sobota, 4 lutego 2012

#131 Niewielka Biblioteka Savage Dragona

Jakiś czas temu przemierzając niczym nieograniczoną krainę zwaną internetem natrafiłem na bloga Larsenofilia poświęconego twórczości Erica Larsena. Człowiek kompletnie mi nie znany, a jego twórczość tym bardziej. Trochę poczytałem o tym co robi i w którymś poście,  natrafiłem na wspaniałą inicjatywę autora bloga. Mianowicie poinformował On czytelników, że w ramach akcji "Niewielka Biblioteka Savage Dragona" jak sam ją nazwał, można pożyczyć tom Sevege Dragona zawierający pierwsze 24 numery. Wystarczy tylko poinformować w komentarzu pod postem, że jest się chętnym, zapisać się do kolejki i oczekiwać na przesyłkę. Trochę musiałem się naczekać, chodź z góry było ustalone przez organizatora inicjatywy, że każdy z czytelników ma trzy tygodnie na przeczytanie i przesłanie paczki dalej. Jednak wiemy jak to w życiu bywa i terminy się wydłużyły.


W końcu otrzymałem paczkę i po jakimś tygodniu leżakowania na szafce, komiks w końcu trafił w moje dłonie. Sama historia to opowieść o zielonym obrońcy uciśnionych o posturze Pudziana, który pojawił się na naszej planecie, w wypalonym na ziemi okręgu gdzieś w Chicago. Savage Dragon jest zielony i posiada coś na kształt irokeza na głowie tylko, że zrobiony z płetwy. Nasz bohater posiada nadludzką siłę, potrafi się regenerować i nawet odtwarzać odcięte kończyny. Posiada również szczegółową wiedzę na temat całej naszej planety, ale niestety nie pamięta nic ze swej przeszłości. Poznając komiks o SD obserwujemy jego pierwszą pracę, potem przejście do policji. Jego drogę kariery, pierwsze miłości, wzloty i upadki można by rzec i wszystko to w otoczce superbohaterów.Sam komiks to typowe superhero z lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Kobiety mają talię osy, biusty olbrzymie,  kostiumy prawie nic nie zasłaniające i przeczące prawu grawitacji. Nasz bohater non stop bije się z innym wrogiem, dzięki czemu wachlarz złych postaci powiększa się w zastraszającym tempie. Rysunki niestety również są z lat 90 ubiegłego wieku co wiąże się z kwadratowymi karabinami. Dodatkowo anatomia bohaterów czasem kuleje i bohaterowie komiksu na różnych kadrach wyglądają inaczej.


Twórca całej akcji udostępnił zbiorcze wydanie pierwszych dwudziestu czterech numerów komiksu, co pozwala na całkiem rozsądne zapoznanie się z tym super bohaterem.
Bardzo podoba mi się inicjatywa pożyczenia za darmo całkiem obcej osobie z internetu komiksu do przeczytania. Z pewnością podziwiam właściciela i inicjatora  za pomysł i odwagę, bo przyznam, że sam raczej nie odważyłbym się na taki krok. Co do samego komiksu to jest to świetna podróż w dawne lata dzięki, której miałem okazję  znowu poczuć się jak małolat za czasów wydawnictwa TM Semic w naszym kraju. Tego pięknego okresu kiedy to komiksy kupowało się w każdym kiosku na rogu ulicy.

czwartek, 26 stycznia 2012

#130 Bouncer scen. Alejandro Jodorowsky rys. François Boucq

Alejandro Jodorowski przyzwyczaił mnie już do tego, że w swoich opowieściach pod pretekstem snucia jakiejś historii głównie analizuje okrucieństwo i zło jakie potrafią serwować sobie ludzie nawzajem z różnych powodów. Równocześnie nie odmawiając sobie prawa do epatowania tym wszystkim.  Ten komiks pogłębił tylko moją małą teorię, a przy okazji pokazał jak świetnie scenarzysta rozumie zasady na jakich działa gatunek zwany westernem. Bouncer to klasyczna opowieść o poganiaczach bydła. Poznajemy historię trzech braci od ich narodzenia, wspólnego dojrzewania i pierwszych przestępstw, przez wielką kłótnię, która rozdzieliła ich na wiele lat i doprowadziła do smutnego finału.  Chodź spędzili swe życia w dużej mierze osobno, to cały czas przeplatały się ich losy i nawet jeśli nie wiedzieli o tym, to cały czas oddziaływali na swe życia.



Sam komiks to opowieść bardzo złożona i dobrze przemyślana. Od pierwszej strony widać, że wszystko tutaj jest na swoim miejscu praktycznie nie ma żadnego zbędnego kadru. Postacie, które są na początku epizodyczne i wydają się tylko mało istotnym tłem, w późniejszej części komiksu okazują się ważnymi  dla fabuły. Wszystko się z sobą łączy w sensowny sposób. Jest to również bardzo ponura i smutna historia, w której nawet jeśli już pojawiają się pozytywne akcenty, to tylko po to, aby zakończyć się w przerażający sposób. Jak to chyba zawsze u Jodorowskiego, tak i tutaj mamy kontakt z morderstwami, zdradami, ludobójstwem, matka głównych bohaterów jest prostytutką, skąpstwem, mordującymi się nawzajem rodzinami i wieloma innymi okropieństwami tego świata.


Mnie najbardziej spodobała się cała konstrukcja fabuły. Historia jest zawarta w pięciu numerach i rozpoczyna się jako typowa opowieść o zemście. Poznajemy młodego chłopaka, któremu zbuntowani żołnierze konfederatów po przegranej wojnie zabijają rodziców. Naszemu głównemu bohaterowi cudem udaje się uciec od śmierci. Następnie odnajduje swojego wuja,  tytułowego Bouncera będącego wykidajłom w podrzędnym saloonie. W tym momencie byłem pewien, że do samego końca komiksu fabuła będzie opowiadać drogę do zrealizowania zemsty. Jakże klasycznego tematu w westernach. Jednak wielkim zaskoczeniem dla mnie okazał się fakt, że czyn ten został już zrealizowany pod koniec drugiego tomu historii. Cała historia zapomina o naszym młodzieńcu, a głównym bohaterem opowieści zostaje Bouncer. Dzięki temu zabiegowi śledzimy losy bohatera nieszczęśliwego, wiecznie prześladowanego z powodu swego kalectwa i walczącego z wszelkimi przeciwnościami losu, które bardzo licznie dostarczało mu życie.


Co do warstwy graficznej, trzeba przyznać, że dobrze oddaje klimat komiksu. Bardzo realistyczna kreska, utrzymana w raczej pastelowej palecie świetnie oddająca piaskowe i raczej pozbawione zieleni krajobrazy amerykańskiej prerii. François Boucq dobrze wyczuł pesymistyczny klimat całej opowieści i przelał to uczucie na swe ilustracje. Jednak to jak dobrze tym dwóm twórcom współpracuje się razem można też zaobserwować przy innej ich pracy, a mianowicie "Księżycowa Gęba" również wydanej w naszym kraju.


Co do wydania, to jak zwykle jest to świetna robota, do czego Egmont już zdążył przyzwyczaić swoich czytelników serią Plansze Europy. Wszystkie pięć tomów zebrane w twardej oprawie na kredowym (chyba, w każdym bądź razie na gładkim) papierze, ze świetnymi kolorami. Co prawda cena poraża jak na wydanie za jednym zamacham, ale w przeliczeniu na ilość albumów w środku to wcale nie jest tak drogo. Brakuje tylko może jakiś dodatków w tomie, ale widać nie można mieć wszystkiego.


Dla mnie Bouncer to dobrze zrealizowany western z  ciekawą opowieścią, świetnymi wielowymiarowymi bohaterami, który jest świetnie przemyślany i opowiedziany od początku do końca. Gdybym był fanem westernu postawiłbym go obok klasyki gatunku na półce i dołączyłby do moich ulubionych dzieł. Niestety nie jestem i dlatego dla mnie jest to po prostu dobry komiks. Chodź muszę zauważyć, że przeczytałem go już tydzień temu, a on nadal siedzi w mojej głowie, co często się nie zdarza. Może przyjdzie jeszcze czas kiedy będę musiał zrewidować swoje zdanie na temat tego dzieła.

sobota, 31 grudnia 2011

#129 Joe the Barbarian scen. Grant Morrison rys. Sean Murphy


Joe to cukrzyk i nastolatek  nie mogący się dopasować do rówieśników w szkole. Wychowuje go samotna matka, gdyż ojciec żołnierz zginął w Iraqu. Pewnego razu, gdy nasz bohater zostaje sam w domu dostaje ataku spowodowanego brakiem cukru w organizmie. To wydarzenie powoduje, że nasz bohater przenosi się w krainę fantazji w której jest Dying Boy. Bohaterem przepowiedzianym w pradawnych legendach, który pojawi się pewnego dnia i uratuje krainę przed złym King Death. 


Cała mini seria składa się z ośmiu części i o ile po pierwszych dwóch byłem bardzo zadowolony, to czym dalej, tym niestety gorzej. Cała historia jest świetnie wymyślona i bardzo podoba mi się jej ogólne założenie stworzenia alternatywnego świata na podstawie mieszkania nastolatka. Główni bohaterowie wymyślonej krainy to zabawki naszego Joe i świetnie się bawiłem rozpoznając postacie  znane z filmów i komiksów takie jak: Transformersy, G.I.Joe, Batmana i Robina, Mr Freeza, postacie ze Star Treka, Lobo i wiele innych. Widok troskliwego misia siedzącego w robocie z Aliena i walczącego z najeźdźcami rozbawił mnie okropnie. Dodatkowo na ulicach wymyślonej krainy stały Gameboye i oldschoolowe joysticki wielkości domów co bardzo odpowiadało mojej estetyce. Cały komiks jest pomyślany jako opowieść z dwóch światów równocześnie, jednego wymyślonego i drugiego prawdziwego w których równocześnie nasz bohater musi wykonać to samo zadanie. W prawdzie w obu przypadkach chodzi o uratowanie życia, to w jednym świecie wykonanie tego jest epickie i niezwykle widowiskowe, a w drugim jest to po prostu ciężka walka z chorobą. Cała konstrukcja opowieści spowodowała, że miałem nadzieję na coś wyjątkowego, lecz niestety nie było mi dane tego doświadczyć.


Niestety ten komiks to zmarnowany świetny pomysł. Czyta się to dość opornie i przyznam przysypiałem gdzieś w okolicach połowy. Pomimo bardzo bogatego świata cała historia jest prosta jak konstrukcja cepa i jeśli czytelnik miał przedtem do czynienia z jakąkolwiek opowieścią fantasy to bez problemu przewidzi całą opowieść. Oba światy się przenikają, jeden dla drugiego jest symboliczny i pełni rolę przenośni. Lecz niestety jest to zrobione w tak dosłowny sposób, że nie pozostawia, żadnego miejsca dla domysłów czytelnika.


Co do rysunków pana Murphyego to muszę przyznać, bardzo mi się spodobały. Kreska dość ekspresyjna, taka jakby lekko przybrudzona sprawiająca wrażenie  takiej od niechcenia zrobionej, albo jakby ze szkicownika. Jednak świetnie pasująca do klimatu opowiadanej historii. Kolorystycznie komiks odpowiada, temu gdzie akurat znajduje się główny bohater. Jeśli grozi mu niebezpieczeństwo to paleta jest raczej ciemna i ponura. Jeśli natrafia na chwilę wytchnienia, wtedy robi się bardziej kolorowo i radośnie. Pięknie to pasuje do całej opowieści i tworzy ciekawy klimat.


Nie czekałem na ten komiks. Przeczytałem całkowicie przypadkiem i szczerze powiem, że zabierając się za niego nie oczekiwałem niczego. Początek bardzo mnie ucieszył i pokazał, że ta opowieść ma wielki potencjał. Później niestety z powodu słabej opowieści i przedstawionej bardzo dosłownie, ja osobiście zawiodłem się na lekturze. Ten komiks mnie tylko utwierdza w przekonaniu, że Grant Morrison wcale nie jest tak genialnym twórcą za jakiego powszechnie jest uznawany.


wtorek, 20 grudnia 2011

#128 Killer Elite reż. Gary McKendry scen. Gary McKendry i Matt Sherring

Miałem wolny dzień z moim kolegą kacykiem i tak razem wymyśliliśmy, żeby  coś razem zobaczyć.  Jakoś tak nas dwóch samców wzięło na jakieś prawdziwe męskie kino. Zaczęliśmy poszukiwania i natrafiliśmy na film Killer Elite. Plakat podpowiadał nam że jest to dokładnie taki film jakiego poszukiwaliśmy. Trzech wielkich twardzieli, z jeszcze większymi spluwami i eksplozją w tle. Swoją droga nie dziwię się, bo jak głosi znana teoria: wszystko na tle eksplozji wygląda lepiej! Sprawdziliśmy jeszcze trailer, co by się upewnić czy to aby na pewno dobry wybór, który upewnił nas w decyzji. Były w nim same eksplozje, pościgi i strzelaniny. Wszystko to czego pragnęliśmy. Jak wielkie było nasze zaskoczenie już po odpaleniu filmu, chodź ku naszemu zaskoczeniu jeszcze bardziej na plus.


Sam film opowiada historię najemnika Dannego (Stathama), który dowiaduje się, że jego mentor Hunter (De Niro) został uwięziony przez jednego szajka za nie wykonanie zlecenie. Chcąc pomóc przyjacielowi, nasz bohater podejmuje się niemożliwej misji zabicia trzech komandosów SAS, którzy kiedyś zamordowali synów zleceniodawcy. Na sam początek Danny dostaje namiary na pierwszą ofiarę, a cały film opowiada o poszukiwaniach pozostałych i wszelkich problemach jakie z tego wynikną.


Spodziewałem się kina z szybką akcją, gdzie fabuła jest tylko dodatkiem, a otrzymałem dobrze zrealizowany film w którym fabuła jest najważniejsza i trzymająca w napięciu. Całość wciągnęła mnie do tego  stopnia, że nawet się nie zorientowałem kiedy minęły te prawie dwie godziny. Dodatkowo pod koniec przyłapałem się, jak oglądałem film w prawdziwym napięciu co będzie dalej! To mi się bardzo rzadko zdarza.


Co prawda można ponarzekać na głównych aktorów, którzy w sumie nic nie pokazują specjalnego swoją grą. Statham jak zwykle gra dwoma minami z wspaniałym brytyjskim akcentem. De Niro też się nie popisał, przez większość filmu siedząc w niewoli i oglądając go miałem wrażenie, że jest tylko po to aby przyciągnąć więcej ludzi do kina. Jedynym który zasługuje tutaj na uwagę to Clive Owen grający byłego komandosa SAS, ciągle pilnującego kolegów z wojska i który nie zauważył gdy przeszedł na emeryturę. Chodź trzeba przyznać, że każdy z nich świetnie sprawdził się w swoich rolach. Nie jest to po prostu nic wybitnego, ale też nic takiego nie wymaga się od takiego kina.


Sam zabierając się za ten film oczekiwałem głupiego kina akcji przy, którym wyłączę mózg na dwie godzinki. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu otrzymałem świetne kino sensacyjne z bardzo ciekawą fabułą, trzymające w napięciu i w dodatku z drugim dnem. Kino dające nawet troszkę do myślenia po seansie i do którego po jakimś czasie z przyjemnością mogę wrócić.

środa, 30 listopada 2011

#127 The Elder Scrolls V: Skyrim - przemyślenia

Przyznam szczerze, wcale nie czekałem na tą produkcję. Nie grałem w żadną z poprzednich części i była mi ona całkowicie obojętna. Dopóki jakoś krótko przed premierą nie obejrzałem jednego dłuższego filmiku na Polygamii, tak żeby sprawdzić o co tyle hałasu i spodobało się. Pomyślałem sobie - może być całkiem fajnie i jak wyjdzie to chętnie sprawdzę. Jednak nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie byłem w stanie przewidzieć co się stanie ze mną po instalacji tej gry.



Gram co dziennie po kilka godzin, bo jako osoba pracująca nie mam czasu na więcej. Na liczniku gry widać, że poświęciłem jej już prawie 20 h, a jest to dopiero początek mojej przygody. Czuję się przytłoczony ogromem tej produkcji i powoli muszę się zmuszać, aby grać codziennie. Jednak z drugiej strony za każdym razem gdy już zasiądę to wsiąkam na kilka godzin bez problemu. Po mimo kilku denerwujących aspektów jak na przykład zadań z serii: zajdź/zabij/znajdź/przynieś, ewidentnej konwersji z konsoli, która zmusza gracza do przejścia przez całe menu, aby zmienić używany przedmiot w ręce lub zaklęcie, zamiast kliknąć myszką na umiejętności jak np. w Diablo (co jest szybsze i znacznie wygodniejsze) to pomimo tego wszystkiego ciągle wracam do tej gry i chcę robić to jak najczęściej. Zaczynam się czuć jakbym pracował na drugi etat i mozolnie co dziennie odwalał kilka godzin. Dodatkowo Skyrim , sprawia że ciągle o nim myślę. W pracy zastanawiam się gdzie zajdę, co zrobię, a przed snem analizuję co dziś zrobiłem i co było można zrobić lepiej.



Dodatkowo jest to gra, która ma ciekawą fabułę. Poza standardowymi zadaniami, jakie można znaleźć w każdym rpg, są również bardziej wymagające, rozbudowane i wymagają myślenia. Świetny patentem jest również to, że wszystko ma tutaj podwójne dno. Kończysz zadanie i okazuje się od razu, że to tylko wstęp do następnego. Idziesz przez jaskinię i widzisz wodospad, to bądź pewny, że za nim kryje się jakaś komnata, albo ukryty labirynt. Jednak największym plusem tej produkcji jest uczucie całkowitego braku liniowości, które ostatni raz odczuwałem chyba grając w Fallout 2! We wszystkich rpgach w jakie grałem ostatnio wszystko kręciło się wokół głównego wątku, a tutaj cały czas jesteśmy od niego odpychani. Co prawda jest wyraźnie zaznaczone główne zadanie, ale ogrom możliwości tego co możemy robić, bardzo skutecznie zajmuje czas i daje zapomnieć o jakiejkolwiek głównej opowieści. Zaczynając od zostania zwykłym rzemieślnikiem, przez zwiedzanie świata, a kończąc na robieniu zadań, których jest multum. Ta gra mnie przeraża i przytłacza swoim ogromem.


Jak pisałem na samym wstępie grałem dopiero ok 20 h i nie jest to nawet początek mojej przygody. Dlatego też nie ma to być w żaden sposób recenzja. Raczej są to moje luźne przemyślenia odnośnie gry, która zabiera ostatnio cały mój czas poza pracą, a czasem nawet i w niej. Przyznam, jest to wielka nowość dla mnie i jak najpierw myślałem, że Wiedźmin 2 będzie moją grą roku 2011, potem Batman: Arkham Asylum, to teraz nie mam wątpliwości który tytuł zasługuje na to miano przynajmniej według mnie.

poniedziałek, 10 października 2011

#126 Rage

Kiedy gra zostaje zrobiona przez istną legendę rynku jaką jest bez wątpienia ID Software, którą kojarzy nawet taki laik jak ja. Dodatkowo wydawcą zostaje studio Bethesda Softworks, mające na swoim koncie wiele świetnych tytułów, to pewnym jest że możemy spodziewać się gry na bardzo wysokim poziomie. Tak też zapowiadał się Rage. Połączenie FPS z grami wyścigowymi okraszone sporą przygodą w post apokaliptycznym świecie. Dla mnie, wielkiego fana starych Falloutów brzmiało to jak spełnienie marzeń. Naoglądałem się trailerów i z niecierpliwością oczekiwałem premiery gry.


W końcu się ukazała, instalacja i pierwszy zawód. Podczas pierwszego odpalenia wyskoczył błąd informujący, że nie można zainicjować czegoś tam z dźwięku i gra nie ruszy. Kilka minut na różnych forach, kilka prób dogrywania różnych sterowników i okazało się, że wystarczyło zainstalować najnowszego directx, aby wszystko pięknie chodziło. Gra sama w sobie robi bardzo ładne pierwsze wrażenie. Ciekawe, pięknie zrealizowane intro. Zaczynamy grać, wychodzimy z pierwszej lokacji i opad szczęki. Podczas rozglądania się po okolicy ewidentnie widać jak program doczytuje tekstury, co wygląda żałośnie. Zostało to już jednak szczegółowo opisane i pokazane w wielu miejscach, więc ja nie mam zamiaru się nad tym rozwodzić więcej. Po mimo tego postanowiłem grać dalej, bo jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało.


Zadania opierają się na tym, aby gdzieś dojechać, zlikwidować wszystkich wrogów, którzy staną nam na drodze, coś zabrać i powrócić do bazy. Niby jest do tego jakaś fabuła, ale kompletnie mnie nie interesowała. Dodatkowo dzięki mapie, która prowadzi nas za rączkę do celu nie trzeba kompletnie przejmować się intrygą. Jakby tego było mało sam model jazdy pojazdami jest straszny. Czego może nie widać na początku, podczas jezdy się po bezdrożach. Jednak gdy dotrzemy do pierwszego miasteczka, gdzie można zostać kierowcą rajdowym ten problem widać jak na dłoni. Samochodem strasznie rzuca, problem jest wybrać ostrzejszy zakręt. Więcej w tym frustracji, niż przyjemności. Wracając do samych zadań, to niestety są nudne. Ciągle idziemy przed siebie i strzelamy do wrogów bez jakiejś większej przyjemności. Wiem,  w takim Call of Duty robimy dokładnie to samo, ale z podekscytowaniem i przejęciem. Tutaj niestety nie występuje to uczucie.  Absolutnie nic mnie nie zachęcało, aby grać dalej. Nawet złapałem się w pewnym momencie, jak zastanawiałem się po co ja to w ogóle robię.


Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie natomiast ukryta lokacja z pięknym pikselowym Wolfenstein 3d! Wspaniały ukłon obu firm dla klasyki. Dodatkowo w pierwszym miasteczku można odnaleźć figurkę Pip-boy'a, co również mnie rozczuliło. Zakładam, że w dalszej części gry będzie tego więcej. Jednak nie mnie to będzie sprawdzić. Świetnym dodatkiem jest również możliwość grania z bohaterami niezależnymi w karciankę. Sama gra bardzo prosta, chodź przyjemna. Możemy zakupić początkowy zestaw u sprzedawców, a dodatkowe karty są porozrzucane po lokacjach gry. Co do samych lokacji to trzeba przyznać zostały zaprojektowane wspaniale. Oddają niesamowicie klimat wyniszczonego świata, z wielkimi kraterami i wszechogarniającymi ruinami zniszczonej cywilizacji.


Pewnie jak zostanie wydany patch poprawiający grafikę to ta gra będzie piękna. Może dalsze zadania są bardziej wymagające i ciekawe i  sprawiają większą przyjemność z grania. Niestety ja na samym początku tak mocno się wynudziłem, że nie mam już ochoty tego sprawdzać. Może za dużo wymagałem, albo za bardzo się nakręciłem na samą grę. Nie wiem, za to jestem pewien, że nie mam ochoty wracać już do tej gry.

niedziela, 9 października 2011

#125 Fuk sau che chi sei, reż: Ching-Po Wong, scen: Juno Mak

Ostatnimi czasy zaczynam mieć przesyt amerykańskich filmów. Pewnie spowodowane jest to tym, że głównie oglądam jakieś lekkie kino rozrywkowe. Jednaj wśród nowości nic ambitnego też raczej nie powstaje. Wszystkie są do siebie mocno podobne, męczące i nic nie wnoszące. Dlatego też powoli rozpocząłem powrót do kina azjatyckiego. Tak też trafiłem na Fuk sau che chi sei. Filmowi z  Hongkongu udała się trudna sztuka, której już dawno nie czułem podczas żadnego seansu. Mianowicie zostałem zahipnotyzowany od pierwszych minut seansu i chłonąłem każde ujęcie, klimat, fabułę. Znowu czułem magię kina.


Cała opowieść zaczyna się bardzo mocnym akcentem i dość brutalnym co może zniechęcić część potencjalnych widzów. Mianowicie oglądamy najpierw scenę wyławiania przez policjantów białego worka z rzeki, w którym okazuje się jest ciało noworodka. Chwilę później zostaje odnaleziona matka dziecka leżąca w olbrzymiej kałuży krwi. Kilka minut później zostaje znaleziona kolejna kobieta zamordowana w ten sam sposób, co rozpoczyna pogoń stróżów prawa za mordercą. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to jak streszczenie z kolejnej części Piły, ale na szczęście tak nie jest. Jest to wstęp do niezwykle wciągającej historii, niezwykle mocno trzymającej w napięciu.


Fabuła opowiada o niewinnej miłości, która przez przypadek i wielkiego pecha prowadzi do niezwykle brutalnej i długiej zemsty na oprawcach. Podczas oglądania filmu, czasem zastanawiałem się czy główny bohater nie przesadza w swojej zawziętości, aby wymierzyć zaplanowaną karę. Czy po pierwszym zabójstwie nie powinien ustąpić i zaprzestać realizacji planu. Czym więcej dowiadywałem się o całej historii tym bardziej zastanawiałem się nad zachowaniem głównego bohatera i podziwiałem jego determinację. Równocześnie zaczynała mi kiełkować w głowie myśl, czy aby nasz bohater nie przeszedł na ciemną stronę z powodu wątpliwie moralnie czynów.


Film mocno zaskoczył mnie również od strony wizualnej. Obraz został zrealizowany w bardzo spokojnym, takim wręcz nastrojowym klimacie. Cała historia biegnie takim leniwym tempem. Dość typowym dla kina azjatyckiego. Dodatkowo twórcy bardzo umiejętnie wykorzystali możliwość pokazania niektórych scen w zwolnionym tempie. Jednak nie jest to realizacja w stylu słynnego bullet timu z Matrixa. Zastosowanie tego typu ujęć świetnie pasuje do klimatu całego obrazu. Równocześnie dodając wysmakowania i piękna dość brutalnej opowieści.


Przyznam szczerze, mnie film zaskoczył bardzo pozytywnie. Jest to bardzo dobry thriller skierowany dla dorosłego widza. Dodatkowo historia nie jest sztampowa i prowadzi do zaskakującego finału dającego dość mocno po twarzy oraz skłaniającego  do przemyśleń.