środa, 26 listopada 2014
#363 Adventure Time Batman
#362 cotygodniowa zeszytówka #134
scenariusz: Kurtis J. Wiebe, rysunki: Roc Upchurch
Po dość szybkim, ale niezwykle dramatycznym, zakończeniu oblężenia Palisady przez grupę naszych bohaterek nastał czas radości i ogólnie panującej sielanki. Najbardziej ranna w starciu Violet po dojściu do siebie zarządza porządną imprezę i seks ze swoim wybawcą. Wszyscy dobrze się bawią jednak, czy na pewno jest tak wspaniale jak się wydaje na pierwszy rzut oka? Zagubiona i trochę osamotniona na zabawie Dee Dee odkrywa w torbie jednego z gości straszną prawdę o czającym się gdzieś w miasteczku strasznym kulcie. Daje mi to nadzieję, że kolejne numery pójdą w klimaty które bardzo lubię. Macki! Cały numer poza dobrą zabawą daje również kilka ciekawych informacji o niektórych z głównych postaci. Czytelnik ma okazję zobaczyć co się dzieje, gdy Hannah wpada w tryb berserk na polu walki. Jej przemiana jest tak samo zabójcza jak przerażająca. Jednak mi najbardziej spodobało się lekkie rozbudowanie informacji jakie mamy na temat Dee Dee. Co prawda nie ma tego dużo i po zapoznaniu się z nimi mamy więcej pytań niż odpowiedzi. Jednak zawsze to coś. Tym bardziej, że to moja ulubiona postać jak na razie.
scenariusz: Robert Kirkman, rysunki: Paul Azaceta
Lubię sposób w jaki zbudowana jest ta opowieść. Cięgle i sukcesywnie opowiada ona w sumie jedną historię, a każdy kolejny numer to jej następny rozdział. Nie ma tutaj za bardzo wątków pobocznych. Oczywiście coś się kryje za rogiem lub w mroku, ale na razie to tylko tło. Tło które z czasem zapewne wypłynie na powierzchnię i przejmie główny wątek. Jednak na razie jest to tylko opowieść o Kyle’u i wielebnym Andersonie, którzy starają się jakoś odnaleźć w sytuacji kiedy zdali sobie sprawę, że opętania tak naprawdę istnieją. Dodatkowo nie gdzieś tam na drugim końcu świata, ale bardzo blisko nich wszędzie w około. Jeden z nich musi z tym walczyć, bo innego wyjścia nie widzi. Drugi natomiast robi to aby lepiej zrozumieć siebie i swoją przeszłość. Dotychczas wszystko nawet jakoś się układało. Duchowny odprawiał egzorcyzmy, Kyle był jego pomocnikiem i tak to jakoś się hulało. Aż do wypadku podczas odwiedzin pewnego więźnia w pobliskim więzieniu, który dziwnie reagował na dotyk jednego z głównych bohaterów. Wszystko to trochę komplikuje całą sytuację przez co znowu czekam z niecierpliwością na kolejny numer i rozwinięcie tego wątku. Jednak najbardziej spodobała mi się scena z samego końca kiedy Kyle pyta swojego kolegę wielebnego co się stanie jeśli jednak boga nie ma. Co wtedy z nami wszystkimi w obliczu, gdy jednak mroczne moce istnieją? Cała ta scena to takie małe mistrzostwo dla mnie tylko podnoszące wartość tej serii jeszcze trochę do góry.
scenariusz: Joshua Williamson, rysunki: Davide Gianfelice
Jak łatwo zauważyć Ghosted jest drugą serią o duchach, którą regularnie czytam. Jednak w odróżnieniu od tej powyżej jest ona bardziej nastawiona na akcję i muszę przyznać dzieje się w niej sporo i raczej dość efektownie. Aktualny numer zamyka wątek, który był z czytelnikami przez ostatnich kilka numerów i dotyczył Dannego Trick’a. Syna byłego współpracownika Jacksona. Cały ten motyw był dość pomysłowy, a jego wielki finał na deskach jakiegoś starego i poniszczonego teatru okazał się widowiskowy, zaskakujący w pewnych momentach i oczywiście dość krwawy. Jednak to i tak nic w obliczu kolejnych wydarzeń z ostatniej strony tego numeru, które czekają głównego bohatera. Zapowiada się ostra i brutalna rozgrywka napędzana żądzą zemsty. Chociaż ta seria nie jest jakaś wybitna, to bardzo lubię ją za jej udane połączenie dość ciężkich klimatów duchów i czasem dość brutalnych scen z taką czysto rozrywkową fabułą pełną akcji. Dzięki temu powstaje dobra porcja rozrywki dla trochę starszych czytelników. Z ciekawostek, w tym numerze również towarzyszka głównego bohatera, Nina posiada znikającą część garderoby na poszczególnych kadrach. O czym już pisałem przy okazji poprzedniego numeru oraz na jednym z kadrów można wypatrzyć reklamę innej serii z Image - Birthright.
niedziela, 23 listopada 2014
#361 cotygodniowa zeszytówka #133
scenariusz: Gerry Duggan oraz Brian Posehn, rysunki: Scott Koblish,
Już stało się małą tradycją na łamach tej serii, aby co pewien czas opublikować jakiś "zaginiony" numer szczęśliwie odnaleziony gdzieś w magazynach, tajnych aktach lub po prostu w szufladzie. Byliśmy już w szalonych latach 70 i 80 ubiegłego wieku (oczywiście jeśli mnie pamięć nie myli), a teraz przyszła pora na lata 90 XX w. Dzięki temu mamy możliwość znowu powrócić do czasów nienaturalnie wielkich ud, mnóstwa seksownych i odpowiednio skadrowanych pań, szalonych fryzur, przedziwnych prostokątnych giwer. Stylu rysowania, który przypomina mi początkowe Spawny ukazujące się w naszym kraju i styl Rob'a Liefield'a. Ogólnie trzeba przyznać jest brzydko, ale aż łezka się w oku kręci, ponieważ to właśnie na takich komiksach rozpoczynałem swoją wielką młodzieńczą fascynację komiksem już ponad 20 lat temu. Jednak ku mojemu zaskoczeniu numer ten nie jest jakimś zwykłym zapychaczem, tylko przybliża nam współpracę Deadpool'a z Dr. Butler'em i Sabretoth'em. Kiedy to nasz bohater miał całkowicie wyprany mózg i nie zdawał sobie kompletnie sprawy ze swoich poczynań. Dzięki temu wykonał pewną misję, bardzo mocno powiązaną z informacjami jakie otrzymaliśmy z wydarzenia Original Sin. Na szczęście całego zdarzenia nie pamięta, co pozwala mu chociaż na podjęcie próby bycia dobrym ojcem. Chociaż z drugiej strony chciałbym, aby wróciły do niego wspomnienia i wyrównał rachunek z Dr. Butlerem.
scenariusz: Andy Diggle, rysunki: Shawn Martinbrough
Najnowszy numer tej serii i zarazem finał The HIT List jest szybkim rozliczeniem Redmonda z gangsterem Lolą. Pomiędzy nimi dwoma iskrzyło już od dawna pomimo udawania wzajemnej współpracy. Jednak każdy z nich robił to z całkiem innych pobudek, które teraz wychodzą na jaw. Całość czyta się niezwykle szybko jak na tą serię, co mnie lekko zdziwiło. Jednak nie ma się temu co dziwić, ponieważ numer ten jest wprost przepełniony akcją. Poza tym bardzo spodobał mi się wygląd bazy sławnego bandyty. Usytuowana gdzieś na uboczu twierdza otoczona olbrzymim murem. Pozbawiona wszelkiej zieleni, aby nie było się gdzie ukryć i pilnowana przez niezliczone ilości członków gangu. Wygląda trochę jakby była wyjęta w prost z jakiegoś post apokaliptycznego krajobrazu dzięki czemu posiada klimat i w pewnym sensie specyficzny urok. Jednak najbardziej spodobał mi się sam Lola, który stwarza wrażenie jakby był wzorowany lekko na Jokerze. Ubiera się w fioletowy garnitur z zieloną koszulą. Jego obstawa nosi na twarzach coś pomiędzy maską klauna, a meksykańskimi maskami śmierci. Wszytko to razem tworzy taki specyficzny klimat zastraszenia i ciągłego lęku, co idealnie wpisuje się w całą sytuację jaka panuje w tym komiksie. Kolejny dobry numer serii, którą warto śledzić.
scenariusz: Ed Brubaker, rysunki: Steve Epting
Numer ten to szczegółowy zapis jednego wielkiego włamania do siedziby centrum wywiadowczego ARC-7. Wszystko zostało zaplanowane i przeprowadzone przez jej byłą pracownicę, a aktualnie najbardziej przez nich poszukiwaną kobietę, czyli główną bohaterkę Velvet. Całość czyta się z zapartym tchem, jak przystało na dobrą opowieść szpiegowską. W końcu nie ma się temu co dziwić skoro przy okazji samego włamania mamy jeszcze porwanie, małą próbę zamachu bombowego, skok z jednego wieżowca na drugi oraz pojedynek dwóch agentów. Jednak to wszystko blednie w porównaniu z motywami działania samej Velvet. Po poznaniu których niestety czytelnik pozostaje z jeszcze większą ilością nowych pytać i nerwowym odliczaniem czasu do premiery następnego numeru. Jedyne co nie spodobało mi się w tym komiksie to fragment kiedy okazuje się, że główna bohaterka posiada kuloodporny kostium. Niby mogło tak być i w sumie nic dziwnego w tym nie ma, ale czytelnik poznaje ten fakt w takim momencie, że sprawia to wrażenie jakby było pójściem na łatwiznę przez scenarzystę. Moim zdaniem już lepiej by było gdyby po prostu nikt nie trafił w Velvet.
środa, 19 listopada 2014
#360 - czy Skyrim może prowadzić go głębszych refleksji?
Od jakiegoś czasu znowu naszła mnie ochota, aby grać w Skyrim i tak jakoś po kilka godzin w tygodniu spędzam na zwiedzaniu mroźnej krainy. Z racji osiągnięcia przez moją postać już 57 poziomu rozwoju to jestem w momencie gry kiedy żadne z zadań nie jest dla mnie wyzwaniem. Po prostu zaznaczam najbliższego questa na mapie, realizuje je i tak oto mozolnie zmniejsza się lista misji do wykonania. Z racji tego wdarło się trochę nudy w te moje posiedzenia. Jednak z drugiej strony mogę się spokojnie poświęcić tylko poznawaniu wszelkich historii jakie kryje ta gra w sobie. Co samo w sobie w pełni mi wystarcza.
Właśnie w trakcie takiego jednego zadania - Chwała Sithisowi! realizowanego dla Mrocznego Bractwa przytrafiło mi się coś ciekawego. Sama misja polegała na zabiciu cesarza imperium Titusa Mede II. Trzeba najpierw dotrzeć na statek na którym on przebywa, a następnie przy pomocy wszelkiego typu oręża utorować sobie drogę po trupach do celu. I tutaj spotkało mnie spore zaskoczenie. Mianowicie w chwili kiedy moja postać stanęła przed cesarzem, ten spokojnie mnie przywitał i oznajmił że mnie oczekiwał. Spytałem jak to możliwe i w odpowiedzi usłyszałem coś w stylu: to normalne w życiu każdego władcy, że prędzej czy później zjawia się ktoś twego pokroju i robi swoje. Śmierć z ręki zabójcy jest jakby wpisana w bycie władcą. Potem poprosił mnie o ostatnią rzecz przed śmiercią, abym zabił osobę która zleciła jego zabójstwo i spokojnie czekał na swój koniec.
Niby quest jak każdy inny, a ja nie mogę o nim przestać myśleć od kilku dni. Grałem w przeróżne gry w swoim życiu. Przy pierwszym Postal'u spędziłem mnóstwo godzin. Zabiłem miliony wirtualnych istnień, a czasem nawet niszczyłem całe światy. Jednak to dopiero śmierć Titusa Mede II wzbudziła we mnie smutek i autentycznie było mi go żal. Nawet mam takie dziwne przeświadczenie, że jeśli tylko dłużej mielibyśmy możliwość porozmawiać, to zostalibyśmy kumplami. Niby Skyrim to RPG, które ma wiele możliwych dróg aby osiągnąć cel, a w tym przypadku wyjście było tylko jedno. Co prawda mogłem odejść, ale wtedy nie miałbym zaliczonej misji, a z racji tego, że marzy mi się 100% w tej grze to taka opcja nie wchodziła w rachubę.
Zdarzenie to, w mojej ocenie jest było mistrzowsko zaplanowane i wykonane. Dzięki takim momentom gry mogą zapewniać takie same odczucia jak film lub książka i prowadzić do jakiejś głębszej refleksji. Ja zacząłem się zastanawiać nad swoim postępowaniem w wirtualnym świecie i w ciągu tych kilku chwil na tyle mocno zżyć się z wirtualną postać, aby potem jej żałować. Jednak z drugiej strony odkryłem, że wirtualne osiągnięcia są dla mnie ważniejsze niż życie jakiegoś NPC'a co chyba niezbyt dobrze o mnie świadczy i dobitnie pokazuje na czym świat graczy stoi tak naprawdę. Cieszy mnie jednak to w jak prosty sposób rzecz przeznaczona wyłącznie do rozrywki zmusiła mnie do głębszych odczuć i refleksji. Do takiej rozrywki zawsze dążyłem.
niedziela, 9 listopada 2014
#359 cotygodniowa zeszytówka #132
scenariusz: Gerry Duggan oraz Brian Posehn, rysunki: John Lucas
Myśląc o Deadpoolu automatycznie przychodzi mi na myśl wiele określeń na jego osobę i to nie do końca pozytywnych. Jakoś nigdy w tym gąszczu wyrazów nie pojawiło się słowo ojciec. Teraz nawet jak o tym myślę, wydaje mi się to sprzeczne z jego naturą. Jednak tym numerem scenarzyści pokazali mi, że to może się nawet udać. Oczywiście na swój szalony sposób, jak wszystko w tej serii. Wide Wilson jest rodzicem maksymalnie przegiętym i nie ugnie się przed niczym, aby ochronić swoją córkę. Zabije każdego kto może jej zagrozić. Poświęcił swoje szczęście z dopiero co poślubioną małżonką. Kupi mieszkanie naprzeciwko aktualnego miejsca zamieszkania swojej krewniaczki, aby przez cały czas mieć ją na oku. On ją nawet zabije, by była bezpieczna. Wszystko to zostało dość pomysłowo napisane przez co całość czyta się naprawdę dobrze i przyjemnie. Jednak mi najbardziej spodobał się sposób w jaki Deadpool uporał się z Flagsmasher'em. To taki pseudo super bohater od organizacji U.L.T.I.M.A.T.U.M., a mówię że pseudo bo za każdym razem jak ginie to ktoś inny przywdziewa jego strój. Po tym jak rozprawił się z nim główny bohater naprawdę nie chciałbym być w jego skórze. Człowiek ma całkowicie zniszczone życie i jeszcze musi się troszczyć o innych. Co ciekawe Wide osiągnął to ponieważ postanowił spróbować czegoś innego niż zabijanie.
scenariusz: Joshua Williamson, rysunki: Andrei Bressan
Jak na razie seria ta ma jednego ciekawego bohatera, interesujący, całkiem dobrze przemyślany świat fantasy oraz tajemniczego i złego przeciwnika czającego się gdzieś w mroku. Jednak to co mi najbardziej spodobało się w tej serii to jej dwutorowy sposób opowiadania całej historii. Z jednej strony mamy typową przygodę w świecie fantasy, gdzie mały chłopiec przechodzi drogę od zera do bohatera. Równocześnie druga fabuła skupia się na tym samy młodzieńcu kiedy został już prawdziwym, dzielnym wojownikiem i pojawił się z powrotem w naszym świecie. Takim normalnym z pracą, domem, samochodami i rodziną. Jednak to co najlepsze pojawia się dopiero teraz. Mianowicie ta sama osoba Michael Rhodes, główny bohater który jako chłopiec zaginął w dniu swoich urodzin w pobliskim lesie, a teraz pojawił się jako dorosły pogromca smoków i goblinów, w obu światach jest postrzegany kompletnie inaczej. W jednym jest bohaterem ratujących uciśnionych przed tyrane. W drugim jest postrzegany jako szaleniec chodzący po okolicy z niesamowitą ilością białej broni. Kontrast jaki dzięki temu otrzymujemy sprawia, że ja mam coraz większą przyjemność z przewracania każdej kolejnej strony i wam życzę tego samego.
scenariusz: Charles Soule rysunki: Jesus Saiz
Konflikt pomiędzy światem zieleni, a maszyn nasilił się do tego stopnia, że w końcu doszło do pierwszego starcia. Walka była dość szybka, z kilkoma zwrotami akcji i niezwykle finezyjna. Wynikało to z tego iż jedna ze stron wykazała się bardzo dużą pomysłowością podczas walki i formowania swoich ataków. Jednak najciekawsza okazała się postawa przegranej strony, która po przeanalizowaniu swojej porażki doszła do ciekawych wniosków. Co z kolei doprowadzi zapewne do powstania nowego awatara i to nie byle kogo, a kogoś dość dobrze znanego czytelnikom tej serii. Mi osobiście ta postać bardzo się podobała i nie mogę się doczekać, aby zobaczyć jej moce i to co będzie wyczyniać jako przedstawiciel jednego ze światów. Poza tym Swamp Thing spotyka się ze swoją ukochaną Abby co zdradza już okładka i tutaj kolejne zaskoczenie. Mianowicie zasugerowany okładką myślałem, że to będzie temat przewodni całego numeru, a tak naprawdę nic wielkiego on do fabuły nie wnosi. Ot kolejny krok ich znajomości po tym jak dowiedzieli się, że już nigdy razem nie będą. No i jeszcze informacja o zbiegłym Antonie z więzienia The Red, więc za nie długo pewnie możemy spodziewać się jego wielkiego powrotu. Jak dla mnie to druga świetna wiadomość wyniesiona z lektury tego numeru.
niedziela, 2 listopada 2014
#358 cotygodniowa zeszytówka #131
scenariusz: Charles Soule rysunki: Javier Pina, Carmen Carnero, Ryan Browne, Dave Bullock, Yanick Paquette,
Dobiega końca tysiąc letni żywot Capucine. Ciało szybko i nie naturalnie się starzeje. Kobieta z każdą chwilą robi się coraz słabsza, jednak nie sama śmierć przeraża ją najbardziej. Lęk budzi w niej perspektywa spotkania z pewnym rymującym demonem, który w zamian za jej zdolności i długie życie ma obiecane jej ciało, gdy ona już odejdzie. Dość mocno komplikuje to całą sytuację w co dość ciekawie zostaje wplątany również Swamp Thing. Całość została ukazana w zamkniętej opowieści z ciekawie i stopniowo rozbudowywaną fabułą. Jeden przekręt zastępuje kolejny. W końcu nie tylko za pomocą przemocy Capucine stara się wygrać tą nierówną walkę, ale również dzięki ciekawemu fortelowi i nie małej pomocy awatara zieleni. Jednak najbardziej spodobały mi się takie małe opowieści przeplatające główny wątek, a wynikające z fabuły. Raz była to historia Hollanda, który pod swoją nową postacią starał się zobaczyć film w kinie. Innym razem poznajemy kilka faktów z życia Capucine lub złego demona. Takie małe formy dają chwilę wytchnienia od głównego wątku równocześnie dając czytelnikowi kolejne informację o całej trójce uwikłanej w pojedynku o ciało. Dzięki temu numer ten to dobra pozycja pełna urokliwego klimatu.
scenariusz: Paul Tobin, rysunki: Joe Querio
Ostatni numer, jak to zazwyczaj bywa w takich seriach, pokazuje całą prawdę czytelnikom. Lekko przewidywalnie co prawda, ale nie zmienia to faktu, że i tak jest to najlepszy numer całej tej serii. Dowiadujemy się kto tak naprawdę sprowadził klątwę na biednego Jakoba i jego ukochaną. Dlaczego cała akcja dzieje się w nawiedzonym domu i co tak naprawdę próbował on przekazać za pomocą witraży. Dodatkowo wyjaśnia się historia miłości dwójki głównych bohaterów i co prawda jest ona po części piękna i pełna pasji, to z pewnością nie w ten sposób w jaki każdy z nas sobie to wyobrażał. Szkoda tylko, że cała seria nie jest tak dobra jak ten numer. Zamiast tego dostaliśmy dość mocno i niepotrzebnie rozciągnięta historię, która gdzieś tak w okolicy środka po prostu nudzi. Mocną stroną są tutaj rysunki, lekko schematyczne, trochę podobne do kreski Mignoli z dobrze dobranymi kolorami. Jednak patrząc na całość, która niebawem zostanie wydana w naszym pięknym kraju w postaci wydania zbiorczego, to jest to nic więcej jak dość przeciętna i czysto rozrywkowa seria. Można nabyć, jednak z zakupem nie trzeba się śpieszyć. Spokojnie można poczekać na jakieś promocje lub wyprzedaże.
scenariusz: Kurtis J. Wiebie, rysunki: Roc Upchurch
No i wyjaśniło się kto stoi za zleceniami na głowy naszej dzielnej drużyny bohaterek. Tak szybko jak pojawił się ten wątek, tak też i został rozwiązany za pomocą jednego olbrzymiego głazu spadającego z nieba! Sami pewnie wiecie jak to jest. Drużyna idzie na jakąś misję i podczas jej zabija przypadkowego olbrzymiego ogra. Kilka dni później pod murami miasta zjawia się jego dziewczyna, równie spora wraz z armią swoich pobratymców i domaga się zemsty. W taki sposób pojawiają się latające głazy w okolicy. To co dzieje się potem to prawdziwa orgia lejącej się strumieniami krwi, latających kończyn oraz nawet całkiem dobrych one linerów. Zresztą cały numer jest dość zabawny, akcja gna do przodu jak na dobrze skonstruowanej sesji RPG, kiedy gra się ze zgraną grupą znajomych. Dzięki temu dostajemy świetną porcję czystej rozrywki. Każda kolejna strona zaspakaja różne potrzeby czytelnika. Od dobrej fabuły, po ciekawą kreskę, a kończąc na momentami naprawdę śmiesznych żartach. Bardzo mnie cieszy, gdy widzę jak każdy kolejny numer tej serii to coraz lepszy komiks po który zdecydowanie warto sięgnąć.
czwartek, 30 października 2014
#357 Daredevil Ultimate Collection Vol.3, scen. Brian Michael Bendis, rys. Alex Maleev
Wreszcie udało mi się przeczytać ostatni z tomów z przygodami Daredevila tworzony przez zasłużony duet dla tej postaci, czyli Bendisa i Maleev'a. Ku mojemu zdziwieniu zajęło mi to znacznie mniej czasu niż przy poprzednich dwóch tomach, co dobrze zwiastuje kolejnym częściom. Oby tak było.
Wracając jednak do samego wydania zbiorczego. Zawiera ono trzy większe opowieści, których przewodnim tematem jest ujawnienie prawdziwej tożsamości Śmiałka i przez to doprowadzenie do jego upadku. Zostało to zawarte w oryginalnie wydanych zeszytach Daredevil #66-81. Ponadto dostajemy opowieść What If Karen Page Had Lived? oraz Ultimate Marvel Team Up #6-8, które dla mnie są totalną porażką. Jednak o tym trochę później.
Jak widać, jest co czytać i w sumie każda kolejna opowieść jest coraz lepsza. Najpierw poznajemy losy Alexandra Bont'a, miejscowego bosa świata przestępczego za czasów początków działalności głównego bohatera. Oczywiście Matt nie mógł pozwolić mu na zbyt długie rządy i wysłał go za kratki, dzięki czemu zyskał kolejnego potężnego wroga. Gdy ten wychodzi na wolność po wielu latach odsiadki, jako stary człowiek, przystępuje do planu mającego na celu zdemaskowanie prawdziwej tożsamości Daredevila. Najbardziej urzekła mnie w tej historii jej forma. Całość została opowiedziana dwutorowo. Z jednej strony jest teraźniejszość, w której Bont wraz z Gladiatorem pastwią się nad głównym bohaterem. Z drugiej strony są wspomnienia Alexandra i jego dni chwały kiedy piął się po szczeblach kariery przestępczej i kolejne spotkania z Murdock'iem. Przeszłość, od strony graficznej została wystylizowana na odpowiednie czasy. Zaczynając od czarno białych rysunków, przechodząc przez pierwsze kolory z żółtym strojem Daredevila, a kończąc na mroku i dusznym klimacie jaki serwuje czytelnikom Maleev od samego początku tego runu.
Następnie scenarzysta zaprezentował czytelnikom dekalog Śmiałka w pięciu odsłonach. Czyli odwiedziny na spotkaniu terapeutycznym dla ludzi dotkniętymi poniekąd działaniami Daredevila prowadzonym w pobliskim kościele. Opowieść poprzedzona wspaniałymi okładkami i niestety z trochę słabszym zakończeniem. Jednak cała fabuła przybliża nam przeplatające się wzajemnie losy kilku postaci. Młodej kobiety spędzającej swe życie jako ozdoba ramienia miejskiego mafiosa, a następnie będąc świadkiem sytuacji kiedy to Matt ogłosił się Kingpinem Hell's Kitchen. Młodego mężczyzny, który stara się pomóc swojemu odsiadującemu wyrok ojcu. Kobiety, która nie zdawała sobie sprawy, iż jej małżonek jest masowym mordercą i dodatkowo skrywał pewien sekret. Samotnej matki, której ukochana córka popełnia samobójstwo po tym, jak została zakładniczką w napadzie na bank. Z pewnością warto zwrócić w tych kilku numerach uwagę jak ciekawie została zaprezentowana postać Daredevila. Każda z osób dzieląca się swoimi odczuciami skupia się na innym aspekcie tej postaci budując coraz bardziej jego legendę. Dodatkowo opowieści te w ciekawy sposób łączą się wzajemnie tworząc dość spory konflikt między uczestnikami terapii i tym samym doprowadzając do wielkiego finału. Tutaj niestety następuje moment kiedy cała ta opowieść traci swój urok. Nie kupuję rozwiązania jakie pojawia się na końcu i pomimo tego, że jest to opowieść o superbohaterach to postać małego demona po prostu tutaj nie pasuje. Niszcząc cały misternie zbudowany klimat.
Trzecią i zarazem najlepszą częścią tego tomu jest opowieść wielkiego przekrętu Wilsona Fiska. Dzięki szwindlowi chce uniknąć wieloletniej odsiadki. Plan polega na sprzedaniu wymiarowi sprawiedliwości prawdziwej tożsamości Daredevila w postaci tajemniczych akt zawierających całą wiedzę jaką posiada on na temat swego największego wroga. To co dzieje się potem to misternie uknuty plan w sześciu aktach, który z każdą kolejną stroną trzyma coraz bardziej w napięciu. Wszyscy starają się jak najszybciej dotrzeć i zachować dla własnych celów tajemnicze akta. Pojawia się Bullseye, Elektra, White Tiger w nowej odsłonie, Iron Fist, Luke Cage, czy organizacja The Hend. Całość komplikuje się w bardzo szybkim tempie, a kończy na sali sądowej. Gdzieś po drodze zahaczając o Night Nurse i jej oddział szpitalny dla trykociarzy. Całość została misternie uknuta i poprowadzona w niezwykle wciągający sposób. Do samego końca nie można być niczego pewnym, kilka razy następuje wiele zmieniających zwrotów akcji. Opowieść jest na tyle barwna aby pomieści zarówno kilka bardzo widowiskowych scen akcji jak również żmudne, powolne, ale niezwykle pasjonujące śledztwo prowadzące do wielkiego finału. Warto zwrócić uwagę na to, jak cała ta sytuacja wpływa na Matta i jego życie prywatne. Wszystko spotyka go w momencie kiedy wychodzi na prostą, wraca do żony i postanawia wieść spokojne życie. Oczywiście tak szybko jak pojawił się ten plan, tak samo szybko upadł, z pomocą przychodzi kilku przyjaciół, którzy są w stanie zrobić naprawdę wiele. Cieszy mnie również moment w którym Bendis zwraca uwagę na amerykańskie sądownictwo, które jest totalnie nieprzystosowane do sytuacji w której ma osądzić bohatera bezsprzecznie winnego. W momencie kiedy ręczą za niego inni super bohaterowie i składają zeznania potwierdzające jego wielkie zasługi dla społeczeństwa i kraju. Dobrze jak w takiej opowieści o ludziach chodzących w głupich przebraniach i walących się po pyskach z sobie podobnymi, twórcy starają się spojrzeć jakość szerzej na cały temat z różnych punktów widzenia.
Jak dla mnie cały tom mógłby się spokojnie zakończyć w tym miejscu odchodząc w blasku chwały. Jednak wydawnictwo postanowiło nabić jeszcze kilka stron. O ile alternatywna opowieść w której Karen Page żyje i wszystko zależało od kilku centymetrów w lewo lub w prawo jest nawet ok. Chociaż mam wrażenie jakbym czytał po raz kolejny to samo, to w interesujący sposób podchodzi do tematu. Niestety trzy numery Ultimate Marvel Team Up #6-8 moim zdaniem są kompletnie zbędne i dodane na siłę. Dzięki nim po raz kolejny czytelnik poznaje origin Punishera, w który na siłę został wpleciony niewidomy adwokat i głupkowaty Spider-Man. Jeden jak zawsze zabija przestępców, drugi stara mu się przemówić do rozsądku i powstrzymać, a trzeci pojawia się w tle z durnymi żartami. Dodatkowo całość została koszmarnie i w wielu miejscach nieczytelnie narysowana, co tylko uwypukla jak bardzo marny jest to twór.
Wiele dobrego słyszałem o efekcie wspólnej pracy panów Bendisa i Maleeva. Równocześnie zawsze miałem jakąś dziwną sympatię do głównego bohatera pomimo tego, że praktycznie nie znałem jego przygód. Jakiś czas temu postanowiłem to zmienić i zacząłem swoją przygodę właśnie od tomów zbierających historie tego duetu. Po lekturze mogę bez wątpienia potwierdzić, że jest to świetna pozycja. Ma oczywiście swoje słabsze momenty, ale jako całość w pełni zasługuje na wszelkie dobre słowa jakie można przeczytać w wielu miejscach w sieci. Bardzo dobra, przemyślana i ciekawa fabuła. Mroczny, gęsty i idealnie pasujący klimat. Złożone, wielobarwne postacie przedstawione z szerszego punktu widzenia. To wszystko sprawia, że od samego komiksu naprawdę trudno jest się oderwać. Teraz w kolejce przede mną czekają kolejne tomy w wykonaniu Brubarkera i Larka na które patrzę z wielkim optymizmem.
[gallery link="file" ids="3500,3501,3502,3503,3504,3505"]






