Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 września 2014

#348 Niewidzialna wystawa


Jakbyście się poczuli gdyby nagle zgasło światło i zapanowała kompletna, wszechogarniająca ciemność? Nie taka, do której po pewnym czasie przyzwyczaja się wzrok i coś zaczyna być widać. Lecz taka w pełni uniemożliwiająca korzystanie ze zmysłu wzroku. Ja na początku czułem się zagubiony i ciągle miałem uczucie, że coś uderzy mnie zaraz w głowę. Co ciekawe o inne części ciała się nie bałem. Jednak równocześnie zacząłem bardziej zwracać uwagę na temperaturę, zapach i przede wszystkim wszelkie dźwięki, a pojęcie czasu przestało dla mnie istnieć (na co zwróciła mi uwagę moja ukochana). Tego wszystkiego doświadczyłem dzięki Niewidzialnej Wystawie. Ma ona na celu pokazać zwiedzającym świat z punktu widzenia osoby niewidomej lub niedowidzącej. Przez godzinę mamy możliwość poczuć się jak oni w zwykłym codziennym życiu. Gdy przebywają w swoim mieszkaniu, korzystają z rozrywek, przemieszczają się po mieście lub mają dzień wolny. Wszystko to oczywiście w specjalnie przygotowanych miejscach, w których nie może się stać nic zwiedzającym (mimo wszystko i tak ciągle czekałem na tajemniczy cios w głowę).

Wystawa jest genialna i każdy z nas powinien na nią pójść. Żadna pogadanka, lektura, czy film nie nauczą nas tak dużo o życiu ludzi niewidomych jak sytuacja kiedy sami na chwilę wchodzimy w ich skórę. Dzięki temu może każdy z nas stanie się bardziej wrażliwy na ich potrzeby. Następnym razem gdy spotkamy się z taką osobą na skrzyżowaniu lub w tramwaju to będziemy mieli odwagę zapytać: "Czy nie potrzebuje Pan/i pomocy?", a potem jeśli będzie taka potrzeba to udzielimy jej prawidłowo. Bo niestety wielu z nas robi to niewłaściwie i zapewne nie wynika to z braku dobrych chęci, ale niedostatecznej wiedzy. Bardzo podobało mi się również to, że samym przewodnikiem po wystawie jest osoba niewidoma, która bardzo szybko skraca dystans ze zwiedzającymi. Dzięki temu na sam koniec, kiedy jest czas na zadawanie pytań, jakoś śmielej jest pytać o mogłoby się wydawać dziwne lub głupie rzeczy, a on szczerze na nie odpowiada.

Ja osobiście jestem pod olbrzymim wrażeniem całego przedsięwzięcia. Od strony technicznej jest to majstersztyk. Podczas spaceru czujemy się jakbyśmy naprawdę byli na zewnątrz i uczestniczyli w prawdziwym spacerze ulicami lub w innych miejscach mniej lub bardziej publicznych. Zmienia się podłoże po którym się poruszamy, temperatura, a nawet czasem coś na nas kapie. W odróżnieniu od wszelkich innych wystaw, tą zwiedza się całym sobą, a jej moc oddziaływania jest naprawdę wielka. Jednak to wszystko nic w porównaniu do tego jak bardzo działa to na naszą świadomość i empatię w stosunku do ludzi pozbawionych wzroku. Myślę, że ja już nie będę się czuł skrępowany w ich obecności i następnym razem zaproponuję pomoc. Może to trochę naiwne odczucie, ale tak właśnie czuję. Biegnijcie bo naprawdę warto.

czwartek, 28 sierpnia 2014

#343 Lost Souls Alley - czyli jak cykor przeżył koszmar

Jestem osobą, która raczej nie ogląda horrorów, bo najnormalniej na świecie się na nich po prostu boję. Jako nastolatek mogłem oglądać wiele, jednak z czasem to wszystko zaczęło do mnie wracać - zazwyczaj, gdy jestem sam w nocy na ulicy lub w ciemnej piwnicy i nie są to raczej przyjemne chwile. Teraz boję się nawet grając w Skyrim biegając po jaskiniach, nerwowo wyczekując na coś wyskakującego z za rogu. Macie więc pełen obraz tego jak wielkim cykorem jestem. Jednak mając na uwadze odwiedziny mojego nastoletniego siostrzeńca poszukiwałem dla niego jakiś rozrywek w Krakowie. Przyznam średnio mi z tym szło. Znacznie lepsza okazała się moja konkubina, która natrafiła na Lost Souls Alley umiejscowione na ul. Floriańskiej 6, czyli w samym centrum miasta nieopodal rynku.

Jeśli kiedykolwiek ktoś z was zastanawiał się podczas seansu jakiegoś strasznego filmu dlaczego te durne nastolatki podczas ucieczki przed mordercą zawsze biegną na piętro, zamiast  przez najbliższe drzwi na zewnątrz budynku to tam może poznać odpowiedź. Jeśli ktoś cię goni, to biegniesz jak najdalej od niego, nie ważne gdzie. Ważne aby biec jak najszybciej i to świetnie czuć w tym domu strachu. Niby wchodząc tam miałem świadomość, że nic złego nie może mi się stać, a i tak byłem przerażony i po całej imprezie trzęsły mi się dłonie jak staremu alkoholikowi o poranku. Wchodząc lub wbiegając w popłochu do każdego kolejnego pomieszczenia analizowaliśmy sobie z moim siostrzeńcem co może nas zaraz spotkać. Każdy z pokoi jest tematyczny i nawiązuje do jakiegoś filmu lub innej klasyki strachu, więc dość łatwo jest przewidzieć co nas czeka, a i tak jak coś się pojawiało to krzyczeliśmy ze strachu. Film poniżej wspaniale obrazuje reakcje ludzi na to co ich spotkało i ja zachowywałem się mniej więcej tak samo.


Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem jak przy pomocy dość skromnych środków, ale dzięki świetnym pomysłom można w kontrolowanych warunkach urządzić komuś piekło z życia i doprowadzić do zawału serca. Cała zabawa opiera się na naszych najbardziej podstawowych lękach oraz tym co już dobrze znamy z popkultury. Z jednej strony uczestnik, albo lepiej - ochotnik, boi się tak oklepanych elementów jak sztuczna głowa leżąca gdzieś w rogu, albo nagle spadająca kukła z sufitu. Z drugiej jednak strony jest mnóstwo nawiązań do popkultury z biegnącym za tobą szalonym mordercą włącznie. Jednak najlepszym zagraniem ze strony twórców jest dawanie uczestnikom tylko jednej latarki na całą grupę. To świetnie buduje klimat, zapewne tuszuje wszelkie niedociągnięcia i sprawia, że cała zabawa jest tak dobra. A w większych grupach bardzo współczuję osobie która idzie ostatnia, chyba umarłbym ze strachu na jej miejscu.

Całość można śmiało podsumować jako ciekawą alternatywę na spędzenie wolnego czasu i świetną zabawę dla wszystkich twardzieli, którzy lubią się bać. Wszystko w tym miejscu bardzo dobrze ze sobą współgra i nawet kiczowate zagrania na samym początku mają swój klimat. Potem niestety jest już tylko straszniej, uwierzcie mi na słowo będziecie się bać. Nawet jeśli myślisz, że wiesz czego się spodziewać to i tak nic to nie da. Kiedy staniesz twarzą w twarz ze źródłem strachu nagle jakimś dziwnym trafem człowiek zapomina, że to przecież tylko zabawa i myśli tylko o ucieczce.

PS. Wszystkie materiały pochodzą ze strony Lost Souls Alley oraz ich funpage na FB. Tekst w żaden sposób nie jest sponsorowany. Po prostu uważam, że o dobrych rzeczach należy pisać i polecać dalej.

sobota, 7 czerwca 2014

#324 Dziwnym nie jest, czyli Wilq x2!

10 maja w krakowskim sklepie Fankomiks na ul. Batorego 2 odbyła się premiera dwudziestego numeru Wilq z udziałem jego autorów czyli: Bartoszem i Tomaszem Minkiewiczami. Oczywiście nie mogłem sobie odmówić przyjemności i pojawiłem się na spotkaniu. Na samym początku pozytywne, pierwsze wrażenie zrobił na mnie już sklep, w którym wszystko się odbywało. Duże przestronne miejsce zaopatrzone we wszelkie nowości oraz starocie w dziale antykwarycznym. Poza tym książki fantasy i planszówki, co jest ciekawym uzupełnieniem samych komiksów. Od razu po wejściu do sklepu udaliśmy się do kasy po swój egzemplarz komiksu oraz plakat, a potem już na spotkanie z autorami, które było umiejscowione w sali wgłębi sklepu. Tutaj mała dygresja, muszę się przyznać, że takie spotkania zawsze bardzo mnie onieśmielają. Niby to nic wielkiego, ale należę do tego grona fanów, którzy potrafią tylko powiedzieć ewentualnie co chcą na dedykacji i tyle. Denerwuje mnie to, ale co zrobić? Taki buc ze mnie. Z powyższego powodu, samo spotkanie było dość krótkie dla mnie. Otrzymałem rysunek z autografami wpisany w komiks i na plakat oraz zrobiłem sobie kilka zdjęć prezentowanych poniżej. Sami autorzy z kolei to bardzo mili panowie, chętnie udzielający odpowiedzi na wszelkie pytania i żartujący cały czas dla umilenia czasu.


[gallery columns="5" link="file" ids="3111,3113,3115,3112,3114"]

Drugim powodem do napisania tego posta jest dzisiejsza premiera Wilq Negocjator, czyli krótkometrażówki z przygodami naszego ulubionego superbohatera. Seanse odbędą się w następujących miejscach:




  • Lublin - Browar Perła

  • Warszawa - Patio Kredytowa 9

  • Warszawa - Park Skaryszewski

  • Łódź – DOM, OFF Piotrkowska

  • Kraków – BAL na Zabłociu

  • Toruń – Arsenał

  • Chałupy - Surf Messa

  • Mikołajki - Sun Port

  • Puławy - Port Marina

  • Opole – LABA na Wyspie Bolko

  • Katowice – Bavitto

  • Zwierzyniec – Browar Zwierzyniec

  • Bydgoszcz - plac DM Drukarnia


Ja wybieram się do krakowskiego BAL-u. Jakby ktoś z was też się pojawił i miał ochotę chwilę porozmawiać to zapraszam. Poza samym Wilq będą również pokazane inne polskie animacje więc zapowiada się ciekawy wieczór.

czwartek, 24 stycznia 2013

#195 Blog roku - ślemy smsy

blogroku-logoRuszył dalszy etap na blog roku. Tym razem ślemy sms na numer 7122, w treści proszę wpisać E00167. Koszt takiej zabawy to 1.23 zł jednak nie martwcie się, cały dochód idzie na integracyjno – rehabilitacyjne obozy dla dzieci z ubogich rodzin i dzieci niepełnosprawnych. Więc z jednej strony sponsorujecie szczytny cel, z drugiej sprawiacie mi wielką przyjemność wysłaną każdą wiadomością. Tutaj jest dokładniej wszystko opisane, jakby mi kto nie wierzył i sam chciał sprawdzić.

sobota, 5 stycznia 2013

#189 Blog Roku 2012

blogroku-logoOd jakiegoś czasu zastanawiam się co można ciekawego jeszcze zrobić z tym blogiem? Kilka pomysłów już mam i są powoli realizowane, ale teraz postanowiłem spróbować swych sił w konkursie na Blog Roku 2012. Nie łudzę się, że wygram. Chodź z drugiej strony byłoby miło. Bardziej patrzę na to jak na sposób dotarcia do nowych czytelników. Z racji tego, że głównie piszę o bardzo niszowej dziedzinie jaką jest komiks w naszym pięknym kraju, może to być dobre posunięcie. Wszystko można sprawdzić TUTAJ, lub klikając na button po prawej stronie. W dniu 24.01.2013 o godzinie 12:00 zakończy się etap zgłaszania blogów. Natomiast o godzinie 15:00 rozpocznie się etap głosowania. Jeśli ktoś z was będzie miał ochotę zagłosować, to zapraszam. Ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że każdy głos sprawi mi wiele radości.

czwartek, 8 października 2009

#108 po MFK

W końcu udało się pojechać na pierwszy w moim życiu festiwal komiksowy. Decyzja zapadła jakiś czas temu, chodź sama realizacja planu była już spontaniczna, jak na wariackich papierach i nie byłbym sobą, gdybym nie pozwolił zaplanować całego wyjazdu Monice. Czasem dochodzę do wniosku że bez niej bym zginął.

Jakoś tak wyszło, głównie z powodu pracy. że do Łodzi przyjechaliśmy dopiero ok. 22 w piątek po ponad pięciu godzinach drogi. Zanim dostaliśmy się do hostelu ok. 23, ponieważ wsiedliśmy w zły tramwaj i było trzeba przejść spory kawałek, to na dzień dobry dostaliśmy opieprz od portiera. Zrzędził że mieliśmy być ok. 22, nie omieszkał powiadomić jaki jest dla nas dobry bo pokój mógł już zostać kilka razy wynajęty i również poskarżył się że w Krakowie raz go nie wpuścili do pokoju bo też przyszedł tak późno. Jednak najzabawniejsze było to jak podczas tego całego marudzenia cały czas wydawał nam pościel i wszystko co się wtedy wydaje. Mieliśmy jeszcze plany pójść na jakąś imprezę w Łodzi, nawet sprawdziliśmy wcześniej w jakiej knajpie i gdzie jest jakaś dobra impreza, ale byliśmy tak zmęczeni podróżą, że tylko wzięliśmy prysznic, chwilkę poczytali i poszli spać, aby następnego dnia wstać wcześniej i biec na giełdę komiksów.

W sobotę od samego rana pośpieszałem Monikę, aby być jak najszybciej na giełdzie, gdyż Kultura Gniewu zapowiedziała na swym blogu pojawienie się z kilkoma kartonami ich lekko uszkodzonych komiksów w znacznie niższych cenach, więc chciałem uzupełnić zaległości. Niestety gdy dotarłem na miejsce moja szybko wypatrzona „Niczym Aksamitna Rękawica Odlana z Żelaza” była już odłożona przez kogoś innego. Nie zrażając się tym obeszliśmy z Moniką całą giełdę w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Kupiliśmy sporo nowości, moja połówka wypatrzyła dwa nieme komiksy Lewisa Trondheim’a, które nie omieszkała kupić. Można powiedzieć że już na samym początku wyjazdu pozbyliśmy się prawie całych pieniędzy. Następnym etapem wyprawy było poznanie Konrada z Motywu Drogi, którego jakoś przypadkiem wypatrzyłem przy wejściu. Ku mojemu zaskoczeniu okazał się w pełni normalnym gościem, który spędził z nami dużą część dnia, pokazał nam wiele osób z tzw. światka komiksowego i sprezentował nawet dwa piny z wzorem motywu drogi. Kolejnym punktem wyprawie było znalezienie Łukasza z tej same strony, gdyż z nim był związany mały konkurs ogłoszony przez stronę podaną powyżej. Mianowicie było trzeba się do niego zgłosić z egzemplarzem „karton” (komiksowe pisemko w klimacie cartoon) i dowolnym kartonem, aby wymienić swój egzemplarz pisma na jego z dodatkowymi gadżetami w postaci kilku kart przedstawiających postacie z pisemka. W tym celu uzyskałem od dwóch miłych panów portierów wielki typowy karton, który sprytnie ukryłem za stoiskiem Kultury Gniewu dzięki czemu nie musiałem z nim ciągle chodzić. Niestety Łukasza znalazłem za późno i nie udała się wymiana kartonami. Po tym wszystkim okazało się że w sumie nie ma co robić na festiwalu. Na prelekcje nie chciało nam się jeszcze iść, stoiska już wszystkie pooglądaliśmy, wszelkie nowości i takie tam. Na szczęście pojawił się Konrad z propozycją abyśmy poszli z nim na spotkanie z autorami Jeża Jerzego, które będzie prowadził w Manufakturze. Z chęcią poszliśmy, przy okazji zwiedzając troszkę Łódź. Manufaktura okazała się olbrzymim centrum handlowym w którym mieliśmy problem się odnaleźć. W końcu gdy udało się nam zlokalizować Empik i zmierzaliśmy w jego kierunku spotkaliśmy Tomka Leśniana (rysownika Jeża), poznaliśmy się i pogadali troszkę po drodze. W samym empiku było dość śmiesznie ponieważ najpierw wzięto mnie za osobę prowadzącą spotkanie, gdy przyszedłem na miejsce razem z Konradem, Tomkiem i Moniką. Następnie zorientowałem się że wszedłem do sklepu z torbą wypchaną komiksami, na które nie mam żadnego rachunku, ani nie zgłosiłem tego ochronie. Jednak z racji tego że zostałem wzięty za osobę prowadzącą to jeden z pracowników Empiku zszedł ze mną do ochrony wyjaśnić całą sprawę. Gdy zobaczyli ile tego jest doszli do wniosku że nie chce im się tego stemplować i odesłali mnie z tekstem:

„proszę cały czas trzymać torbę blisko siebie i wszystko będzie ok.”.

Odnosząc komiksy na zaplecze wpadłem akurat na moment omawiania jak ma przebiegać samo spotkanie i zostałem wzięty tym razem przez pracownika Empiku za drugiego twórcę komiksu! Więc znowu grzecznie wytłumaczyłem że jestem tylko do towarzystwa i tyle. Kilka chwil przed samym spotkanie okazało się że w całym sklepie nie ma ani jednego egzemplarza najnowszego numeru Jeża poza moim, więc Tomek poprosił mnie żebym go udostępnił na chwilkę, za co w zamian dostałem rysunek oraz autografy! Co do samego spotkania to muszę przyznać że było bardzo miło, acz kameralnie. Konrad był dobrze przygotowany, przez co zadawał ciekawe pytania. Jednakże pod względem frekwencji wyszło to strasznie. Przez chyba połowę spotkania goście opowiadali o swojej pracy mi i Monice! Było mi ich naprawdę żal, jednak na szczęście później się okazało, że podczas właściwego spotkania na terenie festiwalu było znacznie więcej ludzi. Popołudniu starałem się zdobyć autograf Rosińskiego dla mojego przyjaciela, lecz nie udało się, a ten gbur gdy szedł na swoje miejsce to potrącił mnie i słyszałem jak mówił:

„ah tyle ich jest? Nie będę dawał więcej autografów niż 30”

a że ja byłem troszkę daleko w kolejce to poszliśmy na obiad razem z Konradem. Później na chwilkę do pokoju odpocząć przed wieczorną imprezą oraz rozdaniem nagród. Co do samego rozdania to trzeba powiedzieć, że było kiepsko. Z racji tego że był to jubileuszowy 20 festiwal to każdy dziękował każdemu i wyglądało to jak głaskanie się towarzystwa wzajemnej adoracji. Zmieniło się to dopiero gdy wręczano nagrody za najlepsze komiksy i dla wydawnictwa. Najlepszym wydawnictwem została Kultura Gniewu, a gwiazdą wieczoru został Bartosz Sztybor, który odbierał aż trzy nagrody i to w wielkim stylu co można zobaczyć na tym skrócie, który gorąco polecam. Sama impreza okazała się standing party, z podziałem na strefę tych lepszych i gorszych. Jakoś nie mogliśmy się z Moniką odnaleźć więc postanowiliśmy się ulotnić. Jednak, jakby tak specjalnie, cały czas koło nas kręcił się Daniel Chmielewski autor „Zostawiając powidok wibrującej czerni” jak dla mnie jeden z najlepszych komiksów ostatniego czasu. Więc podchodzę do niego i proszę o autograf, a On odpowiada mi że z wielką przyjemnością, ale czy mógłby na chwilkę poczekać ponieważ właśnie teraz jego znajomy bierze udział w konkursie na miss festiwalu i chciałby w tym uczestniczyć. Odpowiedziałem że nie ma problemu i tak sobie czekam, aż kolega Daniela skończył rysować i ku memu wielkiemu zdziwieniu Daniel zamiast przyjść do mnie to poszedł sobie do znajomych plotkować. Zdenerwowałem się że czekam na niego jak buc i powiedziałem Monice że wychodzimy. Poszliśmy się jeszcze pożegnać z Konradem, a tam stoi KRL z przepiękną małżonką (cud kobieta!!!). Tak sobie pomyślałem, spróbuję poprosić ostatni raz autograf, jak się nie uda to obrażam się na każdego i już nigdy o żaden nie poproszę (tak wiem sposób myślenia jak u dziesięciolatka). Więc zagadałem, w odpowiedzi usłyszałem czy może będę w niedzielę, bo teraz impreza i takie tam, ale że niestety nie było mnie już następnego dnia to KRL się zgodził z wielkim uśmiechem! Poszliśmy troszkę na ubocze, KRL prowadzi ale wyglądało to jakby uciekał, albo strasznie się wstydził. W końcu zaczyna rysować, a tu pojawia się Daniel Chmielewski i stoi koło nas. W tym momencie KRL pyta:

KRL: co też chcesz autograf?
D. Ch.: Nie, ja przyszedłem do tego pana bo on chyba chciał autograf ode mnie (i wskazuje na mnie)
KRL: (z uśmiechem na twarzy i udawanym oburzeniem w głosie) To znaczy że nie chcesz ode mnie autografu?!

Ja w tym czasie wyjąłem Powidok i Daniel przystąpił do tworzenia! Chwilkę porozmawiałem z obydwoma panami, dostałem bardzo piękne dwa rysunki, cieszyłem się jak dziecko, a Daniel uratował moją wiarę w dobro ludzi. Po tym wszystkim udaliśmy się z Moniką do hostelu i oddaliśmy się czytaniu.

Niedzielne do południe spędziliśmy na spacerze po Łodzi, szukaniu jakiejś knajpy otwartej gdzie można by zjeść obiad. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że w centrum miasta przed godziną 12 nie ma otwartego żadnego sklepu spożywczego ani knajpy w której można by coś przekąsić. Jak tu się potem dziwić, że wszyscy siedzą w tej głupiej Manufakturze (chodź muszę przyznać, że z zewnątrz wygląda naprawdę świetnie). Do Krakowa wracaliśmy pociągiem abym mógł czytać i udało mi się przeczytać większość nowości które kupiłem. Jak na razie „Łauma” KRL pozostaje najlepszym komiksem jaki kupiłem oraz jeden z najlepszych jaki czytałem przez ostatnich kilku miesięcy! Pewnie jeszcze coś o tym napiszę za kilka dni.

Tak mniej więcej wyglądał mój pierwszy wypad na imprezę komiksową. Wielkie podziękowania należą się Konradowi za zagospodarowanie czasu, Twórcom za ich komiksy,rysunki oraz autografy. Na części z grami w ogóle się nie pojawiłem, jakoś nie chciało nam się, nie dotarliśmy również na wystawy festiwalowe, czego żałuję, ale i tak było świetnie. Może za rok znowu się pojawimy.

ps. Teksty, które cytuję nie są dosłownymi cytatami, tak po prostu to wszystko pamiętam.

środa, 24 czerwca 2009

#101 NOVAROCK 2009 czyli wycieczka na obcą ziemie

Cała przygoda rozpoczęła się w czwartek z rana. Jakoś ok 7.30 byłem u Moniki. Zrobiliśmy kanapki, prysznic i takie tam i ok 9 jechaliśmy po Adama. Po drodze stacja benzynowa i zorientowaliśmy się że Monika zapomniała telefonu, więc wracamy. Wyposażeni już we wszystko jedziemy po znajomego, pakujemy go i zorientowaliśmy się że brakuje jeszcze swetra. No to znowu do Moniki, ale było po drodze więc spoko. Gdzieś w Skawinie wymienialiśmy koło u mechanika bo wymagało tego przed podróżą i do Cieszyna. W domu zjedliśmy obiad, chwilkę pogadałem z rodzicami i pojechaliśmy dalej. Cała podróż wyglądała mniej więcej tak: Kraków-Cieszyn-Czeski Cieszyn-Brno(chyba)-Bratysława-Nickelsdorf i dopiero przed ostatnim przystankiem się pomyliliśmy, ale od razu się zorientowaliśmy i zawrócili. Na miejscu byliśmy jakoś ok 20. Zamieniliśmy bilety na opaski, rozbiliśmy namiot, wzięliśmy ciepły prysznic (bardzo miła niespodzianka) i poszliśmy zwiedzać miasteczko. Trafiliśmy do Party Zone gdzie dwóch Djów urządziło rockotekę, która nam spasowała. Niestety nie wiedzieliśmy że kolesie przez cztery dni mają ten sam repertuar! Jakoś między pierwszą a drugą poszliśmy spać.

Piątek - z ciekawych rzeczy to Koza ze znajomymi zadzwonił ok 13 że utknęli na dworcu w Bratysławie i nie mają już żadnego transportu na festiwal. Więc ja i Monika w samochód i pędzimy po nich. Po drodze niestety był taki chyba z 15 km odcinek drogi szybkiego ruchu przez Węgry pomiędzy miejscem festiwalu a Bratysławą na który było trzeba mieć winietę, a my oczywiście jej nie mieliśmy. Jechaliśmy tym odcinkiem w sumie 4 razy i jak na razie mandat nie przyszedł! Pożyjemy zobaczymy ale jesteśmy pełni nadziei. Oczywiście błądziliśmy po stolicy Słowacji chyba z godzinę, ale jak już się znaleźliśmy to było ściskanie i wiele radości! Niestety przez to nie widziałem Calibana, ale mówi się trudno i żyje się dalej. Kilka godzin później udaliśmy się na koncerty i rozpoczęliśmy od kawałka Mastodona, który na żywo jest niesamowity i było mi strasznie żal z niego iść, nawet z tą świadomością że idę na Faith No More. Obiecałem sobie że jeszcze się na Mastodona wybiorę kiedyś jak będzie w pobliżu. FNM zgodnie z oczekiwaniami pozamiatało i jest wart naprawdę wielkich pieniędzy. Grali w sumie większość swoich hitów jak Easy, Just A Man (mój ukochany kawałek) i cover Lady Gagi! Ogólnie koncert był spokojny, ale Patton i tak poszalał momentami mocno ze swoim głosem. Z ciekawostek trzeba wspomnieć że w pewnym momencie jakiś fan wszedł na scenę podczas koncertu, chodził sobie koło kapeli, a jak zauważył go Mike to tak się śmiał że miał problemy przez chwilkę śpiewać. Po koncercie myślałem że nic lepszego nie może mnie spotkać i sam nie wiedziałem jak bardzo się mylę. 30 minut później na tą samą scenę wszedł Trent Reznor ze swoim Nine Inch Nails i urwał mi dupę przy kolanach! Już samo rozkładanie świateł i sprzętu na scenie robiło wrażenie. Zespół pojawił się na scenie znienacka i od razu ostro zagrał. Dużo grali z płyty Fragile, ale również był Hurt, Tha Hand That Feeds. Zespół był tak nagłośniony że brzmiał lepiej niż na płytach i chyba w życiu nie słyszałem lepiej zrobionego koncertu! Było słychać każdy najmniejszy dźwięk! Trent raz tak szalał na scenie że aż wpadł na perkusję i techniczni ją składali. Jakoś w połowie koncertu zaczął padać deszcz, a po mocnej godzinie nagle cała scen zgasła. Najpierw pomyślałem że im prąd dupnął, potem że tak specjalnie, ale niestety jak zobaczyłem kolesi z latarkami na scenie to zrozumiałem że jednak prąd i skończył się koncert. W między czasie rozlało się okropnie więc postanowiliśmy się schronić pod daszkiem przy stoisku z kawą i herbatą (marzyliśmy o czymś ciepłym). Ku naszemu zdziwieniu przyszła ochrona i wygoniła nas ponieważ zamykali strefę pod sceną. Mieli już koniec. Mocno nas to zdziwiło i w totalnej ulewie zmierzaliśmy pod drugą scenę na Metallicę. W czasie drogi tak zmokliśmy, że w końcu nie dotarliśmy na koncert, a że najbliżej było do namiotu to też tam się udaliśmy na imprezę. Pobawiliśmy się przy tych samych kawałkach co dnia poprzedniego jakoś do 3, wyschliśmy trochę i jak przestało padać to udaliśmy się spać.


Sobota - od rana niestety padało i było straszne błoto więc dużo odpuściliśmy sobie. Jakoś ok 15 udaliśmy się z Moniką do auta coś zjeść i zasnęło nam się przez co Killswich Engage widzieliśmy tylko od połowy. Nie było to na miarę dnia poprzedniego ale panowie mocno dali radę. Dutkiewicz był gwiazdą i kradł nawet show frontmanowi. W pewnym momencie nawet zadedykował piosenkę wszystkim kobietą i zdradził największy sekret wszystkich mężczyzn, czyli za co kochamy kobiety. Mianowicie za duże i tłuste piersi! i potem jakoś przez kilka minut pokazywał jak się nimi bawi i wydawał przy tym dźwięki. Było wesoło! Potem zostaliśmy na chwilę z ciekawości na Chickenfoot bo chciałem zobaczyć Satrianiego, jednak jakoś tak bez polotu było więc się zmyliśmy na drugą scenę na Kaiser Chiefs. Jakoś niestety po 4 kawałkach mocno nas znudziło to ich lalala i postanowiliśmy gdzieś spocząć aby odpocząć przed Placebo. Mocno się obawiałem że kapela z Brianem Molko odwali taką kiszkę jak na Heinekenie kilka lat temu, jednak mile się zaskoczyłem. Grali dużo hitów, ciekawe wizualizacje i było widać że sprawia im to przyjemność! Nawet Monika pochwaliła Placebo po występie i była zadowolona, a ona ich bardzo nie lubi. Po koncercie udaliśmy się sprać do samochodu bo mieliśmy w namiocie mokro po ulewie.

Niedziela - Tego dnia na reszcie przestało padać co nas niezwykle ucieszyło, ale niestety nie czekaliśmy jakoś specjalnie na jakiś koncert i tak bez większych oczekiwań byliśmy nastawieni na ten dzień. Zobaczyliśmy Bring Me The Horizon którzy dobrze łoili, ale niestety byli kiepsko nagłośnieni co najbardziej było słychać podczas bardziej melodyjnych kawałków, które niestety dalej pozostawały ścianą dźwięku. Po koncercie troszkę się pokręciliśmy, zrobiliśmy zakupy i takie tam i pod sceną pojawiliśmy się dopiero przed koncertem Trivium. Szkoda że chłopaki grali w większości kawałki z nowszych płyt na których brzmią jak wczesna Metallica, ale trudno. Wysłuchaliśmy, cieszyliśmy się jak dzieci jak grali starsze kawałki i ogólnie było dobrze. Następnie na scenie pojawił się Dimmu Borgir i chyba nikt nie miał wątpliwości skąd są Ci panowie. Pieszczochy na rękach, kupa żelastwa na ciele i mrok. Podczas koncertu siedzieliśmy troszkę dalej od sceny na karimacie, piliśmy piwko, jedliśmy ziemniaczki i podziwiali fajerwerki na scenie. Przyznam że bardzo miło mnie zaskoczyli. Jak to powiedziała Monika "taki melodyjny hałas" i bardzo się mi podobało. Następnie na scenie pojawił się Machine Head, którego twórczości nie znam kompletnie i znowu zostałem mile zaskoczony. Panowie kopali po zadach, głośno grali i melodyjnie, ale za równo szybko. Byłem bardzo zadowolony, chodź pod koniec troszkę znudzony. Dzień ostatni zapewnił mi rozrywki w sam raz.

Tak w sumie to po całym festiwalu mam mieszane uczucia. Z jednej strony świetna organizacja, ciepła woda pod prysznicami przez cały dzień i w miarę czyste kabiny, czyste ubikacje z papierem, świetnie dobrane kapele i dobre nagłośnienie. Z drugiej strony w piątkowy dzień upchnięte największe gwiazdy przez co nie zobaczyłem Mastodona, Slipknota i Metallici,tragiczni ludzie wiecznie nawaleni jak stodoła, sikający gdzie popadnie i ogólnie mający gdzieś muzykę, pole namiotowe wyglądające jak wysypisko śmieci, co niestety mocno psuło całą imprezę. Byłem, zobaczyłem i raczej na plus oceniam, ale jednak wolę się bawić w naszym kraju.

sobota, 13 grudnia 2008

#77 ble ble ble

Dziś oddałem indeks! Mocno po wszelkich terminach, ale w końcu. Wszystko zaczęło się od mojego wczorajszego spotkania z promotorem, ponieważ przyniosłem mu moje dwa pierwsze rozdziały magisterki. Spojrzał na nie, powiedział że przeczyta i zaprasza po świętach na konsultacje. Przy okazji dał mi ostatni wpis i pożegnaliśmy się. Ja, nie spodziewający się niczego, udałem się do dziekanatu oddać indeks i zastała mnie niespodzianka. Mianowicie pani w dziekanacie uprzejmie powiadomiła mnie że powinienem otrzymać już poczta pismo o skreśleniu mnie z listy studentów. Z racji tego, przy pomocy tej samej pani, od razu napisałem pismo do dziekana z prośbą o wstrzymanie tej decyzji, drugie pismo o przedłożenie terminu składania indeksu i kolejne o przedłożenie terminu składania pracy magisterskiej, bo termin kończy mi się z końcem grudnia. W między czasie szybka wycieczka do kasy i opłacenie wymaganej opłaty i ponowne spotkanie z promotorem w celu zmienienia daty wpisy z grudnia na wrzesień. Z kompletem pism udałem się znowu do dziekanatu i tam powiadomili mnie że aby moc złożyć pismo dotyczące przedłożenia terminu składania mgr, muszę otrzymać najpierw poparcie na piśmie od promotora. Wiec trzecia wizyta u mojego wybawcy i prośba o pisemko. Ku mojemu zdziwieniu Pan napisał co trzeba i dowiedziałem się z tego że napisałem już 60% pracy. Bardzo mnie to zdziwiło, ale co tam. Udało się w końcu oddać wszystko. Jednak aby moc zdać indeks w dziekanacie, musiałem jeszcze się udać do Jagiellonki i wybić pieczątkę. To już załatwiłem od ręki i bez zbędnych niespodzianek. Dziś szczęśliwie złożyłem indeks, jednak nadal nie wiem czy rektor pozytywnie rozpatrzył moje prośby. Dowiem się jakoś przed świętami, ale myślę że będzie ok.


A teraz coś z innej beczki! Bylem w czwartek z Monika na koncercie Fisza i Emade promującym najnowsza ich płytę pt Heavy Metal. Jak to ujęła moja towarzyszka "ten koncert można uznać za wydarzenie kulturalne" i to jest najlepszy opis tego występu. Na początku jak to zawsze bywa na takich imprezach ludzie stali, bawili się i słuchali muzy. Później jednak zrobiła się jakaś taka mila atmosfera jak na jakiejś wystawie, lub bankiecie. Publika spacerowała, rozmawiała, a w tle grała jakaś kapela. Było naprawdę świetnie. Co do samej płyty to powiem tylko tyle że jest świetna. Inteligentne i ciekawe teksty, świetna muzyka i jakaś taka wyprawa w naszą młodość. Wspomnienia pierwszej miłości, szkoły i heavy metalu. Ja osobiście słucham płytki na okrągło i nawet powróciłem do poprzednich ich płyt. Znowu słucham hip hopu, na szczęście takiego troszkę innego.

sobota, 25 października 2008

#69 Anathema


Jakoś od samego początku coś szło nie tak z tym koncertem i chyba niestety tak zostało do końca. Najpierw nigdzie nie mogłem kupić biletów. W jeden dzień poszedłem do Empika to mieli awarię. Następnego dnia poszedłem do Music Cornera i też mieli awarię. Jednak w tym drugim sklepie polecili mi jeszcze jakiś inny. Zachodzę, pytam a oni mi mówią że to jakaś inna agencja organizuje i że nie mają takich biletów. W zaistniałej sytuacji poszedłem po rozum do głowy i zamówiłem przez internet. Myślałem że wszystkie problemy mam z głowy a to był dopiero początek.


Na trzy dni przed koncertem Moja ukochana oznajmiła mi że nie idzie na koncert i ma kupca na swój bilet. Troszeczkę się zdenerwowałem, ponieważ przypuszczałem jakie są powody jej decyzji. Pokłóciliśmy się całkiem ładnie i po krótkim czasie okazało się że nie idzie na koncert z powodów rodzinnych. Niestety ja już nakrzyczałem, wyszedłem na potwora, a Ona niestety tylko źle zaczęła naszą rozmowę na ten temat. Wyjaśniliśmy sobie wszystko, oboje zrobiliśmy źle i wróciliśmy do punktu wyjścia. W końcu udało się nam obojgu dotrzeć i tu znowu taki niesmak powstał w związku z koncertem.

Na Anathemie byłem tym razem już po raz trzeci i muszę przyznać, że raczej średnio mi się podobało. Panowie delikatnie mówiąc byli z sobą nie zgrani. Wokalista śpiewał tak że nie dało się go zrozumieć i jeszcze do tego z manierą gwiazdora i rozpiętą koszulą do pępka. Stojąc w tłumie czułem się jakbym wrócił do pierwszej klasy liceum z powodu ludzi tam zebranych. Nawet zaczęliśmy z Moniką liczyć dziewczyny w klasycznym mrocznym stroju nastolatek, czyli czarne spodnie materiałowe jakby takie elegancki i czarna bluzeczka na ramiączkach. Naliczyliśmy dużo +1, bo się myliliśmy często. Kapela grała raczej stare kawałki ze świetnie dobranym repertuarem i to mają na plus. Dużo ciężkiego grania było i nawet jakoś tak nie smucili, chociaż to akurat w nich lubię. Dobre było jeszcze to że koncert rozpoczął się punktualnie, co akurat na takich imprezach jest rzadkością. Miałem jeszcze wielką nadzieję że przyjadą z Lee, która się udziela na wokalu w co po nie których kawałkach ale niestety się nie udało. Ogólnie koncert taki średni był, ale można się było poprzytulać i pośmiać więc jakoś to poszło. Dla Ciekawych poniżej setlista koncertu:
Deep
Closer
Far Away
Angels Walk Among Us
A Simple Mistake
Anyone, Anywhere
Empty
Judgement
Panic
Shroud of False
Lost Control
Regret
Hope
Temporary Peace
Flying
Are You There?
One Last Goodbye
Angelica
A Dying Wish
Sleepless
Hindsight
Fragile Dreams

wtorek, 14 października 2008

#68Tesa

Wybrałem się w niedzielę z kumpelą Behaind na koncert do kawiarni naukowej na koncert sludge, post-rockowej kapeli Tesa. Zanim sam koncert nastał mieliśmy niezły ubaw z samego miejsca, bo ja w sumie całkiem nie lubię tej knajpy. Po pierwsze zawsze jest w niej zimno i nędznie wygląda. Po drugie tam jest tak alternatywnie że aż w tyłku szczypie i głównie z tego powodu się śmialiśmy. Nabijałem się z Behaind że pali malboro i chciałem ją podkapować że słucha kapeli ze spiraconych mp3. Jednak po koncercie kupiła sobie jedną płytkę więc szacun.


Co można powiedzieć o chłopakach z Tesa? Na pewno to że są niezwykle utalentowani, ich koncert to niesamowita siła energii, hałasu w którym jest piękna harmonia i bardzo miła atmosfera. Muzycznie panowie z Łotwy oscylują wokół takich kapel jak Isis, Pelican, Neurosis czy Cult of Luna i powiem szczerze, że według mnie mogliby zagrać na tej samej scenie bez żadnych kompleksów. Przy pomocy niezwykłej siły, pasji i hałasu zespół zaprezentował nam piękne gitarowe granie. Słyszałem ich na koncercie pierwszy raz i myślałem że mają kilka długich i bardzo rozbudowanych kawałków. Jednak w domu słuchając ich płyt okazało się że to jest kilkanaście krótkich świetnie pasujących do siebie kompozycji. Wszystko to jest niezwykle spójne z sobą i ma się silne wrażenie że jest to jedna wielka świetnie przemyślana całość. Bardzo mi się jeszcze podoba że prawie w ogóle nie ma wokali, a gdy już się pojawiają to w sumie idealnie zgrywają się z muzyką. Naprawdę gorąco polecam zapoznać się z dokonaniami Łotewskiej kapeli Tesa!

Ktoś kiedyś powiedział, ze pisać o muzyce to jak śpiewać o architekturze i ja się z tym zgadzam. Jednak dziś postanowiłem spróbować i mam nadzieję że jakoś to wyszło.

środa, 16 lipca 2008

#54 Heineken Open'er Festival 2008

Nie było gwiazd na miarę zeszłorocznego festiwalu i moim zdaniem najlepszego, ale też było przyjemnie. Zaczynając od samego początku to na miejscu byłem już w czwartek rano, bo tak przyjechaliśmy z moją dziewczyną. W ramach dodatkowego dnia urlopu i większej ilości spędzonego czasu razem.

Czwartek:
Na sam początek zgrzyt. Dowiedzieliśmy się na dworcu, że autobusy festiwalowe działają dopiero od dnia następnego, więc musieliśmy zajechać normalną komunikacją miejską. Na miejscu kolejny zgrzyt bo okazało się że nie wpuszczają jeszcze na pole namiotowe i byliśmy zmuszeni siedzieć na trawie przy drodze jakąś godzinkę. Mówi się trudno i żyje dalej. Następnie szybkie rozłożenie namiotu i prysznic po podróży jeszcze w ciepłej wodzie i czystych kabinach prysznicowych. Resztę dnia spędziliśmy w Gdyni na spacerowaniu po sklepach i okolicy. Zaliczyliśmy dobry obiad zakupiliśmy butelkę wina i jakoś ok 19 udaliśmy się na plażę w celu obejrzenia romantycznego zachodu słońca i tu wałki dwa. Chcieliśmy troszkę schłodzić wino w morzu i straciliśmy je. Wstrętne, zdradzieckie i pełne glonów morze porwało nam butelkę, a słońce zamiast zachodzić do wody zaszło nad jakimiś chaszczami. Troszkę podłamani wróciliśmy na pole namiotowe, jakieś piwka w namiocie i spać.

Piątek:
w okolicach południa spotkanie reszty znajomych i przenosiny namiotu, żebyśmy wszyscy byli razem i ku memu zaskoczeniu zobaczyłem swoją kuzynkę! W ciągu dnia obiad, wypad do Gdyni i takie tam głupoty aż do koncertów. Na sam początek Muchy, które olałem bo już widziałem kiedyś i poszedłem na Mitch & Mitch Big Band i tak średnio mi spasowali. Szczerze powiem że nic specjalnego. Editors strasznie smętnie grali i jakoś z pięć kawałków posiedziałem, a potem wybrałem piwo zamiast ich. Jakoś w tym czasie spotkałem mojego dobrego kumpla Koze i zaczęliśmy się zaprawiać na koncert The Raconteurs, bo to był dla nas gwóźdz programu na piątek. W między czasie pojawiła się również moja dziewczyna i tym o to sposobem na koncert byliśmy zrobieni całkiem przyjemnie. Staliśmy jakoś w siódmym rzędzie od sceny i muszę przyznać że Jack White i jego ekipa dali świetny koncert. Grali po prostu starego dobrego rocka z kopem i byli świetni. Następnie udaliśmy się do czerwonego namiotu Malboro gdzie była imprezka z dj w klimatach ogólnie d'n'b i bardzo nam to pasowało. Potem powrót do namiotu i zabawa przez jakieś 30 min z Fisherspooner nad czym bardzo ubolewamy, bo impreza była niesamowita. Później jakoś znowu powrót do namiotu Malboro i tam już zostaliśmy do piątej rano.

Sobota:
Był to dla nas najkrótszy dzień. Najpierw Interpol na który troszkę liczyłem i chciałem zobaczyć i jakoś po pięciu kawałkach poszedłem na piwo i do namiotu na Cocorosie i Sex Pistols. Na tym pierwszym się troszkę zawiodłem, chodź grali naprawdę fajnie, ale spodziewałem się jakoś lepszego klimatu, więcej jakiejś magi. Jednak mieli świetnego bitboxera, który jak zrobił z pięć minutowe solo to opadły nam szczęki. Punkowi dziadkowie dalej żyją, nawet się ruszają i muszę powiedzieć że mi się podobało, chodź bardziej jako ciekawostka niż jako to że ich lubię. God save The Queen usłyszałem jednak już leżąc w swoim namiocie, ładnie się niosło.

Niedziela:
Co tu dużo mówić, był to najbardziej oczekiwany dzień przez nas. Najpierw Goldfrapp który smuty straszne grał i skończyło się na wycieczce na piwo. Następnie Massive Attack, które też smuty zapuszczało ale lubimy i świetnie się tego słuchało. Na koniec jak dla mnie największa gwiazda festiwalu, a nie tam jakiś Jay-Z czy inne jakieś duperele, czyli Chemical Brothers. To co zrobili Ci panowie nie da się opisać. Grali sobie set djski przeplatany swoimi kawałkami. Jak na samym początku zagrali galvanise to cały zgromadzony tłum normalnie zwariował ze szczęście. Potem było jeszcze min. star gitar, hey boys hey gilrs i do it again. Do tego wszystkiego niesamowite wizualizacje i mnie osobiście mocno panowie wbili w posadzkę. Jak skończyli grać to była jakoś trzecia w nocy i było trzeba się bawić dalej więc udaliśmy się do już dobrze nam znanego czerwonego namiotu. Impreza trwała jakoś do piątej i musieliśmy się udać do przyczepy chyba kinder bueno na końcowe wycienczenie organizmu. Potem już tylko został nam prysznic i zbieranie się na pociąg.

Podsumowując, w tym roku był znacznie słabszy program niż w zeszłym roku a i tak bawiłem się naprawdę świetnie. Jedynym minusem był straszny tłok wszędzie i kolejki i przeokropnie drogie jedzenie na miasteczku festiwalowym, ale to już standard jest. Pewnie w przyszłym roku też pojadę i dziękuje pewnej pani że wytrzymała tam ze mną.








poniedziałek, 30 czerwca 2008

#52 Between Buried and Me, Meshuggah, The Dillinger Escape Plan

To był wyjazd z atrakcjami i wcale tutaj nie mówię o koncercie. Wszystko zaczęło się od tego że wsiedliśmy nie w ten pociąg co trzeba (bo jechaliśmy z Krakowa) i mieliśmy nie miłą niespodziankę podczas kontroli biletów. Okazało się że nie ma możliwości dopłacenia do biletów które mamy i musieliśmy kupić nowe. W przedziale jechał jeszcze z nami jakiś schorowany pan, który za wszystko przepraszał i był nad wyraz towarzyski i miły że aż upierdliwy. No ale na szczęście jechaliśmy tylko 2.5h więc szybko minęło.


Już na miejscu postanowiliśmy wyjechać na taras widokowy na pałacu kultury i nauki i tam kolejna nie miła niespodzianka - wejściówki za 15 zł, dla grup powyżej 10 osób 10 zł. Więc nie myśląc wiele postanowiliśmy zorganizować grupę. Czekając tak na ludzi spotkaliśmy Kasię Figurę, ale to tak tylko w roli ciekawostki. Grupa w między czasie się skompletowała i w skład niej wchodzili: starsze małżeństwo, pani z dwójką dzieci, jakieś dwa dresiki z blond pięknościami oraz my. Taras był świetny a widoki jeszcze lepsze, było warto.

Następnie wycieczka po starym mieście, gdzie spotkaliśmy super psa. Zwierzak był strasznie zakręcony i wyglądał jakby był na fazie. Niesamowity zwierz, aż chciało się go zabrać do domu. Następnym punktem zwiedzania były łazienki do, których nie dotarliśmy ponieważ porwał nas autobus. Wsiedliśmy do autobusu który zatrzymuje się co trzy przystanki i wywiózł nas nie wiadomo gdzie. Lecz nie ma tego złego co by na jeszcze gorsze nie wyszło i przy okazji znaleźliśmy bar mleczny (więc zaliczyliśmy obiad) oraz optyka gdzie za darmo pan wyregulował mi okulary. Po tych wszystkich wojażach postanowiliśmy się już udać do Progresji na koncert.

Progresja jak to normalny klub, mały, zatłoczony i strasznie gorący. Pierwszy raz w życiu się tak ze mnie lało jak tam. Kapał pot z każdej mojej części ciała i to dosłownie. Było tam chyba z 50 C podczas koncertu i naprawdę ciężko było to wytrzymać. Co do samej muzy to co ja mogę powiedzieć, jako osoba nie znająca się na muzyce? Wszystkie trzy kapele słucham na co dzień i bardzo lubię (chodź Meshuggah teraz znaczniej bardziej). Between Buried and Me świetnie się sprawdził jako przystawka do głównego dania. Zagrali jakieś 40 min podczas których pokazali na co ich stać. Od spokojnego grania z elektroniką po naprawdę ciężkie granie z growlem i solówkami w stylu Dream Theater.
Meshuggah to z kolei już całkiem inna para kaloszy. Szwedzi się nie cackają z nikim i grają naprawdę ostro i ciężko. Żadnej melodii, połamane riffy i wszystko raczej w takiej stylistyce. Stałem przez ten koncert na podwyższeniu i czułem się jak zahipnotyzowany. Przekonałem się dopiero wtedy do tej muzyki i teraz jakoś nie chce mnie puścić. Coś pięknego po prostu ale raczej trudnego, jednak naprawdę warto się przełamać.
The Dillinger Escape Plan to za to mistrze hałasu i energii na scenie. Nawet jest mi trudno to opisać. Biegali po głośnikach, skakali w publikę, byli wszędzie na scenie i wyglądało to jakby ich było tam co najmniej z 10. Przy tym wszystkim grali perfekcyjnie i tutaj brawa panom od nagłośnienia dwóch gwiazd wieczoru bo brzmieli fenomenalnie!! Dokładnie tak samo jak na płytach, a chyba nawet lepiej. Na Dilingerze miałem jeszcze szczęście być pomiędzy sceną a barierkami więc w sumie cały zespół miałem na wyciągnięciu ręki. Niesamowite uczucie i muszę to jeszcze kiedyś powtórzyć.

Jedyny minus całego wyjazdu jest taki że musieliśmy się szybko zmywać po koncercie, a było można się napić i pogadać z zespołami, czego żałuję, ale może będzie jeszcze kiedyś okazja to powtórzyć. Koncert i cały wyjazd był świetny!!!

czwartek, 24 kwietnia 2008

#42 Stan Sakai w Polsce

Od 21 do 23 przyjechał do naszego kraju Stan Sakai, autor komiksów o Usagim. Ja niestety z powodu pracy nie mogłem być na spotkaniu, ale moja ukochana wybrała się na spotkanie i przy okazji załatwiła mi autograf i to w dodatku bardzo ładny za co jej bardzo dziękuje :Sama mówiła, że było bardzo miło i kameralnie. Stan zrobił na niej bardzo pozytywne wrażenie i powiedziała że to strasznie miły człowiek. No nic żałuję że nie mogłem się pojawić. Jednak byłem już na jednym spotkaniu z tym artystą kilka lat temu i muszę potwierdzić wszystko i dodać również że to niezwykle skromny człowiek, z czego mam taką małą pamiątkę:
No nic, mam nadzieję, że będzie jeszcze nie jedna okazja na takie spotkanie i tym razem będę mógł się wybrać.



czwartek, 14 lutego 2008

#35 LEVEL_01 - Targi Gier

W dniach 18 - 20 kwietnia br. w Centrum Targowym w Krakowie odbędzie się impreza pod nazwą "LEVEL_01 Targi Gier i Zabezpieczeń oraz Multimediów dla Edukacji". Skierowana do szerokiego grona impreza ma uzupełnić lukę w mapie targów gier w Polsce.


Do tej pory mieszkańcy południa musieli kierować się do odległego Poznania, gdzie odbywa się PGA. Teraz południe dostaje swoją imprezę. Postarajmy się, aby była jak najlepsza. Nie przegapmy tej szansy, jaką nam daje.


Według mnie zapowiada się naprawdę fajna impreza i warto już teraz zarezerwować dla niej jeden weekend pod koniec kwietnia.

sobota, 22 grudnia 2007

#31 Alois Nebel

Jakiś czas temu przeglądając serwisy komiksowe natchnąłem się na zapowiedź spotkania w Krakowie z czeskimi twórcami trylogii komiksowej "Alois Nebel", a że jestem wielkim fanem raczej wszystkiego co pochodzi z tego kraju, jak i właścicielem pierwszego tomu komiksu i z niecierpliwością czekam na dalsze tomy to nie mogło mnie tam zabraknąć.

Spotkanie odbyło się 20 grudnia w klubie "Lokator" i muszę przyznać że wyszło świetnie. W programie był wywiad z Twórcami, premiera drugiego tomu oraz koncercik praskiej kapelki rockowej „The Bombers”.
Wszystko rozpoczęło się z lekkim opóźnieniem, ale to już chyba standard. Po krótkim wstępie i przybliżeniu gości dowiedzieliśmy się że niestety z powodu zmiany drukarni komiks nie dojechał na czas i niestety jest nieosiągalny. Pojawi się dopiero w styczniu.
Wywiad został przeprowadzony tylko z Jaromirem 99 (rysunek i pomysł komiksu), ponieważ tylko on był obecny. Bardzo miły i pogodny człowiek opowiadał jak powstawała cała trylogia, skąd pomysł i jakie są dla niego, jako rysownika, inspiracje (min Miller) i ogólnie opowiadał o sobie. Z ciekawostek mogę powiedzieć, że w Czechach rynek komiksowy jest jeszcze mniejszy od naszego i średni nakład komiksów to kilkaset sztuk, a cała trylogia "Alois Nebel" (swoją drogą w Czechach wydana w jednym tomie) sprzedała się w ponad 15 000 nakładzie. Więc mozemy tu mówić o wielkim sukcesie i aktualnie jest realizowany pełnometrażowy film animowany oparty na komiksie. Po wywiadzie nastąpił mały koncercik czeskiej „The Bombers” gdzie śpiewa i gra na gitarze Jaromir 99. Taki spokojny rock do piwka bym powiedział. Po oficjalnej części spotkania podszedłem do ich stolika i poprosiłem o autografy co wszyscy z wielką radością uczynili, chwilkę z nimi porozmawiałem i muszę powiedzieć że to naprawdę świetne chłopaki.

Całe spotkanie było naprawdę miłe i zaowocowało kolejnym komiksem z autografami w mojej kolekcji oraz po raz kolejny upewniłem się że jednak miałem się urodzić za południową granicą.