sobota, 18 czerwca 2011

#119 Żywe trupy #9 - Tu pozostaniemy scen: R.Kirkman rys:Charlie Adlard

Dziewiąty tom serii przynosi czytelnikowi chwilę otuchy, po tragicznych wydarzeniach z poprzedniego tomu. Śledzimy losy Ricka i jego syna, którzy próbują znaleźć nowe schronienie. Obserwujemy również jak radzą sobie, każdy na swój sposób z utratą bliskich. Dodatkowo, jakby nie dość mieli problemów, ojca dopada choroba i na kilka dni traci przytomność. Wtedy mały Carl musi radzić sobie sam. Walczyć ze szwędaczami, samotnością, co powoduje że staje się bardziej dojrzały. Jakby nagle zostało odebrane mu dzieciństwo. Po tym wszystkim czeka ich jeszcze kilka wydarzeń, gdzie m.in. nasi bohaterowie odnajdują kilku swoich starych znajomych, a nawet poznają nowych. Pojawia się szansa na pozbycie się plagi zombie i powstaje plan na podróż do Waszyngtonu.
Tom ten jest spokojny i daje czytelnikowi chwilę wytchnienia. Co zważając na to co działo się w poprzednim jest dobrą zmianą. Jednak czytając go miałem jakieś takie uczucie smutku. W szczególności jak Rick rozmawiał z innymi ocalonymi przez telefon, a kilkanaście stron dalej okazało się z kim rozmawiał na prawdę. Było to takie ludzkie i w sumie nawet oczywiste. Jednak gdy prawda wyszła na jaw zrobiło mi się jeszcze bardziej smutno i nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Do tego sceny w których Carl opiekuje się ojcem. krzyczy na niego pełen gniewu i strachu gdy zostaje sam. Później gdy spotykają kilku starych znajomych okazuje się, że więcej osób radzi sobie z bólem podobnie co Rick. To wszystko świetnie współgra z sobą i buduje dodatkowo klimat komiksu.


Od strony wizualne komiks nadal trzyma bardzo dobry poziom z poprzednich tomów. Czarno-biała realistyczna kreska świetnie oddająca przygnębiający klimat opowieści. Kiedy trzeba spokojna, a podczas scen walki dynamiczna, taka wręcz drapieżna mógłbym powiedzieć. Dobrze mi współgra z całością. Dodatkowo mam przed sobą swój pierwszy egzemplarz polskiego wydania Taurus Media i muszę jeszcze przyznać, bardzo podoba mi się okładka. W moim odczuciu taka kreskówkowa lekko, chyba poprzez ciepłe kolory i czcionkę.Dla mnie Żywe Trupyto komiks na który muszę mieć nastrój. Za każdym razem to dobra rozrywka, chodź to słowo nie do końca tutaj pasuje. Jest to seria ze świetną historią, która dodatkowo zmusza do zadumy nad nami samymi. To już dziewiąty tom, a opowieść dalej jest bardzo spójna. Dodatkowo mam takie dziwne wrażenie, że jeśli świat spotkałaby taka katastrofa jak z tej opowieści to wyglądałby dokładnie tak jak jest tu pokazany i nie nastraja to mnie optymizmem, ale całą historię robi bardziej realną.



piątek, 10 czerwca 2011

#118 Doctor Who sezon 1+special

Doctor Who to serial opowiadający o przygodach tytułowego Doktora, który podróżuje w czasie i przestrzeni w statku wyglądającym jak stara brytyjska policyjna budka telefoniczna. Przyznam się szczerze, do serialu zabierałem się chyba z trzy razy i zawsze poległem po pierwszych kilku minutach. Odpychał mnie kiczowaty klimat, gra aktorów, a fabuła jakoś w ogóle mnie nie wciągała. Sam nawet nie wiem co to było ale jakoś podświadomie czułem chęć obejrzenia tego serialu. Już kilka razy tak miałem i nigdy nie pożałowałem. Dzięki takiemu uporowi poznałem w końcu Miasto boga oraz Miasto zaginionych dzieci więc wiedziałem, że muszę spróbować jeszcze raz.

Przygotowałem się do następnego podejścia profesjonalnie. Najpierw zorganizowałem całe pięć sezonów razem z większością odcinków specjalnych (mówimy tutaj o wznowionej wersji serialu z 2005 roku) i zabrałem się za oglądanie. Zaparłem się i obiecałem sobie, że zobaczę przynajmniej cały pierwszy odcinek i udało się. Opowiadał o spotkaniu głównych bohaterów, czyli tytułowego Doktora z Rosei ich wspólnej walce z ożywionymi manekinami sklepowymi. Cały odcinek to jazda bez trzymanki i trzeba być naprawdę otwartym, aby przez to przetrwać. Kicz i niski budżet wylewa się z każdego kadru. Plastikowe gadżety i scenografia, raczej kiepskie efekty specjalne, ale fabuła całkiem ciekawa, która rekompensuje całą resztę. Tak mnie to wszystko jakoś zaciekawiło, że postanowiłem oglądać dalej. W pierwszym sezonie, który składa się z 13 odcinków mamy okazję min. zobaczyć koniec Ziemi, która eksploduje, walczyć z zombie w XIX w. Wiktoriańskim Cardiff oraz kilka razy uratować Ziemie przed inwazją obcych.

Najbardziej podoba mi się w tym serialu, że dzięki umiejętności Doktora do podróżowania w czasie i przestrzeni, każdy odcinek może być w dowolnych klimatach, a scenarzyści mogą popuścić wodze fantazji, co też często robią. Świetna była dwuodcinkowa opowieść pt. The Empty Child oraz The Doctor Dances w klimatach horroru opowiadająca o tajemniczej zarazie opanowującej Londyn w latach 40 XX w. Autorem tej historii jest Steven Moffat, którego już zdążyłem poznać dzięki świetnej mini serii Sherlock, którą swoją drogą również polecam. Te dwa odcinki to świetny przykład jak przy skromnych środkach, ale z dobrym pomysłem można zrobić coś z klimatem, trzymającego w napięciu i z ciekawą fabułą. W tym serialu podoba mi się również jak jego twórcy czasem gorzko komentują nasz świat i dają powód do myślenia. Było tak np. w odcinku Bad Wolf, w którym został zawarty komentarz na temat telewizji jako rozrywki dla mas. Dobrym zagraniem była również sama konstrukcja serialu. Ponieważ w każdym odcinku Doktor z Rose podróżują w inne miejsce i czas, to fabuła jest w sumie luźno powiązana ze sobą. Co prawda natrafiają co jakiś czas na znane widzowi już postacie, ale dopiero w dwóch ostatnich odcinkach okazuje się, że cały sezon był mocno powiązany ze sobą i prowadził do wielkiego finału. Świetnym zagraniem było ze strony twórców umieszczanie wskazówek w wielu odcinkach sezonu.


Jeśli na początku denerwowała mnie gra aktorów, to później się przyzwyczaiłem i nawet polubiłem, w szczególności samego Doktora. Zachowuje się jak małe dziecko, zawsze zmierza w kierunku największego niebezpieczeństwa, rzuca tak od niechcenia świetne teksty i czasem potrafi być okrutny aż do bólu. Przez te trzynaście odcinków udało mu się zdobyć moją sympatię.

Podsumowując muszę się przyznać, dość mocno już zdążyłem polubić ten serial. To co mi przeszkadzało na początku, uważam teraz za zalety. Klimat serialu jest dobry, ciekawe odcinki, które sprawiają, że masz ochotę na więcej i chodź czasem rozwiązania scenarzystów są trochę tanie to i tak warto poświęcić czas i zapoznać się z tym serialem. Raz bawi, innym razem straszy, a czasem nawet daje do myślenia. To dobra rozrywka, a najlepsze jest w tym wszystkim, że zasiadając przed ekranem kompletnie nie wiadomo czego się spodziewać.


sobota, 4 czerwca 2011

# 117 The Walking Dead Compedium One scen: R. Kirkman, rys: T. Moore i Ch. Adlard

Nie wiem jak to się stało. Może sama wpadła na ten pomysł, albo zasugerowała się moimi pochlebnymi komentarzami podczas oglądania serialu, ale na urodziny od mojej lepszej połowy otrzymałem pierwsze czterdzieści osiem zeszytów tej serii. Sam jakoś miałem w planach zabrać się za ten tytuł, jednak gdy się zdecydowałem na polskim rynku było już kilka wydań zbiorczych i niestety budżet nie pozwalał na jednorazowy zakup wszystkich tomów. Dzięki prezentowi za jednym razem nabyłem osiem tomów i resztę było już łatwo dokupić.





Sama historia opowiada losy kilku osób które walczą o przetrwanie w świecie opanowanym przez zombie. Widzimy ich próby odnalezienia się w nowych warunkach, poszukiwanie jakiegoś schronienia, jedzenia oraz broni. Wielkim plusem całej tej serii są świetnie stworzone postacie. Dokładnie przemyślane, głębokie z wadami i zaletami. Ciekawie się obserwuje jak powstają zależności między nimi. Zostają zawarte pierwsze przyjaźnie, powstają kłótnie i różne spięcia. Zaczyna się walka o przywództwo w grupie i jak każda z postaci na swój sposób radzi sobie z przeciwnościami losu. Cała historia biednie jakby taką parabolą, od czystej akcji do spokojniejszych momentów chwilowego spokoju w życiu głównych bohaterów. Dzięki temu opowieść jest trochę przewidywalna, co nie znaczy że nudna. Równocześnie, Kirkman scenarzysta serii, udowadnia kilka razy, że nie istnieje w tej opowieści coś takiego jak status quo i nie jest dla niego problemem co jakiś czas zabić jednego z głównych bohaterów. Mi osobiście bardzo to odpowiada i równocześnie wprowadza wiele zaskakujących momentów w opowieści. Dodatkowo czytając tę historię widać ewidentnie jak scenarzysta lubi utrudniać życie głównym bohaterom. W tym momencie przyznać muszę, że jest to pierwszy komiks, przy którym miałem momentami dość z powodu okropieństwa jakie spotyka głównych bohaterów. Niestety jak to bywa w takich historiach głównym i największym zagrożeniem są sami ludzie.



Całość została wydana w miękkiej okładce. Trochę szkoda, ale dzięki temu pasuje do kolejnych tomów z polskiego wydania. Wnętrze, czyli ponad tysiąc stron w jednym tomie, zostało sklejone oraz zszyte dzięki czemu po jednym czytaniu wygląda dalej jak nowe. Ogólnie zostało to ładnie wydane w podobnym klimacie jak polskie wydanie od Taurus Media. Dwie rzeczy do których mógłbym się tylko przyczepić to brak okładek poszczególnych zeszytów, lub przynajmniej okładek wydań zbiorczych oraz waga, ale to zrozumiałe. W autobusie raczej nie da się tego czytać, a nawet w domu w niektórych pozycjach jest ciężko.



Od strony graficznej komiks prezentuje realistyczną kreskę, która świetnie się sprawdza jako ilustracja do zdewastowanego świata i scen pełnych akcji. Całość opowieści jest utrzymana w czerni i bieli co wspaniale podkreśla ciężki, depresyjny klimat całego komiksu.



Szczerze przyznam, jak dostałem ten komiks trochę się przeraziłem. Wielgachna cegła w całości po angielsku, a mój angielski nie jest doskonały, wzbudziła we mnie obawy jak się z tym uporam. Na szczęście słownictwo nie okazało się jakieś wyszukane, a w samą opowieść wsiąkłem okropnie. The Walking Dead to wspaniała seria jak najbardziej warta bliższego zainteresowania. Tylko trzeba pamiętać, to opowieść dość ciężka i raczej dla dojrzalszego czytelnika.


poniedziałek, 2 maja 2011

#116 Stargate Universe

Od niedawna oglądam pierwszy sezon Stargate Universe i muszę przyznać, taki sobie. Nie jestem fanem tego uniwersum, chodź pamiętam, że jako nastolatek bardzo lubiłem pełnometrażowy film z Kurtem Russelem od którego wszystko się rozpoczęło. Następnie widziałem kilka odcinków, sam nawet nie wiem jakich serii i nigdy mnie nie wciągnęło. Teraz dałem się namówić swojej dziewczynie i tak do obiadu, albo przed snem oglądam sobie po odcinku.

Przyznam szczerze, fabuła średnio mnie interesuje. Grupa ludzi po ucieczce z atakowanej planety przez obcą rasę stara się uciec za pomocą wrót na Ziemie. Oczywiście jak to zawsze bywa w takich sytuacja, coś tam nie idzie zgodnie z planem i nasi bohaterowie zamiast trafić do domu, trafiają na pokład Przeznaczenia. Statku kosmicznego zbudowanego przez pradawną rasę obcych, twórców wrót. Dodatkowo okazuje się, że są miliony lat świetlnych od Ziemi i nie wiadomo jak na nią wrócić.


Cała fabuła serialu opiera się na dążeniu do powrotu na ojczystą planetę oraz próbie uporania się z kłopotami życia codziennego. Raz jest to brak wody, innym razem jakaś tajemnicza zaraza atakująca załogę i tego typu zdarzenia. Przyznam szczerze, tak sobie mnie to interesuje i jakoś tak bez przekonania wymyślają te historie scenarzyści. Poza tym mam świadomość o drugim sezonie więc odcinki typu, że zaraz wszyscy zginą jakoś nie są w stanie nie zaintrygować. Natomiast to dlaczego oglądam ten serial to relacje między głównymi bohaterami i to z odcinka na odcinek jest coraz lepsze. Zawieranie pierwszych przyjaźni, miłości, ale również wrogów i próby obalenia istniejącego porządku na pokładzie. Każda z postaci jest ciekawa jak np. profesor Rush, który dla własnych celów nie cofnie się chyba przed niczym i liczy się dla niego tylko praca. Pułkownik Young, który jest dowódcą całego statku. Odpowiedni człowiek na stanowisku umiejący utrzymać załogę w ryzach, ale jak na razie nie zdolny do radykalnych kroków i cały czas starający się znaleźć na wszystko kompromis. Sierżant Greer uwolniony przez dowódcę z aresztu podczas ataku obcej rasy na planetę z pierwszego odcinka , a aktualnie zdolny do wszystkiego żołnierz i zawsze po stronie pułkownika.Jest również Eli, trochę ciapowaty, młody chłopak wybitnie uzdolniony matematycznie, który dostał się do załogi rozwiązując questa w jakiejś grze rpg online! Zdaję sobie sprawę jak to brzmi, ale w serialu pasuje jak ulał i nie razi.


Postanowiłem napisać akurat teraz o tym serialu, ponieważ w dziesiątym odcinku zaczyna się naprawdę dużo dziać. Na pokładzie statku zostaje znaleziony martwy jeden z żołnierzy z załogi. Co prawda była to osoba której nikt za bardzo nie lubił, więc jakoś jego brakiem nikt się za bardzo nie przejął, co też świetnie oddaje klimat serialu. Na początku wszyscy myślą, że to samobójstwo, ale niestety na miejscu zbrodni nigdzie nie ma broni. Zaczyna się dochodzenie, znalezienie winnego, a potem odkrycie, że to spisek mający za zadanie zniszczenie istniejącego porządku i hierarchii panującej na pokładzie. Następnie dochodzi do konfrontacji wszystkich zainteresowanych czego efektem jest pozostawienie jednej z kluczowych postaci na losowo spotkanej planecie! Nareszcie najważniejsze postacie wykazały się zdolnością do radykalnego działania, nie koniecznie słusznego moralnie, ale na pewno takiego jakie wymagała dana sytuacja.Przy takim zakończeniu odcinka szczęka mi opadłą i jestem bardzo zaciekawiony jak wybrną z tego scenarzyści.


Przepraszam za może chaotyczny opis odcinka w akapicie powyżej, ale starałem się umieścić jak najmniej spoilerów dla przyszłych widzów. Teraz natomiast udaję się na projekcję następnego epizodu.

niedziela, 24 kwietnia 2011

#115 Daredevil - Born Again scen. Frank Miller rys. David Mazzucchelli


Chodź nie czytałem wiele komiksów z tą postacią, to Daredevila zawsze darzyłem wielką sympatią. Podoba mi się sam pomysł postaci. Z jednej strony niewidomy, z drugiej super bohater pełną gębą stający naprzeciw wszelkim przeciwnością. Moim pierwszym komiksem z tą postacią był „The Man without fear” i cały czas jest jednym z moich ulubionych. Ostatnio w końcu przeczytałem absolutny klasyk historii o tej postaci, czyli siedmioczęściową opowieść „Born Again”
Autorem tej historii jest legenda amerykańskiego komiksu Frank Miller, który dzięki tej opowieści uczynił w 1986 roku ze średnio sprzedającej się serii, bestseller. Sam komiks opowiada o tym, jak Kingpin poznaje sekretną tożsamość Daredevila. Dzięki temu może w końcu zniszczyć swojego największego wroga. Na stronach siedmiu zeszytów czytamy jak od Matta odsuwają się wszyscy przyjaciele, zostaje zniszczona jego kariera zawodowa i pozbawiony zostaje całego majątku. Muszę przyznać, że do tego momentu seria jest świetna. Scenarzysta przemyślał to dokładnie i zadbał o zniszczenie i utrudnienie wszelkich aspektów życia głównego bohatera. Dalej w historii następuje punk zwrotny w którym Śmiałek „ginie”, aby mógł się „narodzić na nowo”. Nasz bohater dochodzi do siebie, zaczyna po woli wyjaśnienie spisku na jego życie, a komiks zmienia się na bardziej detektywistyczny, aby pod koniec opowieści mogło dość do ostatecznej konfrontacji. Wiele czytałem o tej mini serii, zanim sam się z nią zapoznałem. Zdaję sobie sprawę, że to absolutny klasyk historii o tej postaci, ale nie tylko bo samego komiksu amerykańskiego również. Jednakże ja zawiodłem się na „Born Again” bardzo. Seria troszkę się zestarzała, co nie zmienia faktu, że nadal świetnie się ją czyta, jednakże sama końcówka kładzie moim zdaniem całą historię. Opowieść o upadku Daredevila jest świetna! Oglądanie jak systematycznie i metodycznie niszczone jest jego życie to przyjemność, bo skonstruowane jest wspaniale. Jego śmierć i odrodzenie jest równie ciekawe i po tak mocnej prawie większości komiksu wszystko jest niweczone końcówką. Ostateczna konfrontacja i ratowanie dzielnicy Matta Hell’s Kitchen przed totalnie durnym wrogiem jest żałosne. Antagonista Daredevila to jakaś tragedia, wymyślona chyba na kolanie przez scenarzystę na pięć minut przed oddaniem całego scenariusza do realizacji. Czytając to miałem wrażenie jakby pod koniec pisania scenariusza Miller zmęczył się i sobie odpuścił, albo został zastąpiony przez kogoś innego. Zakończenie nie pasuje do całości i jest jakby z jakiejś całkiem innej historii. Strona wizualna tej mini serii stworzona przez Davida Mazzucchelli to typowa kreska tamtych lat. Czytelna i przejrzysta z troszkę dziwnymi jaskrawymi kolorami. Taki sposób rysowania polskim czytelnikom może być znany chociażby z serii „Swamp Thing” wydanej przez Egmont. Ja osobiście bardzo lubię taki rysunek, ale jestem w stanie zrozumieć, że komuś nie odpowiada.
Mocno się zawiodłem tą opowieścią. Pomimo strasznej końcówki warto poznać ten komiks dla świetnej pierwszej połowy oraz aby zobaczyć jak łatwo można zepsuć coś co zapowiada się na prawdziwe arcydzieło. Może po prostu stworzyłem sobie za duże wyobrażenie o tym komiksie i temu mi nie spasował? Raczej nie, ale osobiście, jeśli ktoś zastanawiał by się nad kupnem tej serii to moim zdaniem lepiej zainwestować w run Brubekara, albo Bendisa. Znacznie lepsze i ciekawsze historie przemyślane w całości!


sobota, 8 stycznia 2011

#114 Okko – The Cycle of the Earth scen. i rys. Hub

Okko – The Cycle of the Earth to jak na razie druga księga cyklu komiksów autorstwa Hub’a. Seria opowiada losy ronina, Okko, który przewodzi małej grupie łowców demonów. W skład jej wchodzi również, Naburo, niesamowicie wielkich rozmiarów tajemniczy wojownik skrywający się za maską. Noshin wiecznie narzekający mnich, będący wielkim smakoszem sake i potrafiący kontaktować się z duchami przyrody. Ostatnim członkiem ekipy jest Tikku, młody rybak, który dołączył do drużyny z własnej woli w poprzedniej księdze, a aktualnie jest uczniem Noshin.

Historia zawarta w tej części zaczyna się w momencie gdy nasi bohaterowie zatrzymują się na terenie Gór Siedmiu Klasztorów. Podczas poszukiwania przewodnika znającego te tereny zostają świadkami morderstwa i wplątani w wielką intrygę mającą na celu obalenie Cesarstwa. Przyczyną wszelkiego zamieszania jest klan Kruka. Podczas poszukiwań jakichkolwiek wiadomości na temat tajemniczego bractwa nasi bohaterowie zwiedzają całe góry, wszystkie siedem klasztorów, a nawet kilka innych ciekawych miejsc. Na swej drodze spotkają kilka demonów, jedno-ręką panią samurai i stoczą wiele widowiskowych walk.


Cykl Okko to seria osadzona w feudalnej Japonii z całym jej dobrodziejstwem. Czytamy więc o honorze bohaterów. Przyglądamy się skomplikowanym relacją między samurajami, a resztą społeczeństwa. Autor z Japonii zaczerpnął również bogaty bestiariusz z wszelkimi orientalnymi odmianami demonów i potworów. Podczas lektury mamy również okazję zapoznać się z wieloma słowami w języku japońskim, które autor dość często stosuje. Od strony graficznej Hub prezentuje typową kreskę jak we francuskich komiksach fantasy. Ładna, bardzo kolorowa, dopracowana z wieloma szczegółami i troską o drugi plan. Patrząc na nią od razu przypomina mi się seria Armada, albo Lanfeus z Troy. Według mnie taka kreska idealnie pasuje do tego typu rozrywkowych serii.


Ze swojej strony gorąco polecam tą serię, którą ja bardzo polubiłem od pierwszej części. Jest to opowieść która zapewnia sporo bardzo dobrej rozrywki na porządnym poziomie. Jeśli ktoś z was dodatkowo jest fanem klimatów feudalnej Japonii jak ja, to nie powinien się zastanawiać ani chwili nad tą serią.

środa, 14 lipca 2010

#113 The Losers reż. i scen. Sylvain White

Ja naprawdę rozumiem że obecnie panuje tak zwany sezon ogórkowy w kinach i mamy same lekkie i rozrywkowe filmy. Niestety jako fan wszelkich komiksów postanowiłem obejrzeć tą adaptację i bardzo tego żałuję.


Uprzedzam będą spoilery!!!
Wszystko zaczyna się od rutynowej akcji w Boliwii. Nasza pięcioosobowa drużyna najlepszych specjalistów w swoich profesjach ma oznaczyć laserowo dla bombardowania jedno "skromne" domostwo jakiegoś kryminalisty i wydawało się że to proste i rutynowe zadanie. Jednak kilka minut przed nalotem nasi bohaterowie zauważają pełen autobus dzieci na posesji. Maluchy są wykorzystywane do szmuglowania narkotyków. Oczywiście nasza drużyna ignoruje rozkazy i pędzi z pomocą nieletnim. Wszystko idzie jak z płatka, ratują dzieciaki pakują je w śmigłowiec który miał zabrać naszych bohaterów z akcji i helikopter wzbija się w powietrze. Wszyscy się cieszą i radują, lecz nie na długo. Gdyż pojawia się samolot i zestrzeliwuje śmigłowiec z dzieciakami. Nasze chłopaki strasznie cierpią, dociera do nich że to Oni mieli zginąć i od tego czasu przestają istnieć dla świata. Oczywiście pojawia się piękna kobieta, która wie kto stoi za zamachem na nasz dream team i zaczyna się pogoń za zemstą.

Film jest tak debilny, przepełniony dziurami w scenariuszu że nawet nie warto o tym wspominać. Fabuła jest skomplikowana jak konstrukcja cepa i nawet jak na wakacyjne kino akcji jest mocno poniżej poziomu. Efekty specjalne są jak z lat 80-tych i mocno widać, że miały bardzo skromny budżet. Dodatkowo montaż filmu jest tragiczny. Podczas strzelanin ciągle następują zwolnienia ujęcia, które są męczące, zamiast efektowne. Również jest sporo ujęć gdy nasi dzielni chłopcy maszerują w rzędzie a w tle łopocze majestatycznie amerykańska flaga.Innym razem podczas akcji jeden z bohaterów zostaje postrzelony w obie nogi. Pięć minut później towarzysze obwinęli mu taśmą izolacyjną rany i w pełni chwały powrócił do walki. W całym filmie jest straszne nagromadzenie dobrych pomysłów, lecz tak bardzo nieudolnie wykorzystanych, że oglądanie ich naprawdę boli jak choćby w przypadku zwolnień ujęć.

Podczas projekcji widać również że twórcy liczyli ewidentnie na sukces kasowy i kontynuacje. Konstrukcja filmu świetnie pasowałaby jako pilot nowego serialu, gdyż nie kończy się definitywnie, a jako koniec pojedynku pomiędzy protagonistami i see you next time. Taka typowa serialowa konwencja.

Przyznam że serii komiksowej nie czytałem, chodź słyszałem o niej wiele dobrego w co jestem w stanie uwierzyć. Jak również w to że po raz kolejny totalnie zmarnowano możliwość nakręcenia dobrej adaptacji komiksowej. Ten film to wielka strata czasu.