali naprawdę fajnie, ale spodziewałem się jakoś lepszego klimatu, więcej jakiejś magi. Jednak mieli świetnego bitboxera, który jak zrobił z pięć minutowe solo to opadły nam szczęki. Punkowi dziadkowie dalej żyją, nawet się ruszają i muszę powiedzieć że mi się podobało, chodź bardziej jako ciekawostka niż jako to że ich lubię. God save The Queen usłyszałem jednak już leżąc w swoim namiocie, ładnie się niosło.
Niedziela:
Co tu dużo mówić, był to najbardziej oczekiwany dzień przez nas. Najpierw Goldfrapp który smuty straszne grał i skończyło się na wycieczce na piwo. Następnie Massive Attack, które też smuty zapuszczało ale lubimy i świetnie się tego słuchało. Na koniec jak dla mnie największa gwiazda festiwalu, a nie tam jakiś Jay-Z czy inne jakieś duperele, czyli Chemical Brothers. To co zrobili Ci panowie nie da się opisać. Grali sobie set djski przeplatany swoimi kawałkami. Jak na samym początku zagrali galvanise to cały zgromadzony tłum normalnie zwariował ze szczęście. Potem było jeszcze min. star gitar, hey boys hey gilrs i do it again. Do tego wszystkiego niesamowite wizualizacje i mnie osobiście mocno panowie wbili w posadzkę. Jak skończyli grać to była jakoś trzecia w nocy i było trzeba się bawić dalej więc udaliśmy się do już dobrze nam znanego czerwonego namiotu. Impreza trwała jakoś do piątej i musieliśmy się udać do przyczepy chyba kinder bueno na końcowe wycienczenie organizmu. Potem już tylko został nam prysznic i zbieranie się na pociąg.
Podsumowując, w tym roku był znacznie słabszy program niż w zeszłym roku a i tak bawiłem się naprawdę świetnie. Jedynym minusem był straszny tłok wszędzie i kolejki i przeokropnie drogie jedzenie na miasteczku festiwalowym, ale to już standard jest. Pewnie w przyszłym roku też pojadę i dziękuje pewnej pani że wytrzymała tam ze mną.