środa, 23 września 2009

#106 fragment sacrum profanum

Pamiętam jak bardzo się cieszyłem, gdy zobaczyłem informację o występie Chrisa Cunninghama i Aphex Twina na sacrum profanum. Potem nastąpiło wielkie wyczekiwanie na dzień w którym pojawią się bilety w sprzedaży, a następnie jeszcze większe już na same występy. Od razu byłem bardziej nastawiony na pokaz Cunninghama z racji tego że bardzo lubię to co on tworzy i dla mnie w dziedzinie teledysków jest mistrzem. Na samego Aphexa miałem ochotę się wybrać z czystej ciekawości bo jednak fanem nie jestem choć twórczość jego znam.

W końcu nadszedł upragniony niedzielny wieczór w którym to wybraliśmy się na pokaz Chrisa. Miejscem całego zajścia była Łaźnia Nowa. Sala świetnie dobrana, spora i stwarzała wrażenie jakby była po jakimś warsztacie z zapachem smarów i klei (przynajmniej ja tak czułem, moja druga połowa już nie). Sam pokaz w sumie mnie zawiódł dość mocno. Miał być całkiem nowy, dotychczas pokazywany publicznie tylko raz w Paryżu, a wyszła w sumie kupa. Nowego materiału było z godzinnego pokazu może z 10 mim na co składała się brutalna walka nagiej kobiety i mężczyzny, walka Darth Vadera z Lukiem (ale czy to nowe jest skoro wycięte z filmu?) no i lot ptaka, który okazał się wielkim wytchnieniem w całym pokazie. Resztę uzupełniały znane rzeczy artysty czyli „Windowlicker”, „Rubber Johnny” oraz „Sheena is a Parasite”. Całość była bardzo monotonna i powtarzana do znudzenia co owocowało w sumie tym, że całość była męcząca. Jednego czego nie można odmówić Canninghamowi to jest perfekcjonistą i fachowcem na światowym poziomie. Wszystkie wizualizacje na trzech telebimach plus zielony laser miał genialnie zsynchronizowane z sobą nawzajem i muzyką. Dla przykładu gdy była walka kobiety z mężczyzną to każdemu uderzeniu odpowiadał inny dźwięk co poprzez miksowanie wszystkiego razem dawało wspaniały efekt. Wszystko byłoby super gdyby nie ta monotonność i mogło być więcej nowego materiału.

Natomiast na Aphexa nie nastawiałem się w ogóle i występ mnie zmiażdżył i to od samego początku. Chodź przyznam, że jak czytałem opinie po pierwszym dniu to miałem mocne obawy czy będzie dobrze. Już samo miejsce w którym zdecydowano się zorganizować koncert było niesamowite, olbrzymia hala ocynowni chemicznej kombinatu w dawnej hucie im. Sędzimira! Z przystanku wchodziło się na teren huty, aby wsiąść w kolejny autobus na terenie zakładu i znowu mała przejażdżka w klimatach industrialnych. Sama hala była wyłożona oświetleniem na całej długości, a nagłośnienie było rozmieszczone na scenie oraz tak z boku w połowie hali, co dawało ciekawy efekt, ponieważ w głośnikach z przodu i z boku grało co innego ale świetnie dopasowane do siebie. Organizatorzy kazali sobie przyjechać minimum godzinę przed rozpoczęciem koncertu, ale nigdzie nie napisali, że już wtedy będzie grał jakiś Dj. Osobiście myślałem że tak jest z powodów organizacyjnych tylko i na szczęście się myliłem. Sam koncert miazga! Rozpoczął się dość spokojnie monotonną wizualizacją ale czym dalej tym lepiej. Sam osobiście nie znam się na takiej muzyce, bo ja się tylko przy niej bawię, ale za stroną sacrum profanum podaję że grał „…suita w swobodny sposób połączyła ambient, noise, breakbeat, techno, dubstep, drill’n’bass i cytaty z rożnych nagrań…” całość dopełniał niesamowity pokaz laserowy, gdzie wszystkie lasery dodatkowo załamywały się np. na suficie pokrytym rurami. Wizualnie naprawdę mistrzostwo świata i był to chyba jeden z pierwszych koncertów podczas którego przez większość stałem tyłem do sceny! Na całej imprezie przyjemnie się wybawiłem, potańczyłem chodź o dziwo jako nie liczny, gdyż wszyscy głównie tylko stali. Ogólnie występ był miły, jednak Aphex nie byłby sobą gdyby nie przywalił i pod koniec zaprezentował wizualizację z zabijania zwierząt przechodzącą w sekcję zwłok, a kończącą się jakimś japońskim świntuchem z zabawami w odchodach. Naprawdę mocny hc przy którym było widać, że ludzie są mocno zniesmaczeni i bardziej ich boli krzywda zwierząt niż ludzi. Dodatkowo tak jak zauważyła moja ukochana, dobrze że nam tak przyjebał na koniec bo dzięki temu pierwszy raz wychodzimy z jakiegoś koncertu i mamy dość, a przedtem zawsze mieliśmy niedosyt i chcieliśmy więcej.

Całą imprezę uważam za udaną i dobrze się stało że było oznaczenie obydwóch występów kategorią wiekową 18+. Dzięki temu każdy miał mniej więcej świadomość na co się pisze. Dodatkowo co mnie zdziwiło to niektórzy ludzi na Aphlexie, którzy wyglądali jakby się zerwali z takiej klasycznej techno party w latach 90. Myślałem że to gatunek wyginięty już jest, albo co najmniej na wymarciu.

PS.
Gdy wracaliśmy z Cunninghama w niedzielę w nocy to parkując samochód na oś. Ruczaj w Krakowie zobaczyliśmy dzika grasującego na parkingu! Bydle było naprawdę srogich rozmiarów i trochę się wystraszyliśmy, bo w końcu nigdy nie wiadomo co takiemu strzeli do łba, więc szybko i w miarę spokojnie udaliśmy się do domu, co by nie prowokować zwierza.

niedziela, 13 września 2009

#105 Wakacje i zmiany

Nawet udały się te wakacje pomimo tego że większość ich czasu spędziłem w pracy i na walce z magisterką. W czerwcu byłem na Nova Rock o czym już pisałem. Potem udało się pojechać na jeden dzień do Mysłowic na Off Festiwal, który był jedną wielką niespodzianką. Najpierw wyglądał jak piknik rodzinny w parku. Ludzie z dziećmi siedzący na kocykach, ktoś gra w tle na scenie i jakaś taka wszech ogarniająca sielanka. My wędrujemy od sceny do sceny, 90% artystów kompletnie nie znając i tylko na podstawie ich opisów w przewodniku festiwalowym wybieraliśmy coś dla siebie. Niestety te opisy zazwyczaj były bardzo enigmatyczne, albo sprawiały wrażenie jakby opisywały całkiem innego artystę. Później pojawili się ludzie nie wiadomo skąd i impreza zaczęła wyglądać jak prawdziwy festiwal. Największym odkryciem imprezy dla nas jest Skini Patrini, którzy na żywo prezentują się fantastycznie i rozkręcają świetne imprezy. Gwiazdą imprezy byli The National dla których tam przyjechaliśmy. Świetny koncert, kawałki zagrane w troszkę innych aranżacjach, szybciej niż na płycie, a głos wokalisty wywoływał dreszcze.

Na początku lipca zaprzestałem na reszcie życia w mieszkaniu studenckim i zamieszkałem z moją ukochaną. Ku naszemu zdziwieniu obyło się to bez jakichkolwiek problemów, mieszka się nam dobrze. Jakaś taka naturalna kolej rzeczy i tyle. Cały lipiec to ciągłe przemeblowania, składanie szafy i takie tam, jednak zawsze to wspaniała zabawa i sprawia mi to wielką frajdę pracować na swoje. Życie w mieszkaniu o które się dba i sprząta to wspaniała rzecz bo pachnie w całym mieszkaniu, ze śmieci się nie wysypuje, nie ma problemu kto zajdzie po pocztę do skrzynki no i w łazience jest czysto! Takie podstawowe i normalne sprawy, a tak cieszą, gdzie muszę zaznaczyć że w jakiejś specjalnej melinie nie mieszkałem. Ot takie mieszkanie gdzie mieszka czterech facetów i jedna dziewczyna.

W sierpniu jakoś tak pracy było więcej i z tego powodu tylko na The Killers udało się pójść. Specjalnie na tą okazję przez cały sierpień się nie goliłem, aby na koncercie móc prezentować wspaniałego wąsa! Monika była zachwycona równie bardzo jak samym koncertem. Panowie odstawili show na światowym poziomie, wspaniale byli nagłośnieni, grali kawałki z całego repertuaru i był to świetny koncert.

Na koniec sprawa mojego mgra jeszcze. Miałem termin do końca czerwca na obronę i w tym czasie zdążyłem napisać pracę. Oddałem promotorowi, On naniósł poprawki, ja poprawiłem i tak w końcu oddałem pracę w dziekanacie ok. 20 lipca. W między czasie skreślili mnie z listy studentów (no bo termin do końca czerwca był) więc znowu dodatkowy stres, ale udało się wszystko załatwić, przedłużyć termin do końca lipca i czekam na ogłoszenie terminu obrony. Planowany 27 lub 28 lipca niestety nie wypalił i został przeniesiony na 4 września. Tak, moi drodzy już jestem po! Zdane, wszystko dobrze poszło, ale bałem się okrutnie i naprawdę nie pamiętam kiedy miałem taki stres. Nawet Monika zaraz przed obroną poprosiła żebym się uspokoił bo naprawdę tam zemdleje przed komisją. Już po nastąpiło całkowite rozluźnienie i spokój oraz z racji tego że przyjechał mój przyjaciel to mocno imprezowaliśmy przez cały weekend i było świetnie. Nawet na kacu graliśmy w Ski Jumping w który jeszcze kilka lat temu grała cała Polska.

Tyle tego było w małym telegraficznym skrócie, na pewno o czyś zapomniałem, co powinno się tu znaleźć jednak niestety tak zawsze jest. Teraz może teksty będą się pojawiać częściej z racji tego że teoretycznie mam trochę więcej czasu. Jednak pamiętając o tym że znowu gram w Puzzle Quest’a to pożyjemy i zobaczymy co z tego będzie.



ps. W wolnej chwili popełniłem sobie nawet małą publikację na łamach Motywu Drogi.

czwartek, 6 sierpnia 2009

#104 Grodzki Urząd Pracy w Krakowie = porażka

Z racji tego że jestem oficjalnie bezrobotny postanowiłem zarejestrować się w GUPie, aby otrzymać ubezpieczenie zdrowotne m. in. Na sam początek zrobiłem rozplanowanie logistyczne, bo jak mawiał mój dobry znajomy "rozplanowanie logistyczne to połowa sukcesu". Zasiadłem więc przed komputerem i zajrzałem na stronę urzędu, aby się dowiedzieć gdzie jest, jak dojechać i jakie dokumenty potrzebuję. Po zebraniu wszelkich potrzebnych informacji, skompletowaniu dokumentacji postanowiłem wyruszyć następnego dnia z samego rana.

Wstałem o ósmej rano, ogarnąłem się, zjadłem śniadanie i ok 10 byłem na przystanku. Jak się potem okazało to był mój błąd, bo do urzędu nie można jechać tak późno! No nic, nie świadom tego co mnie czeka jadę sobie autobusem. W centrum przesiadka w tramwaj i po jakiejś godzinie jestem na miejscu. Pierwsza moja myśl to: kto do jasnej cholery wymyślił aby taki urząd był na końcu miasta, na jakimś totalnym odludziu? Przecież powinien znajdować się w centrum aby każdy miał blisko! Po drugie jadę tramwajem tak jak kazali na stronie, wysiadam na odpowiednim przystanku i okazuje się że jestem w szczerym polu! Żadnej tabliczki gdzie mam iść, ani kiosku tudzież jakiegoś sklepu, normalnie nic! Na szczęście jakaś miła pani była na przystanku i wskazała mi drogę. Pięć minut spaceru i jestem na miejscu. Oczywiście jakieś 150 m przed urzędem tabliczka już jest, ale nie wiem po jaką cholerę jak zaraz za nią widać już budynek z wielkim napisem informującym że jesteśmy na miejscu! Szczyt kretynizmu, ale powinienem być już przyzwyczajony żyjąc w tym kraju tyle lat. Wchodzę do budynku, a w nim ciemno na korytarzach. Myślę sobie pewnie oszczędzają, w końcu kryzys. Moment później okazało się że jednak nie, bo w kolejce słyszę jak ktoś się pyta: "dziś też nie ma prądu?". Stanąłem w kolejce po formularz do rejestracji, odczekałem cierpliwie z dziesięć minut aby następnie wejść do pomieszczenia w którym siedzą dwie kobiety. Mówię jednej że chciałbym formularz, a ona z miną jakby jej ktoś włożył parasol między pośladki, otworzył i kazał tak siedzieć przez 6h dziennie (tak przez 6 bo urząd jest czynny od 8-14, przecież pracownicy nie mogą się za bardzo przemęczyć!!!) że niestety nie mieli prądu od rana i już dziś nic nie załatwię! Myślałem że mnie szlag trafi, ale w sumie to sam jestem sobie winien.

Tak sobie myślę że personel w takich urzędach to powinien być świadom tego że o pracę jest ciężko i być troszkę bardziej milszy dla petentów. Po drugie jestem ciekaw czy nie dałoby się jakoś lepiej oznakować drogi do urzędu? Przecież to chyba byłyby niewielkie koszty wstawienia kilku słupków z tabliczkami. Po trzecie lokalizacja. Czy ona jest tak specjalnie dobrana, aby ludzie bez pracy i pieniędzy musieli jeszcze wydawać dodatkowe pieniądze na dojazdy? Czy to naprawdę musiało być ulokowane tak na całkowitym odludziu?

piątek, 31 lipca 2009

#103 melancholia

W piątkowy wieczór siedzę w pracy, w wakacje. Zauważyłem że robi się już ciemno jakoś po 20 i nastroiło mnie to do ponarzekania trochę. Wcześnie zapadający zmrok uświadomił mi że najlepsze wieczory w roku, czyli czerwiec i lipiec, mam już za sobą! Cholera jasna nawet nie wiem kiedy to minęło. Jakoś tak wszystko szybko ucieka i za bardzo nie ma z tym co zrobić. Nie jestem zadowolony z siebie, ze swojej postawy do życia. Z tydzień temu dostałem chyba jakiegoś postrzału i tak mnie krzyż bolał że nie mogłem się ruszać. Poszedłem do lekarza, po dotykał, po oglądał i wydał wyrok że to chyba jakieś zwyrodnienie kręgosłupa. Czyli nie mam już skrzywienia, a coś naprawdę powalonego dokładnie. Jest to tym bardziej ciekawe,że jeszcze raczej jestem w przedziale wiekowym zaliczanym jako osoba młoda. Ale co się dziwić skoro prowadzę mocno siedzący tryb życia. Pojawiły się nawet ostatnio pierwsze siwe włosy na mej czuprynie i też nie zabawnie. Czas biegnie nieubłaganie, a ja nawet nie wiem co mógłbym robić w życiu i co chciałbym, a już chyba najwyższa pora! Jakiś ogólny kanał chyba. Marnuję czas okropnie, stoję w miejscu zamiast się rozwijać co równa się regresowi. To jest jakiś dramat. Miałem kilka ciekawych propozycji współpracy i wszystkie zawaliłem jak skończony idiota. Najgłupsze jest to że kuźwa wiem co ze mną jest nie tak i jestem tak pierdolonym leniem że nie chce mi się tego zmieniać. Toż to jakiś dramat, wstyd i żenada. Po raz kolejny postanowiłem coś z tym zrobić, zapisać się na siłkę, na ściankę wspinaczkową, spróbować odkręcić kilka rzeczy i trochę się zająć sobą. Z jednej strony jestem ciekaw co z tego wyjdzie, z drugiej strony czuję że kuźwa znowu nic się nie zmieni i to mnie dołuje.

sobota, 18 lipca 2009

#102 te re fe re

Taki telegraficzny skrót najnowszych wydarzeń:

Przeprowadziłem się do Moniki i zaczynamy dorosłe życie. Tak, macie rację, jesteśmy już tak starzy że nadeszła pora nawet i na to! Przeprowadzka była szybka, kilka dni żyliśmy na kartonach, potem pojawiła się szafa i komoda i kilka kartonów ubyło. Oczywiście szafki na książki i komiksy były od razu. W końcu trzeba znać swoje priorytety. Uczymy się żyć koło siebie i jak na razie wychodzi nam to dobrze. Już ponad dwa tygodnie i jeszcze się nie pokłóciliśmy i to jest chyba mały sukces.

Byliśmy w Hali Wisły w Krakowie na koncercie The Dillinger Escape Plan oraz Meshuggah i niestety organizatorzy się nie popisali. Nagłośnienie było tak tragiczne że podczas występu TDEP było trudno się domyślić co grają. Kapela jak zawsze świetna, chłopaki szaleli, wchodzili na głośniki i skakali z nich, wspaniały pokaz demolki. Druga kapela statycznie, ciężko i powoli, ale kopali zady mocno, no i nagłośnienie nawet było lepsze więc ok. Jednak sam gig nie był za dobry i organizatorzy powinni dostać bęcki.

Widziałem ostatnio "Oszukana" i bardzo miło się zaskoczyłem, chodź spodziewałem się tego bo Eastwood za kamerą. Dobre kino z ciekawą historią, które wciąga od pierwszych minut i tak trzyma do końca. Troszkę przerażające, bo to w końcu film na faktach, jak policja radziła sobie z niewygodnymi osobami oraz ciekawe ukazanie jednostki przeciw wszystkim. Ogólnie gorąco polecam jeśli jeszcze ktoś nie widział.

"Knowing" z Nicolasem Cagem i powiem szczerze że już przestaję sobie przypominać kiedy widziałem go ostatni raz w jakimś dobrym filmie. Siadając do filmu wiedziałem tyle że jest o jakiś kataklizmach i spodziewałem się kina katastroficznego. Od początku ogląda się dobrze, jest ciekawa w miarę fabuła, nawet powiedziałbym że dostajemy w klimacie coś podobnego do "6 zmysł" i to mnie mile zaskoczyło. Jednak niestety końcówka zabiła cały film. Takiego dna nie spodziewałem się, jednak tak od połowy filmu zacząłem się bać że się spierniczy i niestety miałem rację. Smutne jest że pracę wielu osób na planie ktoś spartolił dokumentnie w ostatnie 20 min filmu. Żenada, tragedia i szkoda czasu.

"Terminator: ocalenie" - nawet nie chce mi się tego komentować. O wszystkich kretynizmach, nieścisłościach wielu już napisało i nie mam się zamiaru powtarzać. Jedyny plus to występ Arniego, no i można się dobrze uśmiać.

Wczoraj miałem znikomą przyjemność zobaczyć "Wrogowie Publiczni". Czekałem na ten film długo bo Mann jako reżyser a jego "Heat" jest genialny. Na dokładkę Depp, Bale no i historia Dillingera, czyli zapowiedź świetnego kina gangsterskiego no i dostałem jakiegoś gniota. Jak dla mnie ten film to porażka. Zamiast dobrego kina gangsterskiego dostaliśmy nudny film o romantycznym przestępcy. Sposób sfilmowania całego filmu na zbliżeniach jest jakimś chorym pomysłem i po prostu męczy podczas oglądania, dodatkowo jeszcze wygląda to jak teatr telewizji. Żenada i nic więcej. Spodziewałem się pojedynku dwóch wybitnych jednostek, coś na kształt “Heat” a dostałem naprawdę miałki film.

Wylali mnie ostatnio ze studiów, za nie obronienie pracy w terminie i nawet wysłali list do mnie do domu. Rodzice odebrali, zmartwili się bardzo, ja się zdziwiłem decyzją uczelni. Na szczęście wszystko dało się odkręcić, złożyłem już pracę do dziekanatu i jakoś do końca miesiąca mam mieć obronę więc możecie trzymać kciuki.

No tym o to niusem kończymy to wydanie wiadomości i zapraszamy na kolejne.

środa, 24 czerwca 2009

#101 NOVAROCK 2009 czyli wycieczka na obcą ziemie

Cała przygoda rozpoczęła się w czwartek z rana. Jakoś ok 7.30 byłem u Moniki. Zrobiliśmy kanapki, prysznic i takie tam i ok 9 jechaliśmy po Adama. Po drodze stacja benzynowa i zorientowaliśmy się że Monika zapomniała telefonu, więc wracamy. Wyposażeni już we wszystko jedziemy po znajomego, pakujemy go i zorientowaliśmy się że brakuje jeszcze swetra. No to znowu do Moniki, ale było po drodze więc spoko. Gdzieś w Skawinie wymienialiśmy koło u mechanika bo wymagało tego przed podróżą i do Cieszyna. W domu zjedliśmy obiad, chwilkę pogadałem z rodzicami i pojechaliśmy dalej. Cała podróż wyglądała mniej więcej tak: Kraków-Cieszyn-Czeski Cieszyn-Brno(chyba)-Bratysława-Nickelsdorf i dopiero przed ostatnim przystankiem się pomyliliśmy, ale od razu się zorientowaliśmy i zawrócili. Na miejscu byliśmy jakoś ok 20. Zamieniliśmy bilety na opaski, rozbiliśmy namiot, wzięliśmy ciepły prysznic (bardzo miła niespodzianka) i poszliśmy zwiedzać miasteczko. Trafiliśmy do Party Zone gdzie dwóch Djów urządziło rockotekę, która nam spasowała. Niestety nie wiedzieliśmy że kolesie przez cztery dni mają ten sam repertuar! Jakoś między pierwszą a drugą poszliśmy spać.

Piątek - z ciekawych rzeczy to Koza ze znajomymi zadzwonił ok 13 że utknęli na dworcu w Bratysławie i nie mają już żadnego transportu na festiwal. Więc ja i Monika w samochód i pędzimy po nich. Po drodze niestety był taki chyba z 15 km odcinek drogi szybkiego ruchu przez Węgry pomiędzy miejscem festiwalu a Bratysławą na który było trzeba mieć winietę, a my oczywiście jej nie mieliśmy. Jechaliśmy tym odcinkiem w sumie 4 razy i jak na razie mandat nie przyszedł! Pożyjemy zobaczymy ale jesteśmy pełni nadziei. Oczywiście błądziliśmy po stolicy Słowacji chyba z godzinę, ale jak już się znaleźliśmy to było ściskanie i wiele radości! Niestety przez to nie widziałem Calibana, ale mówi się trudno i żyje się dalej. Kilka godzin później udaliśmy się na koncerty i rozpoczęliśmy od kawałka Mastodona, który na żywo jest niesamowity i było mi strasznie żal z niego iść, nawet z tą świadomością że idę na Faith No More. Obiecałem sobie że jeszcze się na Mastodona wybiorę kiedyś jak będzie w pobliżu. FNM zgodnie z oczekiwaniami pozamiatało i jest wart naprawdę wielkich pieniędzy. Grali w sumie większość swoich hitów jak Easy, Just A Man (mój ukochany kawałek) i cover Lady Gagi! Ogólnie koncert był spokojny, ale Patton i tak poszalał momentami mocno ze swoim głosem. Z ciekawostek trzeba wspomnieć że w pewnym momencie jakiś fan wszedł na scenę podczas koncertu, chodził sobie koło kapeli, a jak zauważył go Mike to tak się śmiał że miał problemy przez chwilkę śpiewać. Po koncercie myślałem że nic lepszego nie może mnie spotkać i sam nie wiedziałem jak bardzo się mylę. 30 minut później na tą samą scenę wszedł Trent Reznor ze swoim Nine Inch Nails i urwał mi dupę przy kolanach! Już samo rozkładanie świateł i sprzętu na scenie robiło wrażenie. Zespół pojawił się na scenie znienacka i od razu ostro zagrał. Dużo grali z płyty Fragile, ale również był Hurt, Tha Hand That Feeds. Zespół był tak nagłośniony że brzmiał lepiej niż na płytach i chyba w życiu nie słyszałem lepiej zrobionego koncertu! Było słychać każdy najmniejszy dźwięk! Trent raz tak szalał na scenie że aż wpadł na perkusję i techniczni ją składali. Jakoś w połowie koncertu zaczął padać deszcz, a po mocnej godzinie nagle cała scen zgasła. Najpierw pomyślałem że im prąd dupnął, potem że tak specjalnie, ale niestety jak zobaczyłem kolesi z latarkami na scenie to zrozumiałem że jednak prąd i skończył się koncert. W między czasie rozlało się okropnie więc postanowiliśmy się schronić pod daszkiem przy stoisku z kawą i herbatą (marzyliśmy o czymś ciepłym). Ku naszemu zdziwieniu przyszła ochrona i wygoniła nas ponieważ zamykali strefę pod sceną. Mieli już koniec. Mocno nas to zdziwiło i w totalnej ulewie zmierzaliśmy pod drugą scenę na Metallicę. W czasie drogi tak zmokliśmy, że w końcu nie dotarliśmy na koncert, a że najbliżej było do namiotu to też tam się udaliśmy na imprezę. Pobawiliśmy się przy tych samych kawałkach co dnia poprzedniego jakoś do 3, wyschliśmy trochę i jak przestało padać to udaliśmy się spać.


Sobota - od rana niestety padało i było straszne błoto więc dużo odpuściliśmy sobie. Jakoś ok 15 udaliśmy się z Moniką do auta coś zjeść i zasnęło nam się przez co Killswich Engage widzieliśmy tylko od połowy. Nie było to na miarę dnia poprzedniego ale panowie mocno dali radę. Dutkiewicz był gwiazdą i kradł nawet show frontmanowi. W pewnym momencie nawet zadedykował piosenkę wszystkim kobietą i zdradził największy sekret wszystkich mężczyzn, czyli za co kochamy kobiety. Mianowicie za duże i tłuste piersi! i potem jakoś przez kilka minut pokazywał jak się nimi bawi i wydawał przy tym dźwięki. Było wesoło! Potem zostaliśmy na chwilę z ciekawości na Chickenfoot bo chciałem zobaczyć Satrianiego, jednak jakoś tak bez polotu było więc się zmyliśmy na drugą scenę na Kaiser Chiefs. Jakoś niestety po 4 kawałkach mocno nas znudziło to ich lalala i postanowiliśmy gdzieś spocząć aby odpocząć przed Placebo. Mocno się obawiałem że kapela z Brianem Molko odwali taką kiszkę jak na Heinekenie kilka lat temu, jednak mile się zaskoczyłem. Grali dużo hitów, ciekawe wizualizacje i było widać że sprawia im to przyjemność! Nawet Monika pochwaliła Placebo po występie i była zadowolona, a ona ich bardzo nie lubi. Po koncercie udaliśmy się sprać do samochodu bo mieliśmy w namiocie mokro po ulewie.

Niedziela - Tego dnia na reszcie przestało padać co nas niezwykle ucieszyło, ale niestety nie czekaliśmy jakoś specjalnie na jakiś koncert i tak bez większych oczekiwań byliśmy nastawieni na ten dzień. Zobaczyliśmy Bring Me The Horizon którzy dobrze łoili, ale niestety byli kiepsko nagłośnieni co najbardziej było słychać podczas bardziej melodyjnych kawałków, które niestety dalej pozostawały ścianą dźwięku. Po koncercie troszkę się pokręciliśmy, zrobiliśmy zakupy i takie tam i pod sceną pojawiliśmy się dopiero przed koncertem Trivium. Szkoda że chłopaki grali w większości kawałki z nowszych płyt na których brzmią jak wczesna Metallica, ale trudno. Wysłuchaliśmy, cieszyliśmy się jak dzieci jak grali starsze kawałki i ogólnie było dobrze. Następnie na scenie pojawił się Dimmu Borgir i chyba nikt nie miał wątpliwości skąd są Ci panowie. Pieszczochy na rękach, kupa żelastwa na ciele i mrok. Podczas koncertu siedzieliśmy troszkę dalej od sceny na karimacie, piliśmy piwko, jedliśmy ziemniaczki i podziwiali fajerwerki na scenie. Przyznam że bardzo miło mnie zaskoczyli. Jak to powiedziała Monika "taki melodyjny hałas" i bardzo się mi podobało. Następnie na scenie pojawił się Machine Head, którego twórczości nie znam kompletnie i znowu zostałem mile zaskoczony. Panowie kopali po zadach, głośno grali i melodyjnie, ale za równo szybko. Byłem bardzo zadowolony, chodź pod koniec troszkę znudzony. Dzień ostatni zapewnił mi rozrywki w sam raz.

Tak w sumie to po całym festiwalu mam mieszane uczucia. Z jednej strony świetna organizacja, ciepła woda pod prysznicami przez cały dzień i w miarę czyste kabiny, czyste ubikacje z papierem, świetnie dobrane kapele i dobre nagłośnienie. Z drugiej strony w piątkowy dzień upchnięte największe gwiazdy przez co nie zobaczyłem Mastodona, Slipknota i Metallici,tragiczni ludzie wiecznie nawaleni jak stodoła, sikający gdzie popadnie i ogólnie mający gdzieś muzykę, pole namiotowe wyglądające jak wysypisko śmieci, co niestety mocno psuło całą imprezę. Byłem, zobaczyłem i raczej na plus oceniam, ale jednak wolę się bawić w naszym kraju.

wtorek, 2 czerwca 2009

#100 zmiany

Zaniedbałem pisanie strasznie i to przez wiele razy wspominany tu temat, który już pewnie wszystkim zdążył się znudzić maksymalnie czyli magisterka. Przez cały ten czas pisałem, udawałem że piszę, obijałem się i takie tam ale w końcu mogę powiedzieć że napisałem! Teraz zostały mi jeszcze poprawki stylistyczne a jutro zanoszę do promotora i będę czekał na werdykt. Mam tylko nadzieję że nie każe jej pisać od nowa, bo na jakieś zmiany jestem przygotowany i na pewno się pojawią.

Poza tym rozstałem się z pracą w banku. Nie ma co płakać. Aktualnie mam jakieś dorywcze zajęcie a w między czasie szukam czegoś poważnego i zastanawiam się co w ogóle chciałbym robić w życiu? Nie idzie mi za dobrze z tym wymyślaniem, ale jakieś pomysły pojawiają się. Niektóre są całkiem nowe, inne zostały odkurzone z przeszłości i może coś z tego wyjdzie razem po zmieszaniu. Pożyjemy zobaczymy.

Dziś zostałem wybudzony telefonem ok 11 chyba i pierwsze co pomyślałem to: co za złamas dzwoni? Odebrałem i okazało się że tam moja ukochana Monika! Żeby było śmieszniej zadała tylko jedno pytanie: zamieszkamy razem od 1 lipca? Troszkę mnie zaskoczyła bo planowaliśmy to dopiero miesiąc później, ale oczywiście zgodziłem się! Tym o to sposobem za niecały miesiąc rozpoczynam dość poważny etap w życiu. Troszkę się boje, bo na pewno wiele się zmieni i nie będzie już takie samo. Jednak z drugiej strony nie mogę się doczekać i widzę znacznie więcej plusów takiej sytuacji niż minusów. Jak się nie zabijemy w pierwszy miesiąc to potem już będzie chyba coraz lepiej.

Tak pokrótce wyglądało moje życie przez ostatni czas. Ciągle siedziałem w domu albo w pracy i pisałem, żadnych wypadów na miasto, czego okropnie mi brakowało. Na szczęście zmienię to już w najbliższy piątek i tym miłym akcentem zakończymy ten wpis.