czwartek, 5 kwietnia 2012

#134 Hugo i jego wynalazek reż. Martin Scorsese scen. John Logan

Hugo i jego wynalazek opowiada historię chłopca, który starając się naprawić robota odkrywa historię kina. Hugo dzięki swojemu ukochanemu ojcu, kustoszowi muzeum wchodzi w posiadanie małego mechanicznego człowieka zdolnego do samodzielnego pisania i rysowania. Jak na ówczesne czasy istny cud techniki, gdyż akcja filmu dzieje się w latach 30 minionego wieku. W wyniku śmierci ojca, który spłonął w pożarze muzeum, nasz bohater dostaje się pod opiekę swojego wiecznie pijanego wuja, zegarmistrza na peronie kolejowym. Dzięki temu mały chłopiec poznaje fach zegarmistrza i odkrywa w sobie talent do majsterkowania oraz naprawiania wszelkich mechanicznych urządzeń. Za cel swojego życia obiera sobie naprawienie robota, co rozpoczął wraz ze swoim ojcem.


Sam film jest dość ciekawy z kilku powodów. To pierwszy film Martina Scorsese, słynącego raczej z filmów dla dorosłych, brutalnych i poruszających często poważne tematy tym razem postanowił zrealizować film dla dla młodszego widza. Przez ten zabieg przyznam, że pierwsze 30 minut filmu dość mocno mi się dłużyło zanim cała akcja się rozkręciła. Jednak potem nie mogłem oderwać się od ekranu i czułem się jakbym to ja odkrywał wspaniałą historię światowego kina. Po drugie sama fabuła jest ciekawie zrealizowana. Na początku jest to standardowy film o chłopcu, który pozostawiony sam sobie szuka swojego miejsca w życiu. Jego przygody kręcą się wokół pracy, nowych znajomych i ukrywania tego, że nie ma nikogo bliskiego wokoło siebie. Następnie z powodu kilku zbiegów okoliczności cały film zamienia się w opowiastkę detektywistyczną, mającą na celu rozwikłanie zagadki co łączy robota, ojca głównego bohatera i podstarzałego sprzedawcę w sklepiku na peronie kolejowym. Po trzecie właśnie rozwiązanie tej zagadki sprawia, że film zamienia się w hołd dla początków kina i nieskrępowanej fantazji. Dla tych, którym słowo "hołd" kojarzy się tylko z czymś bardzo poważnym, śpieszę z wyjaśnieniem. Na szczęście reżyser w bardzo przyjemny, wesoły i pomysłowy sposób opowiada o początkach kina. Dla mnie to była najwspanialsza część filmu podczas, której zrozumiałem dlaczego film w sumie braho się rozpoczynający został nominowany w tak wielu kategoriach do tegorocznych Oscarów.


Jak dla mnie jest to film, który ma wszystko aby zapewnić świetną rozrywkę dla każdego. Ciekawą fabułę, którą można obejrzeć z całą rodziną, gdzie dodatkowo każdy wyciągnie z niej coś dla siebie. Młodsi widzowie będą śledzić losy głównego bohatera, za to starsi w bardzo przystępny sposób poszerzą swoją wiedzę z historii kina. Od strony realizatorskiej to kino na wysokim poziomie z dobrym i ciekawym scenariuszem. Równie ciekawie wypada strona wizualna filmu ze świetnie zaprojektowanymi wszelkimi zakamarkami i mechanizmami peronu kolejowego, a w szczególności z końcową częścią filmu gdzie przedstawiany jest początek kina. Po kilku słabszych filmach, oczywiście moim zdaniem Scorsese nakręcił świetny film, który szkoda ominąć w natłoku śmieciowego kina.

poniedziałek, 19 marca 2012

#133 The Girl with the Dragon Tattoo reż. David Fincher scen. Steven Zaillian

Podobnie jak z The Social Network kompletnie nie czekałem na nowy film Finchera. Nie śledziłem newsów i też nie oglądałem trailerów. Gdy dowiedziałem się, że jest to adaptacja książki i dodatkowo jeszcze amerykańska wersja Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet to już całkiem sobie odpuściłem seans.


Szczerze przyznam, że nie wiem co mnie potem z powrotem przygnało do tego obrazu. Polecenie przez dobrego znajomego, nazwisko reżysera, dobre recenzje? Pewnie wszystko po trochu i sam też w pewnym momencie się mocno nakręcałem dodatkowo dzięki czemu w końcu obejrzałem i nie wiem jak zrobił to reżyser, ale znowu nakręcił świetny film.


Sama historia zawarta w filmie opowiada losy dziennikarza śledczego Mikaela Blomkvista (Daniel Craig), który właśnie przegrał proces o zniesławienie znanego przedsiębiorcy i jego czasopismo chyli się ku bankructwo. W tak trudnej sytuacji odzywa się do niego właściciel koncernu przemysłowego, Henrik Vangera (Christopher Plummer) z propozycją napisania swojej autobiografii i przy okazji rozwiązania rodzinnej tragedii zniknięcia jego podopiecznej, 16-letniej Harriet Vanger 40 lat temu. Film to taki typowy thriller z poszukiwaniem śladów i tropów, poznawania zależności pomiędzy wszelkimi członkami rodziny, którą nasz bohater opisuje w autobiografii swojego zleceniodawcy. Ogrom pracy dla naszego reportera jest tak wielki, że decyduje się na współpracę z niezwykle inteligentną hakerkę, Lisbeth Salander (Rooney Mara), dzięki, której cały film nabiera kolorytów i smaczków.



Fincher dał mi po pysku, znowu! Oglądając jego najnowszy film znowu czułem jakiś dziwny niepokój w trakcie całego seansu. Dodatkowo podczas scen głównej bohaterki z jej kuratorem odczuwałem złość, potem wściekłość, a na końcu jakiś dziwny wstyd przed kobietą z którą byłem na seansie. Wszystko to z powodu tego, że mężczyźni to czasem strasznymi gnojami, delikatnie mówiąc, potrafią być. Znowu coś czułem podczas seansu i to dość intensywnie, a dla mnie to świetny wyznacznik dla filmów, bo w końcu po to je oglądam aby coś poczuć. Dodatkowo postać Lisbeth to chyba najlepsza część całego filmu. Jej nastawienie do życia, zachowanie, wygląd i sposób radzenia sobie z życiem jest porażający, jakiś hipnotyzujący i kompletny. Postać ta jak tylko pojawiła się na ekranie, od razu zdobyła moją sympatię.


Cała opowieść została poprowadzona wzorowo. Wciąga od pierwszej minuty i nie pozwala na chwilę wytchnienia przy okazji pozwalając na własne domysły i próby rozwiązania całej zagadki przed głównym bohaterem. Dodatkowo całość, jak zwykle w przypadku tego reżysera, jest świetnie wykonana od strony technicznej. Widać już to w samej czołówce, która jest genialna i wspaniale wykonana. Dodatkowo bardzo dobrze zgrany jest obraz z muzyką skomponowaną przez Trenta Reznora i Atticusa Rossa, która już od pierwszych minut świetnie buduje mroczny i niepokojący klimat.


Dla mnie to jeden z lepszych filmów jaki ostatnio widziałem. Chociaż nie widziałem pierwowzoru, ani nie czytałem książki, które są ponoć jeszcze lepsze. Film momentami nie przyjemny, ale ze wspaniałym klimatem, ciekawy i kończący się w taki dość nietypowy sposób, co bardzo mile mnie zaskoczyło. Bardzo chętnie do niego kiedyś powrócę aby sprawdzić jak bardzo się zestarzał i czy przypadkiem te dwie i pół godziny nie zrobiły się za bardzo męczące.

wtorek, 6 marca 2012

#132 Green Arrow: Year One scen. Andy Diggle rys. Jock


Oliver Queen to typowy miliarder z komiksowego świata, podobny chociażby do Bruca Wayna. Dużo imprezuje, zawsze w towarzystwie pięknych kobiet, a w wolnych chwilach wydaje swój majątek na poszukiwanie celu w życiu i jakiegoś dreszczyku emocji.  Pewnie mógłby tak jeszcze długo, gdyby nie wyprawa w interesach wraz ze swym przyjacielem i podwładnym zarazem. Skoro interes miał  być nie do końca legalny, "to dziwnym nie jest", że i przyjaciel okazał się zdrajcą. Przez ten splot wydarzeń Oliver wylądował na bezludnej wyspie, jak mu się tylko na początku wydawało. Gdzie musi nauczyć się żyć od  nowa przy okazji odnajdując sens życia swego.


Cała historia jest dość sprawnie napisana i ciekawie się rozpoczyna. Na początku widzimy rozpieszczonego młodzieńca, wydającego pieniądze na ekstremalne wyprawy chociażby jak nurkowanie do wraku Titanica lub zdobywanie Antarktydy. Wszystko, aby tylko zagłuszyć pustkę bezcelowej egzystencji. Tak to wyglądało do czasu pewnej aukcji charytatywnej na której nasz bohater kupuje łuk należący do legendarnego łucznika Howarda Hilla. W tym momencie Olliemu pierwszy raz oczy zaświecają się na zielono. Następnie dzięki swemu przyjacielowi, cudem trafia na zapomnianą przez świat wyspę. Uczy się tam żyć, polować i radzić sobie z dala od cywilizacji, przy okazji szkoląc się we władaniu łukiem. Tak żyłby sobie spokojnie i samotnie dopóki nie odkrył, że na wyspie nie jest sam, a inni lokatorzy z pewnością nie są nastawieni pokojowo do naszego bohatera.


Wtedy zaczyna się typowy origin postaci i sztampowa opowieść o superbohaterze. Historia jakich czytaliśmy już wiele i niestety nic nie wnosząca nowego do tematu. Mamy bohatera, który z samoluba i osoby będącej przekonanej, że jest pępkiem świata, nagle zmienia się w obrońcę uciśnionych. Wszystko to jest mocno przewidywalne i niestety nie nadaje się na nic innego jak bardzo lekką opowieść na weekendowe popołudnie lub całkiem przyjemny relaks po ciężkim dniu.


Od strony graficznej największe wrażenie zrobiły na mnie okładki tej mini serii, których autorem jest nie jaki Jock. Jest to rysownik odpowiedzialny za nawet u nas znaną serię "Losers" swego czasu wydaną przez wydawnictwo Taurus MediaWięc jeśli ktoś z was miał kiedykolwiek do czynienia z tym komiksem, to ma wyobrażenie jak wygląda również opowieść o Green Arrow. Kreska jest lekka, troszkę uproszczona, ale świetnie się nadająca do komiksu pełnego akcji, którym niewątpliwie są przygody zielonego łucznika. Cała paleta kolorów głównie opiera się na wszelkich odcieniach zieleni, co wynika z akcji dziejącej się na tropikalnej wyspie, a dodatkowo świetnie pasuje do bohatera opowieści.


Podsumowując, dla mnie ten komiks nie wnosi kompletnie nic w superhero ani historii o powstaniu bohaterów, ale nie o to w nim chodzi. Tak naprawdę to całkiem przyjemna historia w której już na pierwszych stronach wiadomo jak się wszystko potoczy, a mimo to dobrze się to czyta po ciężkim dniu w pracy. Czytadło, które jakoś specjalnie nie obraża czytelnika, a pozwala na chwilę odpoczynku, relaksu i zapomnienia od trosk życia codziennego. .

sobota, 4 lutego 2012

#131 Niewielka Biblioteka Savage Dragona

Jakiś czas temu przemierzając niczym nieograniczoną krainę zwaną internetem natrafiłem na bloga Larsenofilia poświęconego twórczości Erica Larsena. Człowiek kompletnie mi nie znany, a jego twórczość tym bardziej. Trochę poczytałem o tym co robi i w którymś poście,  natrafiłem na wspaniałą inicjatywę autora bloga. Mianowicie poinformował On czytelników, że w ramach akcji "Niewielka Biblioteka Savage Dragona" jak sam ją nazwał, można pożyczyć tom Sevege Dragona zawierający pierwsze 24 numery. Wystarczy tylko poinformować w komentarzu pod postem, że jest się chętnym, zapisać się do kolejki i oczekiwać na przesyłkę. Trochę musiałem się naczekać, chodź z góry było ustalone przez organizatora inicjatywy, że każdy z czytelników ma trzy tygodnie na przeczytanie i przesłanie paczki dalej. Jednak wiemy jak to w życiu bywa i terminy się wydłużyły.


W końcu otrzymałem paczkę i po jakimś tygodniu leżakowania na szafce, komiks w końcu trafił w moje dłonie. Sama historia to opowieść o zielonym obrońcy uciśnionych o posturze Pudziana, który pojawił się na naszej planecie, w wypalonym na ziemi okręgu gdzieś w Chicago. Savage Dragon jest zielony i posiada coś na kształt irokeza na głowie tylko, że zrobiony z płetwy. Nasz bohater posiada nadludzką siłę, potrafi się regenerować i nawet odtwarzać odcięte kończyny. Posiada również szczegółową wiedzę na temat całej naszej planety, ale niestety nie pamięta nic ze swej przeszłości. Poznając komiks o SD obserwujemy jego pierwszą pracę, potem przejście do policji. Jego drogę kariery, pierwsze miłości, wzloty i upadki można by rzec i wszystko to w otoczce superbohaterów.Sam komiks to typowe superhero z lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Kobiety mają talię osy, biusty olbrzymie,  kostiumy prawie nic nie zasłaniające i przeczące prawu grawitacji. Nasz bohater non stop bije się z innym wrogiem, dzięki czemu wachlarz złych postaci powiększa się w zastraszającym tempie. Rysunki niestety również są z lat 90 ubiegłego wieku co wiąże się z kwadratowymi karabinami. Dodatkowo anatomia bohaterów czasem kuleje i bohaterowie komiksu na różnych kadrach wyglądają inaczej.


Twórca całej akcji udostępnił zbiorcze wydanie pierwszych dwudziestu czterech numerów komiksu, co pozwala na całkiem rozsądne zapoznanie się z tym super bohaterem.
Bardzo podoba mi się inicjatywa pożyczenia za darmo całkiem obcej osobie z internetu komiksu do przeczytania. Z pewnością podziwiam właściciela i inicjatora  za pomysł i odwagę, bo przyznam, że sam raczej nie odważyłbym się na taki krok. Co do samego komiksu to jest to świetna podróż w dawne lata dzięki, której miałem okazję  znowu poczuć się jak małolat za czasów wydawnictwa TM Semic w naszym kraju. Tego pięknego okresu kiedy to komiksy kupowało się w każdym kiosku na rogu ulicy.

czwartek, 26 stycznia 2012

#130 Bouncer scen. Alejandro Jodorowsky rys. François Boucq

Alejandro Jodorowski przyzwyczaił mnie już do tego, że w swoich opowieściach pod pretekstem snucia jakiejś historii głównie analizuje okrucieństwo i zło jakie potrafią serwować sobie ludzie nawzajem z różnych powodów. Równocześnie nie odmawiając sobie prawa do epatowania tym wszystkim.  Ten komiks pogłębił tylko moją małą teorię, a przy okazji pokazał jak świetnie scenarzysta rozumie zasady na jakich działa gatunek zwany westernem. Bouncer to klasyczna opowieść o poganiaczach bydła. Poznajemy historię trzech braci od ich narodzenia, wspólnego dojrzewania i pierwszych przestępstw, przez wielką kłótnię, która rozdzieliła ich na wiele lat i doprowadziła do smutnego finału.  Chodź spędzili swe życia w dużej mierze osobno, to cały czas przeplatały się ich losy i nawet jeśli nie wiedzieli o tym, to cały czas oddziaływali na swe życia.



Sam komiks to opowieść bardzo złożona i dobrze przemyślana. Od pierwszej strony widać, że wszystko tutaj jest na swoim miejscu praktycznie nie ma żadnego zbędnego kadru. Postacie, które są na początku epizodyczne i wydają się tylko mało istotnym tłem, w późniejszej części komiksu okazują się ważnymi  dla fabuły. Wszystko się z sobą łączy w sensowny sposób. Jest to również bardzo ponura i smutna historia, w której nawet jeśli już pojawiają się pozytywne akcenty, to tylko po to, aby zakończyć się w przerażający sposób. Jak to chyba zawsze u Jodorowskiego, tak i tutaj mamy kontakt z morderstwami, zdradami, ludobójstwem, matka głównych bohaterów jest prostytutką, skąpstwem, mordującymi się nawzajem rodzinami i wieloma innymi okropieństwami tego świata.


Mnie najbardziej spodobała się cała konstrukcja fabuły. Historia jest zawarta w pięciu numerach i rozpoczyna się jako typowa opowieść o zemście. Poznajemy młodego chłopaka, któremu zbuntowani żołnierze konfederatów po przegranej wojnie zabijają rodziców. Naszemu głównemu bohaterowi cudem udaje się uciec od śmierci. Następnie odnajduje swojego wuja,  tytułowego Bouncera będącego wykidajłom w podrzędnym saloonie. W tym momencie byłem pewien, że do samego końca komiksu fabuła będzie opowiadać drogę do zrealizowania zemsty. Jakże klasycznego tematu w westernach. Jednak wielkim zaskoczeniem dla mnie okazał się fakt, że czyn ten został już zrealizowany pod koniec drugiego tomu historii. Cała historia zapomina o naszym młodzieńcu, a głównym bohaterem opowieści zostaje Bouncer. Dzięki temu zabiegowi śledzimy losy bohatera nieszczęśliwego, wiecznie prześladowanego z powodu swego kalectwa i walczącego z wszelkimi przeciwnościami losu, które bardzo licznie dostarczało mu życie.


Co do warstwy graficznej, trzeba przyznać, że dobrze oddaje klimat komiksu. Bardzo realistyczna kreska, utrzymana w raczej pastelowej palecie świetnie oddająca piaskowe i raczej pozbawione zieleni krajobrazy amerykańskiej prerii. François Boucq dobrze wyczuł pesymistyczny klimat całej opowieści i przelał to uczucie na swe ilustracje. Jednak to jak dobrze tym dwóm twórcom współpracuje się razem można też zaobserwować przy innej ich pracy, a mianowicie "Księżycowa Gęba" również wydanej w naszym kraju.


Co do wydania, to jak zwykle jest to świetna robota, do czego Egmont już zdążył przyzwyczaić swoich czytelników serią Plansze Europy. Wszystkie pięć tomów zebrane w twardej oprawie na kredowym (chyba, w każdym bądź razie na gładkim) papierze, ze świetnymi kolorami. Co prawda cena poraża jak na wydanie za jednym zamacham, ale w przeliczeniu na ilość albumów w środku to wcale nie jest tak drogo. Brakuje tylko może jakiś dodatków w tomie, ale widać nie można mieć wszystkiego.


Dla mnie Bouncer to dobrze zrealizowany western z  ciekawą opowieścią, świetnymi wielowymiarowymi bohaterami, który jest świetnie przemyślany i opowiedziany od początku do końca. Gdybym był fanem westernu postawiłbym go obok klasyki gatunku na półce i dołączyłby do moich ulubionych dzieł. Niestety nie jestem i dlatego dla mnie jest to po prostu dobry komiks. Chodź muszę zauważyć, że przeczytałem go już tydzień temu, a on nadal siedzi w mojej głowie, co często się nie zdarza. Może przyjdzie jeszcze czas kiedy będę musiał zrewidować swoje zdanie na temat tego dzieła.

sobota, 31 grudnia 2011

#129 Joe the Barbarian scen. Grant Morrison rys. Sean Murphy


Joe to cukrzyk i nastolatek  nie mogący się dopasować do rówieśników w szkole. Wychowuje go samotna matka, gdyż ojciec żołnierz zginął w Iraqu. Pewnego razu, gdy nasz bohater zostaje sam w domu dostaje ataku spowodowanego brakiem cukru w organizmie. To wydarzenie powoduje, że nasz bohater przenosi się w krainę fantazji w której jest Dying Boy. Bohaterem przepowiedzianym w pradawnych legendach, który pojawi się pewnego dnia i uratuje krainę przed złym King Death. 


Cała mini seria składa się z ośmiu części i o ile po pierwszych dwóch byłem bardzo zadowolony, to czym dalej, tym niestety gorzej. Cała historia jest świetnie wymyślona i bardzo podoba mi się jej ogólne założenie stworzenia alternatywnego świata na podstawie mieszkania nastolatka. Główni bohaterowie wymyślonej krainy to zabawki naszego Joe i świetnie się bawiłem rozpoznając postacie  znane z filmów i komiksów takie jak: Transformersy, G.I.Joe, Batmana i Robina, Mr Freeza, postacie ze Star Treka, Lobo i wiele innych. Widok troskliwego misia siedzącego w robocie z Aliena i walczącego z najeźdźcami rozbawił mnie okropnie. Dodatkowo na ulicach wymyślonej krainy stały Gameboye i oldschoolowe joysticki wielkości domów co bardzo odpowiadało mojej estetyce. Cały komiks jest pomyślany jako opowieść z dwóch światów równocześnie, jednego wymyślonego i drugiego prawdziwego w których równocześnie nasz bohater musi wykonać to samo zadanie. W prawdzie w obu przypadkach chodzi o uratowanie życia, to w jednym świecie wykonanie tego jest epickie i niezwykle widowiskowe, a w drugim jest to po prostu ciężka walka z chorobą. Cała konstrukcja opowieści spowodowała, że miałem nadzieję na coś wyjątkowego, lecz niestety nie było mi dane tego doświadczyć.


Niestety ten komiks to zmarnowany świetny pomysł. Czyta się to dość opornie i przyznam przysypiałem gdzieś w okolicach połowy. Pomimo bardzo bogatego świata cała historia jest prosta jak konstrukcja cepa i jeśli czytelnik miał przedtem do czynienia z jakąkolwiek opowieścią fantasy to bez problemu przewidzi całą opowieść. Oba światy się przenikają, jeden dla drugiego jest symboliczny i pełni rolę przenośni. Lecz niestety jest to zrobione w tak dosłowny sposób, że nie pozostawia, żadnego miejsca dla domysłów czytelnika.


Co do rysunków pana Murphyego to muszę przyznać, bardzo mi się spodobały. Kreska dość ekspresyjna, taka jakby lekko przybrudzona sprawiająca wrażenie  takiej od niechcenia zrobionej, albo jakby ze szkicownika. Jednak świetnie pasująca do klimatu opowiadanej historii. Kolorystycznie komiks odpowiada, temu gdzie akurat znajduje się główny bohater. Jeśli grozi mu niebezpieczeństwo to paleta jest raczej ciemna i ponura. Jeśli natrafia na chwilę wytchnienia, wtedy robi się bardziej kolorowo i radośnie. Pięknie to pasuje do całej opowieści i tworzy ciekawy klimat.


Nie czekałem na ten komiks. Przeczytałem całkowicie przypadkiem i szczerze powiem, że zabierając się za niego nie oczekiwałem niczego. Początek bardzo mnie ucieszył i pokazał, że ta opowieść ma wielki potencjał. Później niestety z powodu słabej opowieści i przedstawionej bardzo dosłownie, ja osobiście zawiodłem się na lekturze. Ten komiks mnie tylko utwierdza w przekonaniu, że Grant Morrison wcale nie jest tak genialnym twórcą za jakiego powszechnie jest uznawany.


wtorek, 20 grudnia 2011

#128 Killer Elite reż. Gary McKendry scen. Gary McKendry i Matt Sherring

Miałem wolny dzień z moim kolegą kacykiem i tak razem wymyśliliśmy, żeby  coś razem zobaczyć.  Jakoś tak nas dwóch samców wzięło na jakieś prawdziwe męskie kino. Zaczęliśmy poszukiwania i natrafiliśmy na film Killer Elite. Plakat podpowiadał nam że jest to dokładnie taki film jakiego poszukiwaliśmy. Trzech wielkich twardzieli, z jeszcze większymi spluwami i eksplozją w tle. Swoją droga nie dziwię się, bo jak głosi znana teoria: wszystko na tle eksplozji wygląda lepiej! Sprawdziliśmy jeszcze trailer, co by się upewnić czy to aby na pewno dobry wybór, który upewnił nas w decyzji. Były w nim same eksplozje, pościgi i strzelaniny. Wszystko to czego pragnęliśmy. Jak wielkie było nasze zaskoczenie już po odpaleniu filmu, chodź ku naszemu zaskoczeniu jeszcze bardziej na plus.


Sam film opowiada historię najemnika Dannego (Stathama), który dowiaduje się, że jego mentor Hunter (De Niro) został uwięziony przez jednego szajka za nie wykonanie zlecenie. Chcąc pomóc przyjacielowi, nasz bohater podejmuje się niemożliwej misji zabicia trzech komandosów SAS, którzy kiedyś zamordowali synów zleceniodawcy. Na sam początek Danny dostaje namiary na pierwszą ofiarę, a cały film opowiada o poszukiwaniach pozostałych i wszelkich problemach jakie z tego wynikną.


Spodziewałem się kina z szybką akcją, gdzie fabuła jest tylko dodatkiem, a otrzymałem dobrze zrealizowany film w którym fabuła jest najważniejsza i trzymająca w napięciu. Całość wciągnęła mnie do tego  stopnia, że nawet się nie zorientowałem kiedy minęły te prawie dwie godziny. Dodatkowo pod koniec przyłapałem się, jak oglądałem film w prawdziwym napięciu co będzie dalej! To mi się bardzo rzadko zdarza.


Co prawda można ponarzekać na głównych aktorów, którzy w sumie nic nie pokazują specjalnego swoją grą. Statham jak zwykle gra dwoma minami z wspaniałym brytyjskim akcentem. De Niro też się nie popisał, przez większość filmu siedząc w niewoli i oglądając go miałem wrażenie, że jest tylko po to aby przyciągnąć więcej ludzi do kina. Jedynym który zasługuje tutaj na uwagę to Clive Owen grający byłego komandosa SAS, ciągle pilnującego kolegów z wojska i który nie zauważył gdy przeszedł na emeryturę. Chodź trzeba przyznać, że każdy z nich świetnie sprawdził się w swoich rolach. Nie jest to po prostu nic wybitnego, ale też nic takiego nie wymaga się od takiego kina.


Sam zabierając się za ten film oczekiwałem głupiego kina akcji przy, którym wyłączę mózg na dwie godzinki. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu otrzymałem świetne kino sensacyjne z bardzo ciekawą fabułą, trzymające w napięciu i w dodatku z drugim dnem. Kino dające nawet troszkę do myślenia po seansie i do którego po jakimś czasie z przyjemnością mogę wrócić.