niedziela, 6 maja 2012

#137 cotygodniowa zeszytówka #1

Dziś zaczynam nowy cykl na swoim blogu pt. cotygodniowa zeszytówka. W ramach zmotywowania się do czytania większej ilości komiksów i pisania z większą częstotliwością postanowiłem co tydzień zamieszczać krótkie zestawienie wydań zeszytowych komiksów, które przeczytałem. Tak w kilku zdaniach o każdym zeszycie. Dla siebie, abym zawsze mógł znaleźć co było w poprzednim numerze, a dodatkowo może również ktoś inny na tym skorzysta i znajdzie jakąś ciekawą serię dla siebie. Nowe posty w tym temacie powinny się pokazywać jakoś zawsze w weekendy.


Avengers VS X-Men#1, Marvel


scenariusz: Brian Michael Bendis, rysunki: Olivier Coipel.


Chyba największe wydarzenie w komiksowym uniwersum Marvela tego roku. Na Ziemię przybywa Nova z wiadomością, że w kierunku naszej planety zmierza  moc Phoenix. Kilka chwil później w obozie X-man dowodzonym przez Cyclopa manifestuje się ta moc u jednej z mutantek, Hope Summers. Avengers w połączeniu z grupą X-men pod dowództwem Wolverina widzą w mocy Phoenix wielkie zagrożenie dla całej ludzkości, które trzeba jak najszybciej zatrzymać i poddać kontroli. X-men ze Scottem na czele widzi w całej sytuacji szansę odrodzenia potęgi mutantów. Obie strony postanawiają za wszelką cenę postawić na swoim, co doprowadza do olbrzymiego konfliktu.



Avengers VS X-Men#2, Marvel


scenariusz: Jason Aaron, rysunki: Jimmy Cheung.


Na wyspie Utopia, która jest domem dla X-men dochodzi do wielkiej walki pomiędzy Avengers, a członkami X-men. W między czasie Hope trzymana w ukryciu w pomieszczeniach bazy, będąc pod coraz większym wpływem Phoenix buntuje się przeciw własnym przełożonym i postanawia uciec. W tej chwili dociera do niej nie uczestniczący w walkach Wolverine i Spiderman. Wszystko kończy się wielkim pokazem nowych mocy Hope z przykrym skutkiem dla Rosomaka. Po całym zajściu obie grupy zaprzestają walki i orientują się, że utraciły osobę, o którą walczyły ponieważ Hope udaje się uciec. W między czasie do Ziemi coraz bardziej zbliża się kosmiczna moc zagłady.



Avengers VS X-Men#3, Marvel

scenariusz: Ed Brubaker, rysunki: John Romita Jr.

Po zaprzestaniu walk X-man zostają aresztowani przez Avengers za rozpoczęcie walk. Gdy Wolverine dochodzi do siebie po bliskim spotkaniu z panną Summers odkrywa, że cały skład X-men będący w areszcie to iluzja. Z tego powodu Avengers biorą się ostro do poszukiwań Hope, ponieważ i tak są w tyle za swoimi przeciwnikami. Dzięki Cerebro lokalizują Hope, ale w pięciu różnych miejscach równocześnie. Dzieląc się na pięć grup, każda udaje się do innej lokalizacji w poszukiwaniu nosiciela Phoenix. Dodatkowo okazuje się, że mają w swoich szeregach zdrajcę pracującego na rzecz X-men. Podczas wspólnego lotu Capitana Ameryki z Wolverinem dochodzi między nimi do walki w wyniku, której Rosomak zostaje wyrzucony z samolotu. Rosomak postanawia sam odnaleźć Summer i rozwiązać jej problem na swój własny sposób.



Thief of Thieves #1, Image Comics

scenariusz: Robert Kirkman i Nich Spencer, rysunki: Shawn Martinbrough.

Pierwszy numer nowej serii Kirkmana opowiadającej przygody Redmonda, najlepszego złodzieja na świecie. W zeszycie tym mamy okazję zobaczyć jedną kradzież w wykonaniu mistrza i jego zespołu. Uczymy się jak ukraść samochód, przy okazji poznając historię nawiązania współpracy głównego bohatera ze swoją asystentką Celią. Cały zeszyt kończy się oczywiście cliffhangerem, coby zachęcić do kupna następnego numeru. Pierwszy zeszyt serii to takie krótkie wprowadzenie z przedstawieniem kilku głównych postaci. Na razie nic szczególnego, ale w końcu za scenariusz odpowiada Kirkman więc jestem bardzo ciekaw jak potoczy się wszystko dalej.

niedziela, 29 kwietnia 2012

#136 Y: Ostatni z Mężczyzn - tom #1 Zaraza scen. Brian K. Vaughan rys. Pia Guerra

Pamiętam jak w 2008 roku na naszym skromnym rynku komiksowym pojawiło się nowe wydawnictwo Manzoku i jaka była moja olbrzymia radość, gdy zaprezentowali swoje plany wydawnicze. Było tam między innymi Planetary The Authority Warrena Ellisa, DMZ Briana Wooda. Oprócz tego w zapowiedziach było jeszcze kilka  innych dobrych tytułów, których z racji czasu już nie pamiętam. Jednak wiem, że większość miałem w planach kupować. Dodatkowo były to komiksy wydawane w świetnej relacji ceny do jakości co zachęcało jeszcze bardziej. Wielce się cieszyłem z pojawienia wydawnictwa które wydawało dobre komiksy środka, a najbardziej byłem zadowolony z wydawania serii z Vertigo Y: The Last Man.


Pierwszy tom zawiera w sobie pięcioczęściową opowieść pod tytułem Zaraza i tak naprawdę jest to wprowadzenie do świata i przedstawienie bohaterów. Komiks opowiada historię w której w jednym momencie na całej kuli Ziemskiej giną wszyscy przedstawiciele ssaków z chromosomem Y. Za wyjątkiem oczywiście Yorika, głównego bohatera serii i jego małpki Ampersanda. Muszą się oni odnaleźć w świecie bez mężczyzn, gdzie upadają rządy i całe państwa. Zaczyna po woli wszystkiego brakować i wygląda jakby miał nadciągnąć koniec ludzkości. Część kobiet po prostu opłakuje stratę najbliższych, inne tworzą ruch amazonek i zwalczają każdy symbol patriarchatu, a jeszcze inne próbują jakoś odbudować normalne życie. W takim świecie Yorik pod wpływem pewnych wydarzeń otrzymuje eskortę tajnej agentki 355 i wyrusza do Bostonu na poszukiwanie pani doktor, specjalistki od klonowania. Być może będącej w stanie rozwikłać zagadkę dlaczego na świecie pozostało dwóch męskich osobników i jakoś pomóc w odbudowie męskiej populacji.


Od strony wizualnej komiks prezentuje się jak typowa seria z Vertigo, która chyba przy żadnym tytule nigdy nie zatrudniała jakiegoś wielce utalentowanego artysty, tylko raczej sprawnych rzemieślników. Rysunki są realistyczne i starają się jak najlepiej odwzorować rzeczywistość. Razem z tradycyjnym kadrowaniem sprawia, że komiks czyta się łatwo i przyjemnie. Paleta kolorów raczej utrzymana jest w ciemnej tonacji, jednak zostało to wymuszone treścią fabuły, gdyż większość akcji odbywa się w nocy.


Polskiemu czytelnikowi, gdy przeczyta z tyłu komiksu streszczenie fabuły z pewnością pierwsze skojarzenie nasunie się z Seksmisją Juliusza Machulskiego i nie ma się temu co dziwić bo punkt wyjścia jest taki sam jednak jego rozwinięcie już całkiem inne. Mnie bardzo ucieszyła ta seria i świetnie się bawiłem przy czytaniu pierwszych trzech tomów. Bo niestety tylko tyle zostało u nas wydane zanim Manzoku zanim zakończyło swą działalność. Teraz po prawie czterech latach udało mi się zdobyć wszystkie dziesięć tomów i nareszcie mogę skończyć opowieść która tak długo czekała na swoją kolej.

niedziela, 22 kwietnia 2012

#135 Blade Runner reż. Ridley Scott scen. Hampton Fancher i David Webb Peoples

Właśnie zobaczyłem pierwszy raz jako dorosły człowiek Łowcę Androidów. Film który pierwszy raz widziałem jeszcze za czasów VHS-ów i to samych początków tego okresu. Za bardzo nie pamiętałem o co w nim chodzi. Pozostały mi w głowie tylko jakieś klasyczne sceny, które kojarzy chyba każdy w połączeniu z muzyką Vangelisa. W końcu ten film to absolutny kanon kina i śmiało można powiedzieć, że obraz kultowy.


Fabuła jest raczej prosta i nieskomplikowana, bo opowiada o łowcy androidów, granego przez jeszcze młodego Harrisona Forda, który ma za zadanie znaleźć pięć zbuntowanych modeli należących do najnowocześniejszej generacji robotów. W sumie starczyło to na jakieś czterdzieści minut filmu, a resztę czasu reżyser przeznaczył na wideoklip do muzyki Vangelisa.


Podczas seansu miałem głównie dwie myśli. Po pierwsze, że na reszcie zobaczyłem ten film w jakiejś wspaniałej jakości i dopiero teraz widziałem go w takiej wersji, w jakiej powinien być pokazywany zawsze. Wszystkie efekty nadal są świetne, a to przecież jest film z 1982 roku! Gdy na samym początku  jeden z pojazdów przelatuje majestatycznie przy akompaniamencie muzyki Vangelisa nad miastem, to widziałem każdy najdrobniejszy szczegół majestatycznych budowli. Dodatkowo jest kilka takich scen z latającymi pojazdami, gdy startują, albo zawisają nad miastem i nie mogłem wyjść z podziwu jak to jest wspaniale zrealizowane. Absolutne mistrzostwo i od strony wizualnej ten film jest wspaniały. Brud, syf, na ulicach nędza. Ogólnie jeden wielki dół w koncepcji świata i to wszystko według autorów już w roku 2019!. Chodź patrząc na otaczający nas świat to jeszcze nam daleko do realizacji ich wizji.


Druga myśl jaka mi się kołatała po głowie podczas seansu, to nie mogłem wyjść z podziwu jak inny jest ten film od tych robionych obecnie. Blade Runner to bardzo spokojny i stonowany film. Pędzący swoim własnym tempem, bez szybkiego montażu i natłoku efektów specjalnych. W zamian za to mamy klimat potęgowanymi długimi i spokojnymi ujęciami. Wszystko się toczy w leniwym tempie i nawet sceny walki, które z zasady powinny być dynamiczne, w tym przypadku prezentują piękną szkołę lat osiemdziesiątych.


Przyznam szczerze, ta powolność troszkę mnie zabiła. Fabuła jest prosta w tym filmie i jak dla mnie za mało jej na dwie godziny, a w połączeniu z tempem obrazu spowodowało to lekkie zmęczenie u mnie. Szkoda troszkę, bo znowu zniszczyłem sobie wspomnienia z dzieciństwa, ale co zrobić jeśli film już z lekka się zestarzał.  Dalej pod wieloma aspektami to mistrzostwo kina, jednak z drugiej strony to już film raczej dla starszej widowni przyzwyczajonej i co chyba najważniejsze wychowanej na takim kinie.

czwartek, 5 kwietnia 2012

#134 Hugo i jego wynalazek reż. Martin Scorsese scen. John Logan

Hugo i jego wynalazek opowiada historię chłopca, który starając się naprawić robota odkrywa historię kina. Hugo dzięki swojemu ukochanemu ojcu, kustoszowi muzeum wchodzi w posiadanie małego mechanicznego człowieka zdolnego do samodzielnego pisania i rysowania. Jak na ówczesne czasy istny cud techniki, gdyż akcja filmu dzieje się w latach 30 minionego wieku. W wyniku śmierci ojca, który spłonął w pożarze muzeum, nasz bohater dostaje się pod opiekę swojego wiecznie pijanego wuja, zegarmistrza na peronie kolejowym. Dzięki temu mały chłopiec poznaje fach zegarmistrza i odkrywa w sobie talent do majsterkowania oraz naprawiania wszelkich mechanicznych urządzeń. Za cel swojego życia obiera sobie naprawienie robota, co rozpoczął wraz ze swoim ojcem.


Sam film jest dość ciekawy z kilku powodów. To pierwszy film Martina Scorsese, słynącego raczej z filmów dla dorosłych, brutalnych i poruszających często poważne tematy tym razem postanowił zrealizować film dla dla młodszego widza. Przez ten zabieg przyznam, że pierwsze 30 minut filmu dość mocno mi się dłużyło zanim cała akcja się rozkręciła. Jednak potem nie mogłem oderwać się od ekranu i czułem się jakbym to ja odkrywał wspaniałą historię światowego kina. Po drugie sama fabuła jest ciekawie zrealizowana. Na początku jest to standardowy film o chłopcu, który pozostawiony sam sobie szuka swojego miejsca w życiu. Jego przygody kręcą się wokół pracy, nowych znajomych i ukrywania tego, że nie ma nikogo bliskiego wokoło siebie. Następnie z powodu kilku zbiegów okoliczności cały film zamienia się w opowiastkę detektywistyczną, mającą na celu rozwikłanie zagadki co łączy robota, ojca głównego bohatera i podstarzałego sprzedawcę w sklepiku na peronie kolejowym. Po trzecie właśnie rozwiązanie tej zagadki sprawia, że film zamienia się w hołd dla początków kina i nieskrępowanej fantazji. Dla tych, którym słowo "hołd" kojarzy się tylko z czymś bardzo poważnym, śpieszę z wyjaśnieniem. Na szczęście reżyser w bardzo przyjemny, wesoły i pomysłowy sposób opowiada o początkach kina. Dla mnie to była najwspanialsza część filmu podczas, której zrozumiałem dlaczego film w sumie braho się rozpoczynający został nominowany w tak wielu kategoriach do tegorocznych Oscarów.


Jak dla mnie jest to film, który ma wszystko aby zapewnić świetną rozrywkę dla każdego. Ciekawą fabułę, którą można obejrzeć z całą rodziną, gdzie dodatkowo każdy wyciągnie z niej coś dla siebie. Młodsi widzowie będą śledzić losy głównego bohatera, za to starsi w bardzo przystępny sposób poszerzą swoją wiedzę z historii kina. Od strony realizatorskiej to kino na wysokim poziomie z dobrym i ciekawym scenariuszem. Równie ciekawie wypada strona wizualna filmu ze świetnie zaprojektowanymi wszelkimi zakamarkami i mechanizmami peronu kolejowego, a w szczególności z końcową częścią filmu gdzie przedstawiany jest początek kina. Po kilku słabszych filmach, oczywiście moim zdaniem Scorsese nakręcił świetny film, który szkoda ominąć w natłoku śmieciowego kina.

poniedziałek, 19 marca 2012

#133 The Girl with the Dragon Tattoo reż. David Fincher scen. Steven Zaillian

Podobnie jak z The Social Network kompletnie nie czekałem na nowy film Finchera. Nie śledziłem newsów i też nie oglądałem trailerów. Gdy dowiedziałem się, że jest to adaptacja książki i dodatkowo jeszcze amerykańska wersja Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet to już całkiem sobie odpuściłem seans.


Szczerze przyznam, że nie wiem co mnie potem z powrotem przygnało do tego obrazu. Polecenie przez dobrego znajomego, nazwisko reżysera, dobre recenzje? Pewnie wszystko po trochu i sam też w pewnym momencie się mocno nakręcałem dodatkowo dzięki czemu w końcu obejrzałem i nie wiem jak zrobił to reżyser, ale znowu nakręcił świetny film.


Sama historia zawarta w filmie opowiada losy dziennikarza śledczego Mikaela Blomkvista (Daniel Craig), który właśnie przegrał proces o zniesławienie znanego przedsiębiorcy i jego czasopismo chyli się ku bankructwo. W tak trudnej sytuacji odzywa się do niego właściciel koncernu przemysłowego, Henrik Vangera (Christopher Plummer) z propozycją napisania swojej autobiografii i przy okazji rozwiązania rodzinnej tragedii zniknięcia jego podopiecznej, 16-letniej Harriet Vanger 40 lat temu. Film to taki typowy thriller z poszukiwaniem śladów i tropów, poznawania zależności pomiędzy wszelkimi członkami rodziny, którą nasz bohater opisuje w autobiografii swojego zleceniodawcy. Ogrom pracy dla naszego reportera jest tak wielki, że decyduje się na współpracę z niezwykle inteligentną hakerkę, Lisbeth Salander (Rooney Mara), dzięki, której cały film nabiera kolorytów i smaczków.



Fincher dał mi po pysku, znowu! Oglądając jego najnowszy film znowu czułem jakiś dziwny niepokój w trakcie całego seansu. Dodatkowo podczas scen głównej bohaterki z jej kuratorem odczuwałem złość, potem wściekłość, a na końcu jakiś dziwny wstyd przed kobietą z którą byłem na seansie. Wszystko to z powodu tego, że mężczyźni to czasem strasznymi gnojami, delikatnie mówiąc, potrafią być. Znowu coś czułem podczas seansu i to dość intensywnie, a dla mnie to świetny wyznacznik dla filmów, bo w końcu po to je oglądam aby coś poczuć. Dodatkowo postać Lisbeth to chyba najlepsza część całego filmu. Jej nastawienie do życia, zachowanie, wygląd i sposób radzenia sobie z życiem jest porażający, jakiś hipnotyzujący i kompletny. Postać ta jak tylko pojawiła się na ekranie, od razu zdobyła moją sympatię.


Cała opowieść została poprowadzona wzorowo. Wciąga od pierwszej minuty i nie pozwala na chwilę wytchnienia przy okazji pozwalając na własne domysły i próby rozwiązania całej zagadki przed głównym bohaterem. Dodatkowo całość, jak zwykle w przypadku tego reżysera, jest świetnie wykonana od strony technicznej. Widać już to w samej czołówce, która jest genialna i wspaniale wykonana. Dodatkowo bardzo dobrze zgrany jest obraz z muzyką skomponowaną przez Trenta Reznora i Atticusa Rossa, która już od pierwszych minut świetnie buduje mroczny i niepokojący klimat.


Dla mnie to jeden z lepszych filmów jaki ostatnio widziałem. Chociaż nie widziałem pierwowzoru, ani nie czytałem książki, które są ponoć jeszcze lepsze. Film momentami nie przyjemny, ale ze wspaniałym klimatem, ciekawy i kończący się w taki dość nietypowy sposób, co bardzo mile mnie zaskoczyło. Bardzo chętnie do niego kiedyś powrócę aby sprawdzić jak bardzo się zestarzał i czy przypadkiem te dwie i pół godziny nie zrobiły się za bardzo męczące.

wtorek, 6 marca 2012

#132 Green Arrow: Year One scen. Andy Diggle rys. Jock


Oliver Queen to typowy miliarder z komiksowego świata, podobny chociażby do Bruca Wayna. Dużo imprezuje, zawsze w towarzystwie pięknych kobiet, a w wolnych chwilach wydaje swój majątek na poszukiwanie celu w życiu i jakiegoś dreszczyku emocji.  Pewnie mógłby tak jeszcze długo, gdyby nie wyprawa w interesach wraz ze swym przyjacielem i podwładnym zarazem. Skoro interes miał  być nie do końca legalny, "to dziwnym nie jest", że i przyjaciel okazał się zdrajcą. Przez ten splot wydarzeń Oliver wylądował na bezludnej wyspie, jak mu się tylko na początku wydawało. Gdzie musi nauczyć się żyć od  nowa przy okazji odnajdując sens życia swego.


Cała historia jest dość sprawnie napisana i ciekawie się rozpoczyna. Na początku widzimy rozpieszczonego młodzieńca, wydającego pieniądze na ekstremalne wyprawy chociażby jak nurkowanie do wraku Titanica lub zdobywanie Antarktydy. Wszystko, aby tylko zagłuszyć pustkę bezcelowej egzystencji. Tak to wyglądało do czasu pewnej aukcji charytatywnej na której nasz bohater kupuje łuk należący do legendarnego łucznika Howarda Hilla. W tym momencie Olliemu pierwszy raz oczy zaświecają się na zielono. Następnie dzięki swemu przyjacielowi, cudem trafia na zapomnianą przez świat wyspę. Uczy się tam żyć, polować i radzić sobie z dala od cywilizacji, przy okazji szkoląc się we władaniu łukiem. Tak żyłby sobie spokojnie i samotnie dopóki nie odkrył, że na wyspie nie jest sam, a inni lokatorzy z pewnością nie są nastawieni pokojowo do naszego bohatera.


Wtedy zaczyna się typowy origin postaci i sztampowa opowieść o superbohaterze. Historia jakich czytaliśmy już wiele i niestety nic nie wnosząca nowego do tematu. Mamy bohatera, który z samoluba i osoby będącej przekonanej, że jest pępkiem świata, nagle zmienia się w obrońcę uciśnionych. Wszystko to jest mocno przewidywalne i niestety nie nadaje się na nic innego jak bardzo lekką opowieść na weekendowe popołudnie lub całkiem przyjemny relaks po ciężkim dniu.


Od strony graficznej największe wrażenie zrobiły na mnie okładki tej mini serii, których autorem jest nie jaki Jock. Jest to rysownik odpowiedzialny za nawet u nas znaną serię "Losers" swego czasu wydaną przez wydawnictwo Taurus MediaWięc jeśli ktoś z was miał kiedykolwiek do czynienia z tym komiksem, to ma wyobrażenie jak wygląda również opowieść o Green Arrow. Kreska jest lekka, troszkę uproszczona, ale świetnie się nadająca do komiksu pełnego akcji, którym niewątpliwie są przygody zielonego łucznika. Cała paleta kolorów głównie opiera się na wszelkich odcieniach zieleni, co wynika z akcji dziejącej się na tropikalnej wyspie, a dodatkowo świetnie pasuje do bohatera opowieści.


Podsumowując, dla mnie ten komiks nie wnosi kompletnie nic w superhero ani historii o powstaniu bohaterów, ale nie o to w nim chodzi. Tak naprawdę to całkiem przyjemna historia w której już na pierwszych stronach wiadomo jak się wszystko potoczy, a mimo to dobrze się to czyta po ciężkim dniu w pracy. Czytadło, które jakoś specjalnie nie obraża czytelnika, a pozwala na chwilę odpoczynku, relaksu i zapomnienia od trosk życia codziennego. .

sobota, 4 lutego 2012

#131 Niewielka Biblioteka Savage Dragona

Jakiś czas temu przemierzając niczym nieograniczoną krainę zwaną internetem natrafiłem na bloga Larsenofilia poświęconego twórczości Erica Larsena. Człowiek kompletnie mi nie znany, a jego twórczość tym bardziej. Trochę poczytałem o tym co robi i w którymś poście,  natrafiłem na wspaniałą inicjatywę autora bloga. Mianowicie poinformował On czytelników, że w ramach akcji "Niewielka Biblioteka Savage Dragona" jak sam ją nazwał, można pożyczyć tom Sevege Dragona zawierający pierwsze 24 numery. Wystarczy tylko poinformować w komentarzu pod postem, że jest się chętnym, zapisać się do kolejki i oczekiwać na przesyłkę. Trochę musiałem się naczekać, chodź z góry było ustalone przez organizatora inicjatywy, że każdy z czytelników ma trzy tygodnie na przeczytanie i przesłanie paczki dalej. Jednak wiemy jak to w życiu bywa i terminy się wydłużyły.


W końcu otrzymałem paczkę i po jakimś tygodniu leżakowania na szafce, komiks w końcu trafił w moje dłonie. Sama historia to opowieść o zielonym obrońcy uciśnionych o posturze Pudziana, który pojawił się na naszej planecie, w wypalonym na ziemi okręgu gdzieś w Chicago. Savage Dragon jest zielony i posiada coś na kształt irokeza na głowie tylko, że zrobiony z płetwy. Nasz bohater posiada nadludzką siłę, potrafi się regenerować i nawet odtwarzać odcięte kończyny. Posiada również szczegółową wiedzę na temat całej naszej planety, ale niestety nie pamięta nic ze swej przeszłości. Poznając komiks o SD obserwujemy jego pierwszą pracę, potem przejście do policji. Jego drogę kariery, pierwsze miłości, wzloty i upadki można by rzec i wszystko to w otoczce superbohaterów.Sam komiks to typowe superhero z lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Kobiety mają talię osy, biusty olbrzymie,  kostiumy prawie nic nie zasłaniające i przeczące prawu grawitacji. Nasz bohater non stop bije się z innym wrogiem, dzięki czemu wachlarz złych postaci powiększa się w zastraszającym tempie. Rysunki niestety również są z lat 90 ubiegłego wieku co wiąże się z kwadratowymi karabinami. Dodatkowo anatomia bohaterów czasem kuleje i bohaterowie komiksu na różnych kadrach wyglądają inaczej.


Twórca całej akcji udostępnił zbiorcze wydanie pierwszych dwudziestu czterech numerów komiksu, co pozwala na całkiem rozsądne zapoznanie się z tym super bohaterem.
Bardzo podoba mi się inicjatywa pożyczenia za darmo całkiem obcej osobie z internetu komiksu do przeczytania. Z pewnością podziwiam właściciela i inicjatora  za pomysł i odwagę, bo przyznam, że sam raczej nie odważyłbym się na taki krok. Co do samego komiksu to jest to świetna podróż w dawne lata dzięki, której miałem okazję  znowu poczuć się jak małolat za czasów wydawnictwa TM Semic w naszym kraju. Tego pięknego okresu kiedy to komiksy kupowało się w każdym kiosku na rogu ulicy.