niedziela, 21 września 2014

#347 cotygodniowa zeszytówka #125

Deadpool-029-(2014)Deadpool #29, Marvel

scenariusz: Gerry Duggan oraz Brian Posehn, rysunki: John Lucas

Deadpool nadal stara się cieszyć szczęściem wraz ze swoją dopiero co poślubioną małżonką. Jednak z racji tego, że była ona najpierw zaślubiona Draculi, a nasz brzydal mu ją ukradł, to ich sielanka nie trwa zbyt długo. Władca wampirów jest rozwścieczony z powodu zaistniałej sytuacji i wysyła swoje armie dzieci nocy, aby zabiła nowożeńców. To z kolei skłania Wade do szukania jakiegoś sprzymierzeńca w tej nierównej walce. W ten sposób wraca do swojej starej znajomej, pojawia się podróż w czasie i gdzieś jeszcze między tym wszystkim posuwa się do przodu wątek dotyczący pochodzenia głównego bohatera i jego córki. Niby dzieje się znowu wiele, więc na nudę narzekać raczej nie można. Czytelnik poznaje ważne informacje odnośnie przeszłości Deadpool'a, a całość i tak jest średnia delikatnie mówiąc. Żarty jakoś nie śmieszą, akcja leci sobie strona za stroną i nic ponad to. Całość jakoś w ogóle mnie nie wciągnęła. Przeczytałem cały numer i kompletnie nie wzbudził u mnie żadnych emocji. Nawet te rewelacje odnośnie rodziny głównego bohatera są jakieś miałkie, a przecież tyle się o tym trąbiło w każdej zapowiedzi. Spodziewałem się przez to jakiejś prawdziwej bomby, a dostałem w zamian może płomyk informacji, o której już zdążyłem zapomnieć. Chyba zmęczyłem się już tą seria. Czyżby pora na jakąś nową?


RR#17Rachel Rising #17, Abstract Studio

scenariusz i rysunki: Terry Moore

Numer ten to taki dość ciekawy przypadek. Jakby się tak poważnie nad nim zastanowić to człowiek dochodzi do wniosku, że w sumie nic się w nim nie dzieje. Jednak po mimo tego lektura i tak jest bardzo przyjemna i wciągająca. Znowu cała opowieść została podzielona na dwa wątki. Pierwszy pokazuje w jak dość dobitny sposób Rachel uświadamia swoją ciotkę Johnny dlaczego jej istnienie jest jeszcze nadal możliwe. Po mino niewykazywania przez nią żadnych normalnych oznak życia i dość sporej, niezagojonej rany na swoim ciele. Z kolei druga historia skupia się dalej na, zapoczątkowanym już kilka numerów wstecz, wątku sabatu w pobliskim lesie. Motyw poprowadzony w dość lekki i przyjemny sposób, z udziałem dwóch przypadkowych myśliwych. Którzy trafili tutaj na własne nieszczęście, a swoją głupotą tylko przypieczętowali swój los. Jednak cała ta impreza była by tylko luźną sceną przemocy, gdyby nie jej ostatni kadr. Który zwiastuje wiele dobrego w następnych numerach. W końcu powraca ta najgroźniejsza i odmieniona .... Jedyny minus jaki widzę w tym numerze to brak nastoletniej Zoe, która w spaniały sposób wprowadza wiele napięcia do całej tej historii.


rat+queens#1Rat Queens #1, Image Comics


scenariusz: Kurtis J. Wiebe, rysunki: Roc Upchurch


Ostatnio jakoś czułem się dość mocno znudzony wszelkimi seriami, które czytam i zacząłem się rozglądać za czymś nowym. Najlepiej coś w miarę nowego, aby nie było trzeba nadrabiać niesamowite ilości numerów. Padło na Rat Queens, bo słyszałem o niej wiele dobrego. Historia skupia się na przygodach typowej drużyny ze świata fantasy i jej przygodach. Składa się ona z czterech kobiet i są to: necromancerka Dee, niziołka, złodziejka Betty, elfkę czarodziejkę Hannah oraz wojowniczkę, krasnoludkę (sam nie wiem jak to odmienić, ale przecież kobieta krasnolud to zawsze była tylko legenda) Violet. Są one bogate i większość swojego czasu spędzają na piciu i ostrym imprezowaniu co z kolei zwykle kończy się demolką jakieś ulicy. Z racji tego, że władze miasta mają już tego naprawdę dość, to wysyłają nasze bohaterki na pewną misję i potem już nic nie jest tak jak miało być. Jako staremu graczowi jeszcze papierowych RPG bardzo podoba się jak cały ten komiks jest tym nasiąknięty. Scenarzysta często naśmiewa się z tego wszystkiego i czasem wychodzi mu to naprawdę świetnie. Jak wtedy, gdy żartuje z mechaniki gry. Jednak z drugiej strony większość dowcipów jest na poziomie rynsztoka. Wulgarnych, niepotrzebnie zabarwionych erotyką i to już nie do końca mi odpowiada. Dodatkowo jest to seria dość brutal. Latają tutaj ręce i nogi, krew leje się strumieniami, ale tak właśnie powinno być. W końcu wszyscy tutaj machają toporami, mieczami, to i jucha pryska. Spodziewałem się bardzo zabawnej, lekkiej rozrywki, a otrzymałem taką sobie opowiastkę w sam raz na popołudnie. Megahit to raczej nie jest, ale i tak przeczytam kolejny numer. Może się jeszcze bardziej rozkręci.


niedziela, 14 września 2014

#346 cotygodniowa zeszytówka #124

030.DCC.Swamp.1.0_384x591Swamp Thing The New Futures End #1, DC Comics

scenariusz: Charles Soule rysunki: Jesus Saiz

Wydawnictwo DC Comics postanowiło w tym miesiącu przenieść swoje flagowe serie o pięć lat do przodu. Od samego początku byłem dość sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, ale po tym zeszycie mam już znacznie mniejsze obawy. Alec Holland musi odwiedzić wszystkie sześć królestw: Green, Red, Black, Grey, Divided oraz Metal, aby zrealizować swoje najskrytsze pragnienie. Niektóre z tych krain czytelnik miał już okazję poznać bliżej w poprzednich zeszytach. Jednak scenarzysta i tak bardzo szczegółowo przedstawia każdy z nich aby nikt nie poczuł się zagubiony. Dodatkowo całość świetnie wpasowuje się w wielką opowieść o długiej podróży zielonego awatara. Przypominając po trochu epos rycerski, gdzie autor opisuje i wychwala czyny legendarnego herosa - tutaj awatara zieleni. Swamp Thing musi odwiedzić każdą z krain aby tam odbyć walkę z jej awatarem. Jedne wygrywa podstępem, innym razem obchodzi się bez pojedynku, aż do wielkiego finału, który pomimo tego że jest przewidywalny to i tak sprawia przyjemność. Od pierwszych zapowiedzi tego wydarzenia odbierałem je jako kolejne zbędne i mające na celu jedynie zwiększyć zyski wydawcy. Jednak po tej lekturze zaczynam dostrzegać jakieś plusy całej tej inicjatywy i jestem o wiele bardziej pozytywnie do niej nastawiony. Ciekaw jestem jak wyglądają pozostałe numery.


031.DCC.Aqmn.1.0_384x591Aquaman The New Futures End #1, DC comics,

scenariusz: Dan Jurgens, rysunki: Alvaro Martinez

Po pięciu latach Atlantyda nadal nie podźwignęła się po wojnie z powierzchnią. W oceanie panuje wszechogarniające zatrucie wody, co przekłada się na brak pożywienia i głód dla jego mieszkańców. Jakby tego było mało Arthur jest owładnięty myślą o budowie nowej Atlantydy na powierzchni jednej z wysp. Dzięki temu cały świat ich zobaczy, lepiej pozna i będą mogli nawiązać współpracę dyplomatyczną i handlową z mieszkańcami powierzchni Ziemi. Niestety poddani Aquamana z Merą na czele nie podzielają poglądów króla, a co więcej mają go za zdrajcę, który bardziej ceni sobie ludzi niż swoich pobratymców. Numer ten dość pozytywnie mnie zaskoczył. Co w sumie po poprzednim nie było takie trudne. Przesunięcie akcji o kilka lat do przodu pozwoliło wprowadzić wiele i to dość znacznych zmian w życiu głównego bohatera. Sama opowieść zyskała na tym odrobinę świeżości i stała się znacznie przyjemniejsza. Zmieniło się życie prywatne głównego bohatera, ale wrogowie w sumie nadal pozostali ci sami. Co jakoś specjalnie mi nie przeszkadza, bo akurat w tym momencie wybór padł na jednego z najciekawszych. Jedyne co mi nie przypadło do gustu to informacja na końcu numeru, że dalszy ciąg będzie na łamach Aquaman & The Others: Futures End #1. Bardzo nie lubię takiego skakania między poszczególnymi seriami i mam nadzieję, że będzie to tylko chwilowy zabieg, a nie stała reguła. Nie mam po prostu ochoty na czytanie kolejnej serii, a z kilku już zrezygnowałem właśnie z tego powodu.


Ghosted 013Ghosted #13, Image Comics

scenariusz: Joshua Williamson, rysunki: Davide Gianfelice

Cały numer rozpoczyna się dość ciekawą sceną, z powodu której teraz siedzę i się zastanawiam. Mianowicie na początku tego zeszytu Jackson Winters spotyka się z pewną kapłanką Voodoo, która w bardzo dobitny sposób pokazuje mu jak wielką posiada ochronę przed klątwami, urokami i jak by to tam nie zwać dalej. Co prawda, każdy z czytelników tej serii wie, że głównego bohatera strzeże duch pewnej blondynki. Jednak nie to miała na myśli kapłanka i z jej powodu teraz siedzę i główkuje co to może jeszcze być dodatkowego. Jednak zostawiając już te rozważania za nami, to dalsza lektura jest również ciekawa. W czasie poszukiwań pewnego jegomościa z okładki nasza drużyna musi odnaleźć pewne specyficzne targowisko. Jednak trafić do niego niezwykle trudno. Klientela go odwiedzająca jest delikatnie mówiąc specyficzna, a towar na nim sprzedawany jest magiczny. Całe te poszukiwania zawdzięczają bardzo przyjemną rozrywkę z wieloma ciekawymi zwrotami akcji, aż do wielkiego finału. Może kilka numerów temu ten komiks stracił trochę ze swego uroku i klimatu z pierwszych numerów, ale dalej sprawia mi wiele frajdy podczas lektury, a tego właśnie szukam w takiej serii.


Velvet 007 (2014)Velvet #7, Image Comics

scenariusz: Ed Brubaker, rysunki: Steve Epting

Najnowszy odcinek opowieści o Velvet to interesująca opowieść ukazana z punktu widzenia dwóch tajnych agentów. Prowadzą oni jedno śledztwo w dwa różne sposoby dzięki czemu czytelnik ma okazję bliżej poznać zasady i procedury na jakich działa wywiad. Lektura to niezwykle wciągająca. Bardzo spodobało mi się jak jeden z bohaterów tego zeszytu działając według reguł ciągle wpadał w coraz większe tarapaty. Więc wysnuł jedyny słuszny wniosek i zaczął działać w sposób całkowicie sprzeczny z tym jak został wyszkolony. Wszystko to zaprowadziło go natomiast do finału tego numeru, który łączy w sobie kilka wątków równocześnie. Bardzo lubię w tej serii to że pozwala poczuć się jak tajny agent. Trochę jak 007, bo tutaj również wszystko jest takie eleganckie, dopasowane i na swoim miejscu. Jednak równocześnie cała ta opowieść jest mniej efekciarska, a bardziej nastawiona na klimat, dialogi i odwzorowanie reali szpiegowskiego fachu. Oczywiście wszystko to z punktu widzenia popkultury, a nie faktów. Jednak mimo to daje jakąś namiastkę tego tajemniczego, niebezpiecznego i z pewnością bardzo trudnego fachu.


 

niedziela, 7 września 2014

#345 cotygodniowa zeszytówka #123

The Manhattan Projects 023The Manhattan Projects #23, Image Comics

scenariusz: Jonathan Hickman, rysunki: Nick Pitarra


Już pierwsze strony tego komiksu mnie dość mocno zaskoczyły, a potem było już tylko coraz lepiej. Całość rozpoczyna się sceną w gabinecie prezydenta USA, który wygląda jak po ostrej imprezie. Na podłodze pełno porozrzucanych przedmiotów. Rozłożony różowy namiot gdzie ukrywa się naga głowa państwa, a na kanapie obok leży zaćpana, młoda dziewczyna z jeszcze wbitą w rękę strzykawką. W takiej scenerii zjawia się zastępca prezydenta, który otrzymuje zadanie zrobienia porządku z Projektem Manhattan. Równocześnie, gdzieś w innej szerokości geograficznej Breżniew w towarzystwie sporego robota o trzech różnych głowach udaje się na Kubę, aby z Che Guevary i Castro uczynić okropne narzędzia do siania propagandy w szeregach jak największej ilości ludzi. Dzięki temu Rosja ma nadzieję wygrać zimną wojnę bez wystrzelenia ani jednego naboju. Poprzednie numery nauczyły mnie do kreatywnego i bardzo dowolnego łączenia i interpretowania faktów, więc powinienem być już przyzwyczajony do wszelkich szalonych pomysłów jakie się pojawiają na łamach tej serii. Jednak po mimo tego, każdy kolejny zeszyt bardzo mnie zaskakuje swoją świeżością serwując przy okazji porcję świetnej rozrywki i chyba za to ją lubię najbardziej.


Aquaman (2011-) 034Aquaman #34, DC comics,


scenariusz: Jeff Parker, rysunki: Carlos Rodriguez


Arthur kontynuuje nierówny pojedynek z Chimerą i w sumie tyle wystarczy napisać o tym numerze. No można jeszcze wspomnieć, że podczas lektury dość mocno wieje nudą. No bo co może być interesującego w walce, która niby jest taka pełna zwrotów i niesprawiedliwa,a i tak naprawdę każdy z nas wie jak się skończy? Dodatkowo sprawdziła się moja obawa, o której pisałem przy okazji poprzedniego numeru. Mianowicie przeciwnik jest maksymalnie przesadzoną postacią z każdą możliwą zdolnością przez co posiada odpowiedź na wszelkie ataki Aquamana. To z kolei wpływa znacząco na przebieg całej walki, zamieniając ją w przewidywalne i pozbawione emocji starcie dwóch tytanów. Po całej lekturze jestem dość mocno znużony i cieszę się, że trwała tak krótko. Pozostało mi tylko takie smutne uczucie zmarnowania czasu, bo moim zdaniem numer ten to zbyteczny zapychać i nic poza tym. Liczę na szybkie zakończenie wątku z Chimerą, bo nic dobrego do tej serii nie wniósł, a wręcz odwrotnie. Nie jest to żadna wybitna pozycja, jednak już nie raz zapewniała kawał przyjemnej rozrywki i mam nadzieję na szybki powrót do tego stanu.


Adventure Time 031Adventure Time #31, KaBOOM! Studios

scenariusz: Ryan North, Sara Ellis & Sam Ellis, rysunki: Shelli Paroline, Braden Lamb, Sam Ellis,

W głównej mierze numer ten jest o tym jak ważna jest przyjaźń w życiu każdego z nas. Gdy Marceline wraz z PB zdają egzaminy na prawo jazdy i postanawiają same pojeździć sobie swoimi samochodami po okolicy, to Finn poczuł się lekko odtrącony. Jednak na szczęście ma w pobliżu swojego przyjaciela Jake'a. Chwilę później odwiedza ich Ice King dość zasmucony, ponieważ chłopaki nie byli na jego przyjęciu urodzinowym. Sprawa szybko się wyjaśnia i znowu dzięki przyjaźni wszystko zostaje naprawione. Jednak najciekawszy w tym numerze jest sposób zaprezentowania czytelnikowi nowego przeciwnika The Mnemonoid'a. Strona, którą przejmuje z powodu swojego pojawienia się, jest inteligentną zabawą formą i świetnie uzmysławia, po raz kolejny już na łamach tej serii, jak twórcy dobrze rozumieją medium jakim jest komiks. Dodatkowo zachęca czytelnika do pewnej gry, w której w sumie nie można wygrać, ale z pewnością będzie się dobrze bawił. Druga, krótsza historyjka zawarta w tym numerze opowiada o żarcie jaki zrobił Jake i Finn Lemongrab'owi, a na który nabrał się Ice King. Całość, zależy z której strony na to spojrzeć jest zabawna lub troszkę okrutna. Czyli tak jak w życiu. Jednak nie zmienia to faktu, że lektura jest przyjemna i sprawia wiele radości.


 

niedziela, 31 sierpnia 2014

#344 cotygodniowa zeszytówka #122

Samurai Jack 011Samurai Jack #11, IDW Publishing

scenariusz: Jim Zub,  rysunki: Andy Suriano


Niezłomny samuraj po wielu trudach znów powrócił w skromne progi jaskini zamieszkanej przez wielkiego Soule The Seer. Tam dowiaduje się od małego i pomarszczonego starca o tajemniczym rytuale, który jeśli się powiedzie to może umożliwi Jack'owi powrót do jego czasów. Z tego też powodu dwójka naszych bohaterów wyrusza do odpowiedniego miejsca, aby o właściwym czasie odprawić tajemniczy rytuał, którego głównym elementem jest pewien magiczny... Podoba mi się jak został skonstruowany ten numer. Rozpoczyna się interesującą opowieścią o poświęceniu dla realizacji zamierzonego celu, która jednak i tak jest tylko pretekstem do wyruszenia w wielką wyprawę. Podróż ta z kolei to czysta opowieść drogi z pełnym opisem całego trudu wędrówki. No może nie w przypadku starca, bo jemu cały ten spacer mija całkiem przyjemnie. Natomiast wszystko zakończone zostało efektowną sceną walki wręcz z ogarami z piekła rodem w połączeniu z tajemniczym rytuałem w tle. Jednak to i tak nic w porównaniu z ostatnią stroną tego numeru. Znając cały serial pamiętam jak wiele szalonych przygód miał główny bohater i wiele razy trafiał w przeróżne, czasem dość poważne tarapaty. Jednak to co spotkało go tym razem mnie bardzo zaskoczyło. Jakoś podświadomie miałem wrażenie, że coś takiego nigdy się nie stanie i było w tej samej kategorii co zabicie którejś z postaci. Zdaję sobie sprawę, że zapewne w następnym numerze wszystko zostanie odkręcone, ale naprawdę jestem ciekaw w jaki sposób się to stanie.


Rachel-Rising-16Rachel Rising #16, Abstract Studio


scenariusz i rysunki: Terry Moore

Numer ten został w bardzo przystępny sposób podzielony na trzy konkretne sceny. W pierwszej Rachel wraz z Jet i swoją ciotką próbują jakoś poukładać to wszystko co się dzieje w okół nich w jakąś sensowną całość. Co ciekawe jedna z nich odkrywa, że słowo "ksiądz" bardzo dziwnie na nią wpływa. Druga scena skupia się na Lilith i jej dwóch towarzyszkach, które gdzieś na odludziu są w trakcie magicznego rytuału. Dla pierwszej kobiety okazał się on z pewnością bardzo bolesny, a przy okazji pokazał czytelnikom jej motywacje działania. Myślę że w naszym kraju nie byłyby to dość popularne poglądy. Jednak najciekawsza okazała się ostatnia scena z udziałem Zoe i opętanego przez Malusa księdza. W taki delikatny i powściągliwy sposób pokazuje w jaki sposób demon kieruje opętaną nastolatkę do zła. Chociaż jak się trochę bardziej nad tym zastanawiam to nie jestem już taki pewien, czy przypadkiem nie jest odwrotnie. Cały ten numer pięknie wpisuje się w klimat tej serii i na przykładzie jednego tylko zeszytu można pokazać jak wszystko spokojnie narasta aż do wielkiego finału. Nie wiem kiedy on nastąpi, ale jestem pewien że chce go poznać.


Outcast 003 (2014)Outcast By Kirkman & Azaceta #3, Image Comics


scenariusz: Robert Kirkman, rysunki: Paul Azaceta

Odkąd pojawiła się pierwsza zapowiedz tej serii cały czas była ona reklamowana jako naprawdę przerażający horror. Tym czasem po lekturze trzech numerów dochodzę do wniosku, że jest to raczej opowieść obyczajowa pokazująca zepsucie otaczającego nas świata i zwątpienie ludzi w poprawę czegokolwiek, którzy zdają sobie z tego sprawę.  Akcja płynie tutaj spokojnie swoim tempem, powoli rozbudowując wątki poszczególnych postaci. Bardzo mi się to podoba w połączeniu ze sposobem kadrowania jaki tutaj występuje. Jeden duży kadr w tle, a na nim kilka mniejszych. Idealnie sprawdza się to w roli budowania klimatu małego miasteczka, w którym każdy z obywateli ma jakiś mroczny sekret skrzętnie skrywany przed innymi. Numer ten głównie skupia się na opowieści o pewnej miłości, która w dość smutny sposób rozwija i tak już dość ponurego głównego bohatera. To z kolei prowadzi do chyba najlepszej rzeczy w tej serii i jest to jej klimat. Brak nadziei i ogólne zdołowania wprost wylewa się z każdej strony, ale na szczęście nie w taki sposób, że po lekturze czytelnik ma ochotę na jakieś mocne antydepresanty. Wszystko tutaj zostało tak idealnie zbalansowane, aby dobrze było się wczuć w opowieść. Jednak nic ponad to i tak właśnie chyba powinno być. W końcu nie okłamujmy się, chodzi tu przecież tylko o dobrą rozrywkę.


 

czwartek, 28 sierpnia 2014

#343 Lost Souls Alley - czyli jak cykor przeżył koszmar

Jestem osobą, która raczej nie ogląda horrorów, bo najnormalniej na świecie się na nich po prostu boję. Jako nastolatek mogłem oglądać wiele, jednak z czasem to wszystko zaczęło do mnie wracać - zazwyczaj, gdy jestem sam w nocy na ulicy lub w ciemnej piwnicy i nie są to raczej przyjemne chwile. Teraz boję się nawet grając w Skyrim biegając po jaskiniach, nerwowo wyczekując na coś wyskakującego z za rogu. Macie więc pełen obraz tego jak wielkim cykorem jestem. Jednak mając na uwadze odwiedziny mojego nastoletniego siostrzeńca poszukiwałem dla niego jakiś rozrywek w Krakowie. Przyznam średnio mi z tym szło. Znacznie lepsza okazała się moja konkubina, która natrafiła na Lost Souls Alley umiejscowione na ul. Floriańskiej 6, czyli w samym centrum miasta nieopodal rynku.

Jeśli kiedykolwiek ktoś z was zastanawiał się podczas seansu jakiegoś strasznego filmu dlaczego te durne nastolatki podczas ucieczki przed mordercą zawsze biegną na piętro, zamiast  przez najbliższe drzwi na zewnątrz budynku to tam może poznać odpowiedź. Jeśli ktoś cię goni, to biegniesz jak najdalej od niego, nie ważne gdzie. Ważne aby biec jak najszybciej i to świetnie czuć w tym domu strachu. Niby wchodząc tam miałem świadomość, że nic złego nie może mi się stać, a i tak byłem przerażony i po całej imprezie trzęsły mi się dłonie jak staremu alkoholikowi o poranku. Wchodząc lub wbiegając w popłochu do każdego kolejnego pomieszczenia analizowaliśmy sobie z moim siostrzeńcem co może nas zaraz spotkać. Każdy z pokoi jest tematyczny i nawiązuje do jakiegoś filmu lub innej klasyki strachu, więc dość łatwo jest przewidzieć co nas czeka, a i tak jak coś się pojawiało to krzyczeliśmy ze strachu. Film poniżej wspaniale obrazuje reakcje ludzi na to co ich spotkało i ja zachowywałem się mniej więcej tak samo.


Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem jak przy pomocy dość skromnych środków, ale dzięki świetnym pomysłom można w kontrolowanych warunkach urządzić komuś piekło z życia i doprowadzić do zawału serca. Cała zabawa opiera się na naszych najbardziej podstawowych lękach oraz tym co już dobrze znamy z popkultury. Z jednej strony uczestnik, albo lepiej - ochotnik, boi się tak oklepanych elementów jak sztuczna głowa leżąca gdzieś w rogu, albo nagle spadająca kukła z sufitu. Z drugiej jednak strony jest mnóstwo nawiązań do popkultury z biegnącym za tobą szalonym mordercą włącznie. Jednak najlepszym zagraniem ze strony twórców jest dawanie uczestnikom tylko jednej latarki na całą grupę. To świetnie buduje klimat, zapewne tuszuje wszelkie niedociągnięcia i sprawia, że cała zabawa jest tak dobra. A w większych grupach bardzo współczuję osobie która idzie ostatnia, chyba umarłbym ze strachu na jej miejscu.

Całość można śmiało podsumować jako ciekawą alternatywę na spędzenie wolnego czasu i świetną zabawę dla wszystkich twardzieli, którzy lubią się bać. Wszystko w tym miejscu bardzo dobrze ze sobą współgra i nawet kiczowate zagrania na samym początku mają swój klimat. Potem niestety jest już tylko straszniej, uwierzcie mi na słowo będziecie się bać. Nawet jeśli myślisz, że wiesz czego się spodziewać to i tak nic to nie da. Kiedy staniesz twarzą w twarz ze źródłem strachu nagle jakimś dziwnym trafem człowiek zapomina, że to przecież tylko zabawa i myśli tylko o ucieczce.

PS. Wszystkie materiały pochodzą ze strony Lost Souls Alley oraz ich funpage na FB. Tekst w żaden sposób nie jest sponsorowany. Po prostu uważam, że o dobrych rzeczach należy pisać i polecać dalej.

niedziela, 24 sierpnia 2014

#342 cotygodniowa zeszytówka #121

Deadpool-028-(2014)Deadpool #28, Marvel

scenariusz: Gerry Duggan oraz Brian Posehn, rysunki: Scott Koblish


Po w sumie  słabym poprzednim numerze tej serii, ten w pełni mi to zrekompensował. Jest on kwintesencją tego co najbardziej lubię w tym tytule. Niczym nie skrępowana szalona akcja pełna żartów z wszystkiego co się nawinie. Tym razem obrywa się Japonii, bo to właśnie do niej wybrał się główny bohater wraz ze swą urodziwą małżonką na miesiąc miodowy. Wszystko rozpoczyna się dość banalnie. Deadpool'owi jakiś dzieciak kradnie walizkę pełną pieniędzy, więc ten udaje się za nim w pościg. To co następuje później trudno opisać. Dochodzi do zamieszek na ulicach. Pojawia się Yakuza i The Hand, smoki, Sunfire i przedziwny gang nastolatków walczących jakby przy użyciu olbrzymich pokemonów. Trup ściele się gęsto, akcja prze do przodu w zawrotnym tempie, a gdzieś między tym kilka całkiem dobrych dowcipów. Nawet pojawia się gdzieś, na moment panna młoda z Kill Bill'a, która w dość efektowny sposób spędza czas w tym kraju. Jednak najbardziej zaskoczył mnie sam koniec, kiedy to Wide robi coś niesamowitego i chyba nigdy bym go o to nie posądził. Często jest okropnym dupkiem, a tutaj pokazał klasę i to że przyjaciel jest najważniejszy.


The Witcher 004The Witcher #4, Dark Horse


scenariusz: Paul Tobin, rysunki: Joe Querio

Gdy Wiedźmin i Vara spacerowali po pobliskim lesie w około nawiedzonego domu, zaczęło robić się nieciekawie. Jakby tego było mało, całe napięcie było potęgowane za pomocą tajemniczego bicia dzwony z kierunku pobliskiego domostwa. Wszystko to skłoniło naszą parę do szybkiego powrotu, a tam wszystko było jeszcze dziwniejsze. Mianowicie trafili w jednym pomieszczeniu na siedzącego przy jednym stole Jakoba i jego ukochaną Martę. Tylko z nią coś mocno było nie tak. Nie odzywała się, nie pozwalała się nikomu do siebie zbliżyć, a gdy ktoś starał się nawiązać z nią kontakt to groźnie warczała. Wszystko to dość mocno wpisuje się w dotychczasowy klimat tej serii, ale mnie on już lekko zaczyna męczyć. To co na początku mi się tu podobało, teraz powoli staje się nudne i tak na prawdę nie posuwa wcale do przodu akcji, która wlecze się okropnie. Geralt w towarzystwie swoich dwóch towarzyszy snuje się po kolejnych pokojach nawiedzonej rezydencji. Co rusz natrafiają na kolejne, dziwne witraże, które w piękny sposób komentują i opisują ich rzeczywistość, jednak nadal za bardzo nic z tego nie wynika. Mam nadzieję, że ostatni numer zamknie w jakiś ciekawy i sensowny sposób opowieść nadając całej serii jakiejś większej wymowy. Może chociaż zmieni ją w dobrą rozrywkę?


Manifest Destiny 09Manifest Destiny #9, Image Comics


scenariusz: Chris Dingess, rysunki: Matthew Roberts


Uczciwie się przyznam, mam wielki problem z tą serią. Gdy na początku natrafiłem na jej zapowiedzi, jawiła mi się jako coś ciekawego i świeżego. Miałem nadzieję na przyjemną opowieść przygodową z elementami nadprzyrodzonymi. Po przeczytaniu już dziewięciu numerów szczerze przyznam, że nawet to otrzymałem. Tylko dlaczego jest to takie nudne? Akcja wlecze się niemiłosiernie do przodu. Aktualnie jesteśmy w trakcie jakby drugiego rozdziału i jest w sumie prawie taki sam jak pierwszy tylko zmieniła się sceneria. I tu i tam nasza dzielna załoga została uwięziona w jakimś miejscu i teraz rozmyślają jak wydostać się z tej patowej sytuacji. Oczywiście w około niebezpieczeństw przybywa. Jednak nie myślcie, że ta seria to nic niewarta pozycja. Miewa czasem ciekawe przebłyski i w sumie tylko one trzymały mnie przy tej serii. Zawsze jak już miałem absolutnie dość, to dzieje się coś na tyle ciekawego, że mam ochotę sięgnąć po następny. Tym razem była to scena, w której Kapitan Clark podczas swego wybuchu gniewu zorientował się, że jego podwładny próbował się dobierać do jednej z uczestniczek wyprawy. To co następuje później jest naprawdę dobre i wciągające, ale ja już chyba podaruję sobie kolejny numer.

niedziela, 17 sierpnia 2014

#341 cotygodniowa zeszytówka #120

Ghosted-012-(2014)Ghosted #12, Image Comics

scenariusz: Joshua Williamson, rysunki: Goran Sudzuka


Numer ten dość mocno mnie zaskoczył. Po poprzednim spodziewałem się wielkiej wiedzmy i jeszcze większej ilości duchów, a tym razem scenarzysta postawił na ciekawe rozbudowanie całej fabuły. Mianowicie zostało zasygnalizowane, że na świecie pojawia się coraz więcej zjawisk nadprzyrodzonych i w związku z tym coś większego pewnie nadchodzi. Dlatego też Jacksona Winters został poproszony o współpracę z rządową agencją aby wyjaśnić całą zagadkę. Co więcej na arenie wydarzeń pojawia się nowy gracz, który jest spokrewniony z jednym z byłych bohaterów tej serii. Co ciekawe trudni się on bardzo ciekawym biznesem. Za odpowiednią opłatą uprawia stalking na kompletnie nowym poziomie. Nie chcę spoilerować, ale naprawdę warto samemu to zobaczyć. Pomysł nowatorski i z pewnością wart rozwinięcia. Z jednej strony mam lekkie wrażenie niedosytu, bo poprzednia historia nie została do końca zamknięta, a tutaj rozpoczyna się już nowa. Jednak z racji tego, że nowy wątek pokazuje jakby cały problem duchów w globalnym ujęciu, to mam jakieś dziwne wrażenie, że wszystko zostanie jeszcze dokładnie wyjaśnione w swoim czasie. Dlatego też spokojnie czekam na kolejne numery, które z pewnością przyniosą nową porcję świetnej rozrywki.


Thief of Thieves 023 (2014)Thief of Thieves #23,  Image Comics


scenariusz: Andy Diggle, rysunki: Shawn Martinbrough


Redmond po bardzo widowiskowej akcji z początku tego zeszytu i rozprawieniu się z Don Parrino. Swoją drogą zrobił to w dość brutalny sposób, moim zdaniem kompletnie nie pasującym do tej postaci. Orientuje się kto tak naprawdę odpowiada za śmierć jego rodziny. Samo wyjaśnienie tego jest nawet całkiem spójne i logiczne. Jednak zakończenie jakie następuje po nim jest tak bardzo przewidywalne, że chyba nikt nie będzie nim zaskoczony i to jest najsmutniejsze. Fascynuje mnie jak można pisać tak dobre serie jak ta, a potem to kompletnie zawalić jedną stroną. Numer rozpoczynać świetną sceną akcji jakiej nie powstydziłby się John Woo, potem dalej umiejętnie budować napięcie za pomocą rozmowy pomiędzy dwoma mężczyznami i wszystko to spartolić finałem. To trzeba mieć naprawdę talent, bo tak samo z siebie to chyba trudno by wyszło. Może dla jakiś kilkunastolatków będzie to wielkie zaskoczenie, ale ja już chyba za dużo widziałem i przeczytałem w swoim życiu i takie niespodzianki przewiduje kilka numerów wstecz. Jednak co ciekawe, to pomimo mojego marudzenia to przy lekturze prawie całego komiksu dobrze się bawiłem i chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi.


Starlight 005Starlight #5, Image Comics


scenariusz: Mark Millar, rysunki: Goran Parlov


Seria ta kojarzy mi się z kinem nowej przygody w stylu przygód Indiany Jones'a. Tak samo jak tam, tak i tutaj główny bohater ciągle wpada w jakieś tarapaty. Szybko sobie z nimi radzi, ale tylko po to, aby od razu w paść w kolejne. Wszystko to razem oczywiście zostaje podane w najbardziej widowiskowy sposób z możliwie dostępnych. Dzięki czemu czytelnik lub widz otrzymuje kawał świetnej rozrywki. Numer ten to moment w którym główny bohater staje, jak zwykle samotnie, na przeciw niezliczonej ilości wroga atakującego tajną bazę rebeliantów. Akcja pędzi jak szalona, są eksplozje i efektowna ucieczka, która prowadzi naszego bohatera prosto w kolejne problemy. Jedna dla zrównoważenia całego komiksu jest tutaj również miejsce dla smutnej i spokojnej opowieści z przeszłości Space-Boy'a dzięki, której dowiadujemy się dlaczego poleciał na Ziemie i poprosił o pomoc Duke'a. Swoją drogą bardzo podobają mi się ich relacje. Coś na zasadzie ojciec i syn, gdzie jeden jest mądrym człowiekiem godnym naśladowania, a drugi z przyjemnością się temu poddaje. Mądre to i po prostu piękne w taki prosty sposób. Wszystko to składa się na kolejny, bardzo spójny odcinek tej fantastycznej serii.