Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vertigo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vertigo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 czerwca 2013

#231 Y: The Last Man vol.9 - Motherland, scen. Brian K. Vaughan, rys. Pia Guerra oraz Goran Sudzuka

955621-9Przed ostatni tom wydania zbiorczego z numerem 9 jest w sumie tym na który wszyscy czytelnicy tej serii czekali od samego początku. Po ostatnich wydarzeniach wszyscy nasi bohaterowie aktualnie znajdują się w Chinach, w jakiejś mało ważnej miejscowości. Jednak co niewątpliwie jest istotne, nareszcie zostaje wyjaśniona zagadka tajemniczej zagłady praktycznie całej populacji mężczyzn na Ziemi i w sumie można by poprzestać pisząc o tym tomie.


Osobiście jednak mam dość spory problem z wyjaśnieniem jakie zaprezentował Vaughan. Jego koncepcja średnio do mnie przemawia. Trudno co prawda jest napisać o nim coś więcej, nie psując nikomu przyjemności z lektur jednak nie tego się spodziewałem. W sumie wszystko pasuje do siebie i układa się w sensowną całość jednak pod warunkiem, że przyjmiemy za prawdziwą teorię na której wszystko się opiera. Niestety dla mnie, jest to jakaś bzdura z pogranicza SF starająca się uchodzić za pseudo naukową koncepcję i to mocno psuje mi odbiór całości. Może miałem za duże oczekiwania i spodziewałem się zbyt wiele? Nie wiem. Jednak przyznać trzeba, przynajmniej widać wysiłek jaki włożył we wszystko scenarzysta, aby całość ładnie po domykać i jako całość wygląda to w porządku. Przecież zawsze mógł pójść na łatwiznę i wmówić czytelnikom, że to wszystko był tylko sen którejś z postaci jak często się robi w popkulturze lub wykorzystać jakieś inne równie oklepane przez popkulturę wyjaśnienie.


Jednak jest w tym tomie coś, co sprawia, że warto po niego sięgnąć i mam tutaj na myśli ostatnią opowieść w nim zawartą. Skupia się ona na dwóch artystkach z wędrownej trupy teatralnej znane już czytelnikom z jednego z poprzednich tomów. Zarówno jak wtedy, tak i teraz głównym wątkiem jest  sztuka oraz jej rola w życiu każdego z nas. Wszystko zaczyna się od kłótni, a kończy na wydawaniu komiksu w którym dwie autorki przeinaczają całą opowieść o Yoricku i tym razem giną na Ziemi wszystkie kobiety. Wszystko to prowadzi do całkiem innych wydarzeń i krajobraz po zagładzie wygląda inaczej, niż znamy z przygód ostatniego mężczyzny. Lubię taką autoironię, dystans i zabawę własnym dziełem jak pokazał w tym przypadku sam autor. Dobra opowieść na sam koniec dość ciężkiego tomu.

czwartek, 18 kwietnia 2013

#212 Y: The Last Man vol. 8:Kimono Dragons, scen. Brian K. Vaughan, rys. Pia Guerra

6140_400x600Kolejny tom przygód ostatniego mężczyzny na Ziemi rozpoczyna powolny etap zamykania wszystkich wątków przed zakończeniem serii. Co mnie cieszy, bo nareszcie poznam odpowiedzi na wszelkie nurtujące mnie pytanie oraz równocześnie wzbudza lekki niepokój, że scenarzysta nie podoła wysokiemu poziomowi serii i wymyśli na koniec jakieś banalne zakończenie.


Tymczasem nasi bohaterowie nareszcie docierają do Japonii, gdzie doprowadził ich trop porywacza Ampersanda, o którym już od dawna wiadomo, że może być wyjaśnieniem zagadki wyginięcia wszystkich mężczyzn. Fabuła zawarta w tym tomie została podzielone na dwa główne tematy. Jednym z nich jest historia Yoricka, który wraz z agentką 355 stara się odzyskać utraconą małpę. Co nie jest łatwym zadaniem, gdyż aktualnie jest ona pupilkiem szefowej Yakuzy. Wydawać by się mogło, że wątek ten będzie pełen akcji, a tym czasem skupia się na poważnej rozmowie pomiędzy dwójką głównych bohaterów, którzy w końcu zdecydowali się być szczerzy względem siebie. Przyznam, nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Pokazanie tych dwóch postaci od trochę innej strony wyszło autorowi świetnie. Dzięki temu postać agentki okazała się bardziej istotą ludzką, niż robotem do zabijania jakim była przez większość tej serii. Dobrym żartem, ze strony scenarzysty jest umieszczenie rozkapryszonej amerykańskiej gwiazdki muzyki pop w roli szefa Yakuzy, ubawiło mnie to przedni.


Drugi wątek skupia się na postaci dr Mann, która w towarzystwie swojej kochanki postanawia odnaleźć matkę. Pani doktor nie może uwierzyć, że ślad za porywaczem jedynie przez zbieg okoliczności zaprowadził ją do rodzinnego miasta. Czytelnik śledząc wydarzenia towarzyszące poszukiwaniu rodzica ma okazję poznać historię życia jednej z głównych bohaterek serii. Od czasów dzieciństwa aż do jej etycznie wątpliwych eksperymentów medycznych. Najciekawiej w tym wszystkim przedstawia się jej relacja z ojcem, która dość mocno odcisnęła swe piętno na jej całym późniejszym życiu.


Jak zwykle w przypadku tej serii, jest to kolejny dobry tom, który zapewnił mi przyzwoitą rozrywkę. Podoba mi się sposób w jaki Vaughan prowadzi fabułę całej opowieści. W tym tomie są główne dwa wątki, jednak cały czas przeplatają się z kilkoma innymi. Dzięki temu czytelnik się nie nudzić, a przy okazji otrzymuje coraz więcej podpowiedzi prowadzących do finału, który zbliża się wielkimi krokami. Ostatecznie do końca jeszcze tylko dwa tomy.


piątek, 21 września 2012

#169 Y: The Last Man – Vol. 5 Ring of Truth scen. Brian K. Vaughan rys. Pia Guerra

Piąte wydanie zbiorcze zawiera numery #24-31 oryginalnych wydań zeszytowych i zawarte zostały w nim trzy opowieści, w których poznajemy Beth, przeszłość Hero  oraz zostaje wyjaśniona tajemnica dlaczego Yoryck wraz z Ampersandem przeżyli zagładę jako jedyni przedstawiciele mężczyzn na Ziemi.


Pierwsze dwa zeszyty to opowieść Tongues of Flame, w której Yorick próbuje sobie poradzić z  ciążącym mu sumieniem. Boryka się z tym problemem od czasu zabicia kobiety w poprzednim tomie. Jakoś przypadkiem trafia do pobliskiego kościoła gdzie spotyka Beth. Opiekunkę miejsca kultu, w której towarzystwie spędza trochę czasu. Spędzają sporo czasu na rozmowie i cieszeniu się swoim towarzystwem. Dzięki czemu mieli okazję zaspokoić potrzebę bliskości drugiej osoby, co było potrzebne im obojgu. Dodatkowo nasz bohater pomaga nowo poznanej kobiecie obronić budynek przed Amazonkami. Co trzeba powiedzieć ostatni mężczyzna zrobił w brawurowy sposób.


Kolejna opowieść Hero's Journey opowiada historię siostry Yoricka, która jest dość traumatyczna. Widzimy jej relacje z ojcem, wiecznie układającym jej życie i nie akceptującym jej związku z kierowcą karetki. Pierwszą inicjację seksualną, oraz część życia po wybuchu zarazy. Dzięki temu, znacznie łatwiej jest czytelnikowi zrozumieć dlaczego właśnie u tej bohaterki indoktrynacja Amazonek okazała się tak skuteczna. Zostają również przedstawione jej losy po wydarzeniach z Marrisville oraz jej droga do odnalezienia brata.


Ostatnia i zarazem najdłuższa opowieść w tym tomie to Ring of Truth. Nasza czwórka wędrowców nareszcie dociera do Californii. Podczas, gdy pani doktor Allison stara się rozwiązać zagadkę życia dwóch ostatnich samców na Ziemi, zjawiają się byli agenci Culper Ring i wszystko komplikują. Gdy ten problem zostaje jednak rozwiązany i poznajemy tajemnicę odporności samców pojawia się tajemnicza ninja o imieniu Toyota, która ponownie porywa Ampersanda.


Bardzo podoba mi się przemiana głównego bohatera, gdy dowiaduje się dzięki czemu nadal żyje. Najpierw jest zły i  ma spory problem z zaakceptowaniem tego. Jednak po dłuższej chwili jakoś godzi się z zaistniałą sytuacją. Dzięki czemu zmienia się do tego stopnia, że gdy jego towarzysze znajdują się w wielkim niebezpieczeństwie, to staje w ich obronie. Wie, że nie ma już nic do stracenia i nie musi się niczego bać. Narażając własne życie, pomaga swym towarzyszą.


Trzeba przyznać, jest to kolejny dobry tom tej serii sprawiający, że od razu ma się ochotę na więcej. Szybka akcja, jest przeplatana spokojniejszymi fragmentami świetnie rozbudowującymi wątki poszczególnych postaci. Dzięki temu otrzymujemy bardzo dobrze napisaną i kompletną historię od której naprawdę trudno się oderwać. Tutaj nawet postacie epizodyczne jak Beth, są pełnokrwistymi i ciekawymi bohaterami opowieści.  Dodatkowo wielkim plusem tego komiksu jest równomierne rozłożenie wprowadzania nowych wątków, a rozbudowywania już nam znanych. Dzięki temu zabiegowi, naprawdę trudno oderwać się od tej opowieści i z każdą stroną czytelnik ma ochotę na więcej.

niedziela, 29 kwietnia 2012

#136 Y: Ostatni z Mężczyzn - tom #1 Zaraza scen. Brian K. Vaughan rys. Pia Guerra

Pamiętam jak w 2008 roku na naszym skromnym rynku komiksowym pojawiło się nowe wydawnictwo Manzoku i jaka była moja olbrzymia radość, gdy zaprezentowali swoje plany wydawnicze. Było tam między innymi Planetary i The Authority Warrena Ellisa, DMZ Briana Wooda. Oprócz tego w zapowiedziach było jeszcze kilka  innych dobrych tytułów, których z racji czasu już nie pamiętam. Jednak wiem, że większość miałem w planach kupować. Dodatkowo były to komiksy wydawane w świetnej relacji ceny do jakości co zachęcało jeszcze bardziej. Wielce się cieszyłem z pojawienia wydawnictwa które wydawało dobre komiksy środka, a najbardziej byłem zadowolony z wydawania serii z Vertigo Y: The Last Man.


Pierwszy tom zawiera w sobie pięcioczęściową opowieść pod tytułem Zaraza i tak naprawdę jest to wprowadzenie do świata i przedstawienie bohaterów. Komiks opowiada historię w której w jednym momencie na całej kuli Ziemskiej giną wszyscy przedstawiciele ssaków z chromosomem Y. Za wyjątkiem oczywiście Yorika, głównego bohatera serii i jego małpki Ampersanda. Muszą się oni odnaleźć w świecie bez mężczyzn, gdzie upadają rządy i całe państwa. Zaczyna po woli wszystkiego brakować i wygląda jakby miał nadciągnąć koniec ludzkości. Część kobiet po prostu opłakuje stratę najbliższych, inne tworzą ruch amazonek i zwalczają każdy symbol patriarchatu, a jeszcze inne próbują jakoś odbudować normalne życie. W takim świecie Yorik pod wpływem pewnych wydarzeń otrzymuje eskortę tajnej agentki 355 i wyrusza do Bostonu na poszukiwanie pani doktor, specjalistki od klonowania. Być może będącej w stanie rozwikłać zagadkę dlaczego na świecie pozostało dwóch męskich osobników i jakoś pomóc w odbudowie męskiej populacji.


Od strony wizualnej komiks prezentuje się jak typowa seria z Vertigo, która chyba przy żadnym tytule nigdy nie zatrudniała jakiegoś wielce utalentowanego artysty, tylko raczej sprawnych rzemieślników. Rysunki są realistyczne i starają się jak najlepiej odwzorować rzeczywistość. Razem z tradycyjnym kadrowaniem sprawia, że komiks czyta się łatwo i przyjemnie. Paleta kolorów raczej utrzymana jest w ciemnej tonacji, jednak zostało to wymuszone treścią fabuły, gdyż większość akcji odbywa się w nocy.


Polskiemu czytelnikowi, gdy przeczyta z tyłu komiksu streszczenie fabuły z pewnością pierwsze skojarzenie nasunie się z Seksmisją Juliusza Machulskiego i nie ma się temu co dziwić bo punkt wyjścia jest taki sam jednak jego rozwinięcie już całkiem inne. Mnie bardzo ucieszyła ta seria i świetnie się bawiłem przy czytaniu pierwszych trzech tomów. Bo niestety tylko tyle zostało u nas wydane zanim Manzoku zanim zakończyło swą działalność. Teraz po prawie czterech latach udało mi się zdobyć wszystkie dziesięć tomów i nareszcie mogę skończyć opowieść która tak długo czekała na swoją kolej.

sobota, 31 grudnia 2011

#129 Joe the Barbarian scen. Grant Morrison rys. Sean Murphy


Joe to cukrzyk i nastolatek  nie mogący się dopasować do rówieśników w szkole. Wychowuje go samotna matka, gdyż ojciec żołnierz zginął w Iraqu. Pewnego razu, gdy nasz bohater zostaje sam w domu dostaje ataku spowodowanego brakiem cukru w organizmie. To wydarzenie powoduje, że nasz bohater przenosi się w krainę fantazji w której jest Dying Boy. Bohaterem przepowiedzianym w pradawnych legendach, który pojawi się pewnego dnia i uratuje krainę przed złym King Death. 


Cała mini seria składa się z ośmiu części i o ile po pierwszych dwóch byłem bardzo zadowolony, to czym dalej, tym niestety gorzej. Cała historia jest świetnie wymyślona i bardzo podoba mi się jej ogólne założenie stworzenia alternatywnego świata na podstawie mieszkania nastolatka. Główni bohaterowie wymyślonej krainy to zabawki naszego Joe i świetnie się bawiłem rozpoznając postacie  znane z filmów i komiksów takie jak: Transformersy, G.I.Joe, Batmana i Robina, Mr Freeza, postacie ze Star Treka, Lobo i wiele innych. Widok troskliwego misia siedzącego w robocie z Aliena i walczącego z najeźdźcami rozbawił mnie okropnie. Dodatkowo na ulicach wymyślonej krainy stały Gameboye i oldschoolowe joysticki wielkości domów co bardzo odpowiadało mojej estetyce. Cały komiks jest pomyślany jako opowieść z dwóch światów równocześnie, jednego wymyślonego i drugiego prawdziwego w których równocześnie nasz bohater musi wykonać to samo zadanie. W prawdzie w obu przypadkach chodzi o uratowanie życia, to w jednym świecie wykonanie tego jest epickie i niezwykle widowiskowe, a w drugim jest to po prostu ciężka walka z chorobą. Cała konstrukcja opowieści spowodowała, że miałem nadzieję na coś wyjątkowego, lecz niestety nie było mi dane tego doświadczyć.


Niestety ten komiks to zmarnowany świetny pomysł. Czyta się to dość opornie i przyznam przysypiałem gdzieś w okolicach połowy. Pomimo bardzo bogatego świata cała historia jest prosta jak konstrukcja cepa i jeśli czytelnik miał przedtem do czynienia z jakąkolwiek opowieścią fantasy to bez problemu przewidzi całą opowieść. Oba światy się przenikają, jeden dla drugiego jest symboliczny i pełni rolę przenośni. Lecz niestety jest to zrobione w tak dosłowny sposób, że nie pozostawia, żadnego miejsca dla domysłów czytelnika.


Co do rysunków pana Murphyego to muszę przyznać, bardzo mi się spodobały. Kreska dość ekspresyjna, taka jakby lekko przybrudzona sprawiająca wrażenie  takiej od niechcenia zrobionej, albo jakby ze szkicownika. Jednak świetnie pasująca do klimatu opowiadanej historii. Kolorystycznie komiks odpowiada, temu gdzie akurat znajduje się główny bohater. Jeśli grozi mu niebezpieczeństwo to paleta jest raczej ciemna i ponura. Jeśli natrafia na chwilę wytchnienia, wtedy robi się bardziej kolorowo i radośnie. Pięknie to pasuje do całej opowieści i tworzy ciekawy klimat.


Nie czekałem na ten komiks. Przeczytałem całkowicie przypadkiem i szczerze powiem, że zabierając się za niego nie oczekiwałem niczego. Początek bardzo mnie ucieszył i pokazał, że ta opowieść ma wielki potencjał. Później niestety z powodu słabej opowieści i przedstawionej bardzo dosłownie, ja osobiście zawiodłem się na lekturze. Ten komiks mnie tylko utwierdza w przekonaniu, że Grant Morrison wcale nie jest tak genialnym twórcą za jakiego powszechnie jest uznawany.


niedziela, 17 lutego 2008

#37 Baśnie - Folwark zwierzęcy, tom 2 scen:Bill Willingham, rys:Mark Buckingham, Steve Leialoha


Jakoś na początku lutego dostałem ten komiks od wspaniałej osoby (w tym miejscu dziękuje za niego bardzo mocno i za wszystkie inne) i dopiero teraz udało mi się go jakoś przeczytać. Co najfajniejsze bardzo chciałem to zrobić, ale u mnie to jest taka norma, że wszystko leży i czeka na własną kolej. Aktualnie czekają na mnie jeszcze cztery komiksy.


Po przeczytaniu pierwszego tomu, przyznam się że mocno nabrałem ochoty na resztę. Bardzo ciekawa historia z wieloma zwrotami akcji, ciekawi bohaterowie i ogólnie fajny, przyjemny komiks na popołudnie. W drugim tomie pt:"Folwark zwierzęcy" dzieje się jeszcze więcej, szybciej i w dodatku krwawo. Cała historia opowiada o wyprawie Królewny Śnieżki i jej siostry Róży na farmę dla tej części baśniowców, którzy z powodu swojego wyglądu (zazwyczaj są to gadające zwierzęta) nie mogą się wtopić w normalne otoczenie i mieszkać wśród ludzi. Gdy docierają na miejsce okazuje się, że jej mieszkańcy niezadowoleni z tego jak muszą żyć przygotowują się do buntu i walki o "wolność". Nic więcej nie powiem, ale na pewno trzeba przyznać, że fabuła jest wciągająca, zaskakująca i nic nie jest takie jak wygląda na samym początku.

Oprawa graficzna, jak to bywa w seriach spod szyldu Vertigo, nie jest jakaś specjalnie oszałamiająca, jednak trzeba przyznać że świetnie pasuje do opowiadanej historii. Jakos tak wspaniale się wpasowuje w klimat bajkowy.Taki czytelny, realistyczny rysunek z ładna paletą kolorów i tyle. Ja tam jestem zwolennikiem takiej kreski i bardzo mi odpowiada. Mówiąc o stronie graficznej tej serii nie można zapomnieć o panu co sie zwie James Jean i jest twórcą niesamowitych okładek do każdego z numerów. Zainteresowanych odsyłam do tej strony gdzie można zobaczyć galerię wszystkich okładek jak i innych prac tego artysty. Ja osobiście gorąco polecam.

Jeśli macie ochotę na przyjemną rozrywkę, na przyzwoitym poziomie to gorąco polecam. Wartka i ciekawa fabuła. W szczególności spodobała mi się postać Złotowłosej, zapatrzonej w sprawę działaczki propagująca zbrojne rozwiązanie całej sprawy. Jest świetna w tym całym swoim fanatyzmie i poświęceniu dla sprawy. Świetnie jest to narysowane i momentami naprawdę zabawne. Osobiście gorąco polecam i z niecierpliwością czekam na kolejny tom. Jeszcze na koniec. Jestem bardzo zadowolony i mile zaskoczony z galerii okładek i szkiców na końcu komiksu i na reszcie wygląda to tak jak powinno, a nie taka pikseloza jak w jednym z tomów Kaznodziei.

ps. W tym tomie jest min. przemoc, walka klas, rewolucja, zoofilia (zamaskowana ale jest), sprośne żarty, rozmowy o seksie i żeby było zabawnie komiks nie jest od 18 lat. Tak dla zachęty hahaha.

sobota, 23 czerwca 2007

#3 Sandman scen: Neil Gaiman, rys.: Dave McKean, Sam Kieth, Mike Dringenberg, Malcolm Jones III, Kelley Jones, Jill Thompson, Marc Hempel, et al.

Ostatnio skończyłem czytać ostatni tom „Sandman’a”. Z tą serią coś się skończyło w moim małym życiu zbieracza komiksowego i jakoś tak mnie zebrało na kilka słów szczerości.

Pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłem ten komiks w księgarni i od razu musiałem kupić. Tak bardzo się cieszyłem z tego faktu i jakoś odbierałem to jako dobry omen dla naszego rynku komiksowego, który wtedy akurat przechodził coś w rodzaju bumu. Wsiadłem do samochodu i zacząłem od razu czytać i tutaj nastąpiło moje pierwsze i zapewne jedyne, rozczarowanie. Pomyślałem sobie: „ale ten komiks jest brzydki”. Niestety dalej tak uważam i jak się tak nad tym zastanawiam to on nawet nie jest brzydko rysowany, co paleta kolorów jest obrzydliwa. W sumie, czego można się spodziewać po komiksie stworzonym w 1987 roku. Tak się wtedy po prostu rysowało i nakładało kolory. On może nie do końca jest brzydki, po prostu szata graficzna troszkę się już zestarzała i tyle. Przecież pierwszy tom wyszedł w Polsce w 2002 roku i wszyscy już dawno byliśmy przyzwyczajeni do całkiem innych standardów. Dopiero jakoś ostatni Sandman naprawdę się mi podoba i oglądam go z wielką przyjemnością.


Tyle byłoby chyba marudzenia, bo zważając na to, że fabuła wynagrodziła mi braki wizualne i to z nawiązką to trzeba się już tylko cieszyć. Ileż to przyjemnych chwil spędziłem przy tym komiksie. To dzięki niemu odwiedziłem Piekło, zjazd masowych morderców i zobaczyłem jak na razie najlepszą scenę w komiksie, a mianowicie jak Lucyfer siedzi na plaży z jakimś przypadkowym człowiekiem podczas zachodu słońca i chwali Boga za to jak pięknie to zrobił. Co do fabuły, wiele osób się wypowiadało na ten temat i wiele zostało napisane o tym i też z tego powodu nie mam zamiaru jej streszczać w jakikolwiek sposób. Powiem tylko, że tak cudownie wymieszanych przeróżnych klimatów, tylu nawiązań do światowej literatury, mitologii i ogólnie całej kultury, tylu bohaterów szeroko rozumianej sztuki, którzy byliby tak zręcznie i inteligentnie wykorzystani i w tak piękny sposób pasowali do siebie jeszcze nie spotkałem. Jedyne porównanie, jakie mi się nasuwa nasuwa to „Mistrz i Małgorzata” Michała Bułhakowa, za co pewnie wielufanatyków tej ksiązki mnie zbeszta, ale tylko ta książka wydaje mi się idealnym porównaniem.


Przeczytanie całej tej serii zajęło mi jakieś 4 i pół roku (tak długo wydawał to egmont w Polsce) i nie żałuję tego czasu, a nawet jestem święcie przekonany, że zrobię to jeszcze nie raz i za każdym razem będę odkrywał coś nowego. To jest po prostu piękny komiks o snach, uczuciach i nas samych. Naprawdę gorąco polecam. W szczególności ludziom, którzy jeszcze nie zrozumieli, że komiks to sztuka i jak w każdej dziedzinie sztuki tu też trafiają się perełki i miernoty. Ocena jest chyba oczywista - 6 bo to po prostu klasyka jest.